1
Wywiady

Tomasz Bagiński – reżyser, rysownik, animator. W roku 2002 nominowany do Oskara w kategorii „krótkometrażowy film animowany” za „Katedrę”. Zdobywca nagrody BAFTA („Sztuka spadania”, 2006). Aktualnie pracuje – jako reżyser i producent wykonawczy – nad netflixowym serialem o wiedźminie Geralcie.

Mateusz Myślicki: Bardzo się stresuję, siadając z tobą do wywiadu. Jesteś dla mnie trochę legendą, a trochę bohaterem. Wszystko zaczęło się od „Katedry”. To był rok 2002, ja byłem strasznie wkręcony w fantastykę, a to był wtedy trochę obciach interesować się wróżkami, smokami i statkami kosmicznymi. No i pojawia się ta „Katedra”, tak bardzo fantastyczna, jak się da nominacja do Oskara. Trochę to wszystko wprowadziłeś w mainstream. Ile miałeś wtedy lat?

Tomasz Bagiński: Nie wiem, ty zapewne wiesz to lepiej. 25, 26?

Tak, 26. Ile lat zajęło ci tworzenie „Katedry”?

Wszystko zaczęło się chyba w 1998 roku, wróciłem wtedy na chwilę na studia, chociaż już pracowałem dla Platige Image.

Architektura. Nie skończyłeś tych studiów, prawda?

Powrót na studia po tym, jak już się zaczęło pracę, odbiera im cały urok. Zresztą te studia to nie był mój pierwszy wybór, nie dostałem się na ASP, filmówka nie była w moim zasięgu. Studia były bardziej, żeby uciec od wojska, chociaż dobrze je wspominam. W każdym razie ich nie skończyłem. To, że mogłem się usamodzielnić, że miałem swoje pieniądze, było strasznie fajne.

I wtedy pojawił się pomysł na zrobienie „Katedry”?

Zdecydowałem, że chcę robić animację na podstawie pracy Jacka Dukaja, byłem bardzo wkręcony w fantastykę. Napisałem do Marka Parowskiego, naczelnego „Nowej Fantastyki”, czy może mi udostępnić kontakt do Jacka, który wtedy pisał do „NF”. Wysłałem do niego list…

E-mail, tak się teraz mówi…

Nie, prawdziwy list, papierowy. Wtedy to jeszcze nie było Internetu. To znaczy był, ale nie był popularny.

Tak, pamiętam dźwięk modemu, „umierającego w agonii” za każdym razem, jak się łączyłeś.

No właśnie. I zajęty telefon, kiedy się siedziało w Internecie. Więc napisałem ten list do Jacka i zaczęliśmy korespondować już przez e-mail. W pewnym momencie wysłał mi 300 stron tekstów, całą szczotkę. Nasza korespondencja trwała w sumie pół roku i byliśmy już obaj nią zmęczeni. Myślałem o dwóch innych tekstach, ale w końcu stanęło na „Katedrze”, jakoś ten obraz pojawił mi się w głowie.

Nie jest tajemnicą, że inspirowałeś się Beksińskim. Czy wtedy od razu pomyślałeś o nawiązaniu do jego stylu?

Beksiński był w pewnym sensie naturalnym wyborem. Jego prace pojawiały się na okładkach „Nowej Fantastyki” jako ilustracje do prozy Vonneguta, którą wtedy byłem zafascynowany.

Potem pojawiła się animacja do Oskara, ale bez nagrody. Natomiast nagrodę dostałeś za „Sztukę spadania”.

Tak, nagrodę BAFTA [British Academy of Film and Television Arts – najważniejsza brytyjska nagroda filmowa – red.]. To był ważny moment.

Muszę ci powiedzieć, że „Katedra” zrobiła na mnie wrażenie wizualne, ale to „Sztuką spadania” się zachwyciłem. Strasznie odjechana jest ta wizja – z jednej strony śmieszna, z drugiej – niezwykle tragiczna. Mengele fotografii. No i chociaż, jak to w krótkich animacjach, nie pada ani jedno słowo, postacie są naprawdę dobrze zarysowane.

„Sztuka spadania” miała być zupełnie inna niż „Katedra”, taki zwrot o 180 stopni. I myślę, że to się udało. BAFTA zawodowo pomogła mi bardziej niż nominacja do Oskara. Oskary nie mają aż takiego realnego znaczenia w Europie, poza tym to już była duża nagroda tutaj. Najważniejsze w przypadku BAFTA było to, że po nominacji do Oskara wiedziałem, jak się zachować po otrzymaniu takiego wyróżnienia, obrosłem w piórka.

W mojej głowie, kiedy przypominam sobie twoją twórczość, to wygląda tak: „Katedra” to 2002, „Sztuka spadania” – 2004, później jeszcze „Animowana historia Polski” w 2010 bodajże. A później pojawiasz się od razu przy „Wiedźminie”, 2016. Spore przerwy. Wiem, bo oglądałem inne twoje wywiady, że o „Wiedźminie” mi nic nie powiesz.

Nie mogę, wiążą mnie umowy. Tylko Netflix może ujawniać informacje o serialu.

Okej, pogadajmy w takim razie o „Animowanej historii Polski”. To piękna wizja, niezwykle dynamiczna i kiedy, tak jak ja, trochę historią się interesujesz, doskonale przypomina pewne wydarzenia w naszych dziejach. I wiem, że została pokazana na targach, więc musiała mieć taki obrazkowy charakter, ale nie boisz się, że komuś z Zachodu nic taka szybka sekwencja animacji nie powie? Może trzeba było dorobić lektora, może Sean Bean był wolny?

Przy „Niezwyciężonych” studio odrobiło tę lekcję [śmiech]. Przy nich moja rola polegała na przyglądaniu się z boku. Ale wiesz, myślę, że „Animowana historia Polski” miała przede wszystkim pokazać, jak ciekawą i barwną mieliśmy przeszłość w kraju. I myślę, że tę rolę spełnia. Film obejrzało około dwa milionów osób bodajże. Ci, którzy chcą, zainteresują się, sprawdzą, doczytają. Niech to będzie kilkanaście tysięcy osób z zagranicy, każdy z nich ma grono znajomych. To już niezły wpływ, niezły sukces.

Okej, to co między 2004 a 2017 robił Tomasz Bagiński? Zajmowałeś się reklamą, teraz pracujesz w Stanach nad „Wiedźminem”, jak poza tym wyglądało twoje życie przez te paręnaście lat?

Krokiem milowym był dla mnie „Kinematograf”, po nim zdałem sobie sprawę, że trzeba się przełączyć na kino aktorskie, jeśli chcę się zajmować kinem. Jednocześnie zacząłem robić reklamy, postawiłem sobie za cel robienie także reklam na rynek zachodni. To praca, która naprawdę wiele cię uczy. No i oczywiście pozwoliła mi się ustatkować, ale też uświadomiła, że pieniądze to nie wszystko. Od 2009 latam do Stanów na development filmowy. Poleciałem tam z projektem „Hardkor 44” i kilkoma innymi. Od ośmiu lat, oprócz tych projektów na widoku, robię taką dużą niewidzialną pracę – rozwijam po cichu wiele przedsięwzięć. To, co robię teraz i mogę o tym mówić, to na przykład „Rycerze Zodiaku” na podstawie popularnego japońskiego anime. Dotąd nie udało się dobrze adaptować japońskiego anime na kino aktorskie. Chcemy tego spróbować.

Animowana historia Polski”, „Niezwyciężeni”, „Legendy polskie”, „Hardkor 44” – chętnie zajmujesz się projektami dotyczącymi Polski, promującymi naszą kulturę. No i nie wyjechałeś: Stany, Japonia, cały świat właściwie, ale mieszkasz dalej w Polsce. Wypowiadasz się też, że bardzo ci się tu podoba. Nie ciągnęło cię na Zachód?

Bardzo dużo rzeczy trzeba poświęcić, żeby wyjechać. Kiedy zostałem nominowany do Oskara, widziałem wielu kolegów, którzy wyjechali do USA i właściwie robią tam to samo co ja, tylko za może trochę większe pieniądze. Ale ja wtedy dopiero co przeprowadziłem się z Białegostoku do Warszawy i nie chciałem ponownie wyjeżdżać. Tu miałem i mam swój świat. Z drugiej strony to nie była tylko decyzja serca, ale też racjonalna. Ameryka ma ten nimb historycznego Eldorado, ale kiedy ja robiłem się samodzielny, zaczynało się to kończyć. Polska już nawet te kilkanaście lat temu była na krzywej wznoszącej, a wcale nie jestem pewien, czy USA dalej też jest. Poza tym w dzisiejszym świecie to żaden problem wsiąść w samolot. W jednym roku byłem w USA z sześć razy. Z kolei w ciągu innych trzech miesięcy zaliczyłem podróże między Stanami, Kanadą, Rosją, Chinami i Tajlandią i wróciłem do domu piekielnie zmęczony, ale do siebie. Gdzie, mam wrażenie, co roku jest też obiektywnie coraz lepiej.

O „Wiedźminie” mi nie opowiesz, ale może spróbuję cię zapytać o filozofię pracy. Jesteś znany jako człowiek od animacji. Nie boisz się przejścia do filmu pełnometrażowego?

To nie jest tak, że jestem zupełnym nowicjuszem. Tak jak mówiłem, od ośmiu lat w USA zajmuję się developmentem filmowym. Zdobyłem sporo doświadczenia. W ogóle duża część pracy reżysera filmowego odbywa się jeszcze przed pierwszym klapsem, nie jest widoczna dla publiki. Kiedy zaczynają się same prace nad filmem, aktorzy są wybrani, a przecież trzeba z nimi porozmawiać, zainteresować projektem. To nie są roboty, muszą być wkręceni w pomysł. Trzeba dopiąć budżet, wykonać masę „niewidzialnej pracy”. Znam wielu ludzi, których zupełnie nie ma na Iemdebie [IMDB, najpopularniejszy amerykański portal informacyjny o filmach – red.], a siedzą w filmie od długiego czasu.

Poza tym, jak zauważyłeś w jednej z wcześniejszych rozmów, światy animacji i filmu aktorskiego zlewają się. Nie zdawałem sobie sprawy, jak wiele jest animacji na przykład w produkcjach Marvela.

Tak, kilkadziesiąt procent scen w tych filmach to animacja. Animacja zrobiona tak, żeby przypominała film aktorski, ale ciągle animacja. Granica się zaciera. Tak więc to doświadczenie też jest teraz ważne. Jakimś projektem przejściowym w pracy nad filmem aktorskim były też dla mnie „Legendy polskie”, to ponad godzina materiału. Więc to nie jest tak, że jeśli tego nie widać na zewnątrz, to nie wykonuję pracy nad filmem aktorskim. Jest jej całkiem sporo.

Zanim przejdziemy do seriali, mam jeszcze jedno pytanie. Jak oglądam „Animowaną historię Polski”, czuję się, jakbym miał zaraz zacząć grać w „Civilization” Sida Meiera. Bardzo jest giercowa ta animacja. Wiem, że robisz też wiele rzeczy na rynek gier. Jak bardzo czujesz się z tym rynkiem związany?

No tak, jest dobrze przyjęty teaser do „Cyberpunka”, robiliśmy trochę przerywników do gier, ale nawet jak je robię, to nie czuję się twórcą gier. Chcę robić filmy, seriale, zawsze chciałem je robić. Czuję się filmowcem.

Porozmawiajmy w takim razie o serialach. W końcu po to się tutaj spotkaliśmy. Mam takie przekonanie, pisze o tym na przykład Arkadiusz Lewicki, że serial to dzisiaj przyszłość, a film robi się coraz bardziej skostniały, że Hollywood wypluwa głównie kolejne sequele, najczęściej rok za rokiem, a potem jeszcze ze dwa prequele. Że nie powstaje wiele oryginalnych filmów. Natomiast na każdy serial musisz mieć nowy pomysł.

Ja się z tym nie zgadzam. Obydwa te rynki są w tej chwili spuchnięte, bardzo nasycone. W tym roku powstanie kilkaset seriali, liczba filmów jest podobna. To nie jest chyba tak, że filmy są z zasady mniej pomysłowe. To zbyt duże uproszczenie. Sam widzę nieco inny trend, taki, że na rynku filmowym mówimy przede wszystkim o dużych widowiskach z dużym elementem komediowym. I tu rysuje się moim zdaniem naturalny trend na przyszłość, gdzie dramaty będą robione na rynek serialowy, a filmy będą widowiskowymi komediami. Moim zdaniem wiąże się to ze sposobem oglądania. Film oglądasz częściej w gronie znajomych, a w towarzystwie fajniej się śmiać, więc komedie lepiej się sprawdzają. Seriale oglądamy raczej sami, przed ekranem własnego komputera czy telewizora, tutaj z kolei możemy skupić się na bardziej skomplikowanej fabule dramatu. Gdzieś pomiędzy tymi trendami utrzymają się horrory, bo widać, że także strach ludzie lubią odczuwać wspólnie na sali kinowej.

A co w serialach najbardziej ci się podoba? Masz ulubione produkcje?

Chyba te rzeczy, które wyłamują się z utartego schematu. Uwielbiam „Fargo”, który jest dramatem, ale jednocześnie jest bardzo śmieszny. „Better Call Saul” i „Breaking Bad” łamią utarte serialowe schematy.

Jakie na przykład?

To jest tak, jak u Sapkowskiego, który zajmuje się poważnymi tematami, ale jest u niego też bardzo dużo śmiechu. Dla odmiany „Gra o tron”, „Westworld” są bardzo poważne, to są te seriale sformatowane, zresztą bardzo dobre, ale podążające za schematem, że jeśli to serial dramatyczny, to musi być bardzo poważnie. W „Grze o tron” na przykład wszyscy faktycznie prowadzą grę, obserwujemy nieustającą partię szachów, nie ma miejsca na zabawę. A to trochę zubaża postacie. W realnym świecie ludzie się śmieją, nawet jeśli jest bardzo źle, nawet w czasie II wojny światowej powstawały prześmiewcze gazetki o Hitlerze. Poza tym dobrze skrojona postać zawsze będzie w jakichś momentach zabawna, bo takie jest życie. I Sapkowski, i twórcy wyżej wspominanych seriali, moim zdaniem, to rozumieją.

Co jeszcze oglądasz?

Z żoną ciągle oglądamy „Chirurgów”. Zaczęło się jakoś tak, że dosiadłem się, gdy ona oglądała i już tak zostało. To taka moja guilty pleasure. Ale pojawiają się odcinki perełki. W drugim sezonie są dwa o gościu, który trafia na oddział z wielką raną. Jakiś pielęgniarz trzyma cały czas rękę w tej ranie, żeby tamować krwawienie. Później okazuje się, że pacjent uczestniczył w rekonstrukcji historycznej, a w tej ranie znajduje się niewypał. Czyli cały szpital może wybuchnąć. Kompletny odjazd na granicy realności, ale jest masę dramatyzmu, absolutnie fantastyczna realizacja.

Chirurgów” nie umiem zdzierżyć, ale moim numerem jeden jest inny serial medyczny: „Doktor House”. Oglądałeś?

Oczywiście. To jest świetny serial, choć mnie chyba na dłuższą metę męczy jego proceduralność. Ciągle powtarza podobny schemat. Ale są tam też fantastyczne rzeczy – jak oni się bawią konwencją filmową: film o zombie, musical. A moim ulubionym odcinkiem jest chyba ten, w którym House opowiada trzy niezwiązane ze sobą historie, które pod koniec się zazębiają. Mistrzostwo scenopisarstwa.

Czyli nie lubisz procedurali?

To nie tak. Z wielką przyjemnością oglądam stary serial policyjny „Shield”. Lubię też bardzo „Person of Interest”, który jest świetnym proceduralem science fiction. Wydaje się, że to będzie taki zwyczajny serial, a potem zaczynają się dziać rzeczy absolutnie niesamowite. A wracając do rzeczy, które jeszcze oglądam – z przyjemnością obejrzałem „Legion”. „BoJack Horseman” to jest najlepsza satyra na Hollywood, jaką widziałem, i jest też dużo dojrzalszy niż inne animacje, dużo głębszy. Bardzo też lubię „Siostrę Jackie”, to znowu serial bardzo śmieszny, ale też niezwykle mroczny. Główna bohaterka nie jest dobrą postacią, okropnie traktuje swoich bliskich.

Tak, oglądałem ten serial, pamiętam, że nie potrafiłem znieść tej jego cierpkości czy może, jak lepiej to określasz, mroku. W związku z tym, że teraz wspomniałeś o „BoJacku”, rozgadałeś się na temat siostry Jackie, a wcześniej opowiadałeś o „Fargo”, „Better call Saul” i „Breaking Bad”, odnoszę wrażenie, że imponują ci scenariusze z dobrze skrojonymi postaciami. Czy to jest najważniejsza cecha dobrego serialu?

Pracuję w filmie, gdzie konstrukcja postaci jest utrudniona. Nie mamy tyle miejsca, co pisarze, musimy stworzyć przekonującą postać i jeszcze opowiedzieć o niej historię w 90 minut. Serial daje tu większe pole do popisu: jest wiele odcinków, na przestrzeni których możemy sobie tworzyć tę postać, ale ciągle jest to bardzo ograniczony czas. Generalnie uważam, że filmowcy żywią się dobrymi postaciami. To był problem polskiej literatury fantastycznej przez długi czas – pisarze koncentrowali się na tworzeniu światów z najdrobniejszymi detalami, a ich postacie były nieciekawe. Sapkowski stworzył pod tym względem zupełnie nową jakość – ciekawe, barwne, żywe postacie. A bez ciekawej postaci nie ma akcji, nie ma humoru. Dobra postać to podstawa.

To dobre zdanie na podsumowanie. Dziękuję za wywiad. Mam nadzieję, że kiedy już „Wiedźmin” się ukaże, powiesz nam trochę więcej na jego temat.

Wtedy na pewno! Dzięki za rozmowę.

Komentarze

(1)
  • TomdeX

    Świetny wywiad, niebanalne pytania.