2
Recenzja do: Wu Assassins (2019 )
Recenzje

Całkiem niedawno dzięki HBO mieliśmy okazję zobaczyć serial stacji Cinemax o tytule „Warrior”. Produkcja mocno inspirowana życiem Bruce'a Lee nie urzekła mnie za bardzo, a sceny walk były bardzo pocięte i niedopracowane. Już milej wspominam „Into the Badlans” z Danielem Wu w roli głównej. Kolejną propozycją kina kopanego jest najnowszy obraz Netflixa – „Wu Assasins”. Jednak totalnie odbiega on od tradycyjnych obrazów, gdzie paru typów pierze się po mordach. Mamy do czynienia z miksem gatunkowym, gdzie serial akcji miesza się z mistycyzmem i elementami fantasy. Czy taki nieco eksperymentalny pomysł w odcinkach ma rację bytu? Na pewno warto zwrócić na niego uwagę, bo obsada jest imponująca. Pytanie tylko czy takie nazwiska jak Iko Uwains („Raid”), Katheryn Winnick („Vikings”), Mark Dacascos („Only The Strong”, „John Wick 3”), czy Tommy Flanagan („Sons of Anarchy”) są recepturą dobrze skomponowanej mikstury?

Wybraniec o mocy 1000 mnichów i inne nierealne wariacje

Uznajmy, że scenariusz nie jest tutaj najważniejszy, bo nie jest. Nie miałem cienia wątpliwości, że będzie dosyć pretekstowy i gnający na łeb, na szyję. I w istocie, nie zostałem zaskoczony. Dosyć szybko zostajemy przetransportowani w wir akcji i pojedynków. Głównym bohaterem tej opowieści jest kucharz, marzący o własnej działalności Kai Jin, który niechcący naraża się członkom triady, spuszczając im siermiężny łomot. Niedługo po tym zajściu okazuje się, że jest wybrańcem i w ekspresowy sposób uzyskuje specjalne moce. Dokładniej mówiąc, otrzymuje kamień, dzięki któremu uzyskuje moc 1000 mnichów. Przyjdzie mu się szkolić, aby stać się Pogromcą Wu i okiełznać żywioły ziemi. Opis wygląda trochę jak intro jakieś gry komputerowej, ale za daleko od tego tematu nie będziemy, bo to czego doświadczymy, wygląda doprawdy nienaturalnie. Już w połowie pierwszego odcinka dzieją się cuda na kiju, np. czeka nas walka w zaświatach z wodnym potworem i pięcioma wypasionymi samurajami. Nasz bohater miał co prawda pomoc, ale nie oczekujemy zbyt wiele, on dopiero uczy się wielkiej mocy, choć trzeba przyznać, że jest pojętnym padawanem i nauka przychodzi mu dość szybko. Sam fakt akceptacji innego wymiaru nie wywarł na nim jakiegoś dużego wrażenia. Nie ma czasu na pierdoły. Twórcy muszą mieć czas, aby upchnąć jeszcze problemy z uzależnienioniem od narkotków, sprawy rodzinne, infiltracje czy wojny gangów. Co w takiej mieszance mogło pójść nie tak? Otóż całkiem sporo.

Wybraniec, jego świta i kamienie w paincie

Przede wszystkim twórcy nie bardzo wiedzą, co zrobić z naszym wybrańcem, jak sprytnie go umiejscowić w tej zbitce gatunków i mnogości wątków. Formuje całkiem niezłą ekipę, która ma mu pomóc w pokonaniu zła na świecie. Niby ma do pokonania pięć żywiołów, ale tak naprawdę jego celem jest ten jeden – najpotężniejszy i tak po prawdzie reszta się nie liczy. Nasz główny antagonista jest wcieleniem wszystkiego co najgorsze, trzeba go zniszczyć za wszelką cenę! Scenarzyści nie wykazali się w budowaiu zagrożenia, trudno mi jest kibicować naszym śmiałkom, bo nasz złoczyńca ma całkiem niezłe motywacje i nie czuje międzyświatowego kryzysu. Jest zły, bo... tak. Nawet końcowa walka pozostawia wiele do życzenia, większe zagrożenie sprawiają randomowi ochroniarze niż finałowy boss. I nie zapominajmy, że jak na serial fantasy przystało, czeka nas moc efektów specjalnych. Muszę przyznać, że twórcy opanowali znajomość Painta do perfekcji – tak zjawiskowo wyglądają wszystkie metafizyczne starcia. Strasznie razi to po oczach i powoduje na twarzy uśmiech politowania, choć można też się nieźle uśmiać, tylko raczej nie było to celem twórców. 

Wybraniec, który umie ładnie dokopać!

Za to dużo lepiej wyglądają walki realne osób, które nie używają supermocy. Sam główny bohater często jest oszczędny w używaniu swoich nadprzyrodzonych sił. Pojedynki są naprawdę sprawnie zmontowane i cieszą oko, szczególnie jeśli dochodzi do bijatyk z wieloma przeciwnikami. Nie jest to nic rewolucyjnego i czasem aż się prosi o przeciągnięcie niektórych sekwencji w piękne master-shoty, ale montażyści i tak nie mają się czego wstydzić. Mało uciętych scen w połowie i czuć, że faktycznie wszyscy konkretnie piorą się po mordach. Świetna choreografia, doprawiona nieprzesadzoną brutalnością i finezją. Duża w tym zasługa Iko Uwaisa, Byron Manna i Marka Dacascosa, którego z kolei jest zdecydowanie za mało, ale i tak cieszy angaż tych aktorów. Z kopanym kinem akcji panowie ci mają bardzo dużo wspólnego i mamy świadomość, że czują się jak ryby w wodzie. Pod tym względem produkcja nie zawodzi. Dużo dobrego wnosi charyzmatyczny Tommy Flanagan, zadziorna Katheryn Winnick i epizodyczna rola Kevina Duranda. 

Jednak tych parę pozytywnych apsektów „Wu Assassins” to zdecydowanie za mało, aby z czystym sumieniem polecić ją komukolwiek. To połączenie okazało się zupełnie nietrafionym ciosem, a eksperyment Netflixa z takim gatunkiem filmowym okazał się okropnym niewypałem. Ta wyboista, 10-odcinkowa droga, która jakby była nieco krótsza, byłaby mniej niekomfortowa. To serial zupełnie bez pomysłu na zawiązanie akcji i nieudolny mix tradycjnego kina kopanego z elemantami fantasy, dodatkowo okraszone efektami specjalnym najgorszego sortu. 

 

 

 

Gra aktorska
7
Zdjęcia
4
Muzyka
4
Scenariusz
5
Netflix tym razem proponuje połączenie klasycznego akcyjniaka i fantasy. Obsada, która z kinem kopanym ma dużo wspólnego wypada całkiem nieźle, jednak to jedna strona medalu. Po drugiej nie znajdziecie nic interesującego, tylko zdarty materiał.
Ocena czytelników
5

Plusy

  • sceny realnych walk
  • bohaterowie drugoplanowi

Minusy

  • efekty specjalne
  • nieudolne połączenie gatunków
  • brak pomysłu na poprowadzenie wątku głównego

Komentarze

(2)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • Michał Ziaja
    Michał Ziaja
    @michax

    A co do serialu tak ogólnie to nie spodziewałem się po tej produkcji za wiele, zwłaszcza po pojawieniu się fragmentów serialu oraz trailera, które zapowiadały produkcję niskobudżetową, za małą kasę i w najlepszym razie średnią.

    A co do fabuły to miałem skojarzenia z serialem animowanym "Avatar Legenda Aanga", nawet są dialogi podobne jak w tym klasyku, bo też jest mowa o żywiołach, czyli wodzie, ogniu, itd, ale całościowo fabuła jest średnio ciekawa. Wu Assassins wygląda trochę jak taki sprawdzian dla Netflixa przed zrobieniem remaku animowanego "Avatara", który mają w planach. Mam nadzieję, że dostanie Avatar Netflixa większy budżet jak Wu Assassins, bo realizacyjnie, zwłaszcza efekty specjalne wyglądają strasznie biednie. Wu Assassins to produkcja, którą obejrzałem tylko dla mordobić i Lagerthy z Wikingów. O Winnick napisałem co sądzę, w przypadku scen walk, choć i tak jest najlepszym elementem serialu, fajną postać gra i chyba najlepiej aktorsko wypada z całej obsady.

    A sceny walk czyli najważniejsza rzecz wypadają spoko, ale też bez jakiś specjalnych zachwytów. Moim zdaniem o wiele lepszym serialowym mordobiciem jest "Warrior" Cinemaxu, w którym nie tylko walki wyglądają dobrze, ale też cała realizacja jest spoko, widać budżet włożony w serial. Więc nie zgadzam się z opinią że walki, jak i całościowo Wojownik, to słaba produkcja. Moim zdaniem walki są na wiele lepszym poziomie w Warrior jak w Wu Assassins, jest to jeden z wielu średniaków Netflixa o którym się zapomina zaraz po seansie.

  • Michał Ziaja
    Michał Ziaja
    @michax

    Z oceną ogólną się zgadzam, ale w poszczególnych elementach serialu mam odmienną opinię. Czekałem na ten serial z dwóch powodów, czyli dla Uwaisa, a przede wszystkim dla Katheryn Winnick, że będzie mogła w końcu pokazać swoje zdolności w sztukach walk. W Wikingach za bardzo nie ma możliwości wykazać się swoimi zdolnościami. Oczywiście ma sceny walk, zwłaszcza w pierwszych seriach, ale nie pokazuje swoich umiejętności w taekwondo. A przecież aktorka ma czarny pas. Chyba jedyna rola gdzie pokazała co umie to w komedii Pan i Pani Kiler z 2010 roku gdzie gra drugoplanową postać, zły charakter. Więc już dla samej Winnick postanowiłem serial obejrzeć, ale zauważyłem w czasie oglądania, że jest dyskryminowana w scenach walk. Chodzi mi o to, że więcej pokazywana jest męska część obsady w bójkach oraz azjatyckie aktorki, a Winnick ma sporo krótsze sceny walk. Nie mogłem załapać dlaczego, a jak trochę poczytałem innych recenzji, to wiele osób podejrzewa że Winnick zastępowała dublerka. I muszę się z tym zgodzić, bo często w walkach jest pokazywana od tyłu, nie pokazywana jest twarz aktorki. Dziwnie się oglądało sceny bójki z jej udziałem, w przeciwieństwie do walk reszty obsady gdzie widać że dany aktor/aktorka się bije.

    Choć to nie ma sensu, jeśli to prawda, skoro obsadza się aktorkę znaną z tego, że potrafi się bić, a nie daje się jej szansy by pokazała co potrafi (podobnie jest z Dacascosem, który nie ma żadnej sceny walki a w Johnie Wicku 3 podobno, bo nie widziałem filmu, pokazał że jest w formie). Nie wiem od czego to zależało, pewnie to była aktorki decyzja, bo jest wyszkolona w sztukach walki, podobnie jak jej koleżanki i koledzy z planu serialu. Więc jestem jeszcze bardziej rozczarowany tą produkcją jak byłem po seansie, że nie dano szansy Winnick się wykazać. Oczywiście nikt nie potwierdził, ale to jedynie ma sens, czemu jej sceny najsłabiej wypadły i dziwnie. Pewnie z jakiś powodów aktorka postanowiła ograniczyć swój występ, choć się nie dowiemy z jakich.

Powiązane

Aktualności