Recenzja do: McMafia (2018 )
Recenzje

A miało być tak pięknie – twórcy zapowiadali thriller na światowym poziomie, zrobiony z klasą i rozmachem, ze znakomitą międzynarodową obsadą, zawrotnym tempem i zaskakującymi zwrotami akcji. Niestety, wraz z pilotowym odcinkiem wyemitowanym przez BBC pierwszego stycznia, widzowie mogli się przekonać, że wszystko to było w premierowej odsłonie ośmioodcinkowej produkcji, ale w wydaniu sprzed dekady. Sądząc po pierwszym odcinku, serialowa adaptacja książki Mishy Glenny'ego (polski tytuł to „McMafia. Zbrodnia nie zna granic”) nie będzie należała do udanych i ma szansę być uznaną za jedną z największych klap tego sezonu serialowego.

Bo rodzina jest najważniejsza

Już przy pierwszych próbach zrozumienia choćby zarysu fabuły, należy się bardzo skupić i powstrzymać się od śmiechu i złośliwości. Głównym bohaterem tego widowiska jest bowiem młody i przystojny bankier, Alex Godman (James Norton), prowadzący w Londynie doskonale prosperujący interes. Alex pochodzi z żydowskiej, rosyjskiej, a przede wszystkim z mafijnej rodziny, przegonionej przed laty z ojczyzny przez konkurencję. By całkowicie odciąć się od przestępczych korzeni, bankier z uporem unikał współpracy ze Wschodem przez całą swoją karierę, ale niestety nadszedł czas, gdy mafia się o niego upomniała. Na skutek podstępnych machinacji złowrogiego wujka Borysa (David Dencik), Alexowi grozi bankructwo. Zaczyna więc rozważać skłonienie się ku prośbom rodziny i skorzystanie z nie do końca legalnych źródeł dochodu. Jak na kogoś, kto ciągle deklaruje kryształową uczciwość i chęć życia w spokoju i zgodzie, nasz bohater aż nazbyt szybko przechodzi na ciemną stronę mocy i zaczyna się bratać z międzynarodowym przemysłem mafijnym. Gdy niepokorny wujek Borys zostaje zabity przez swoją rosyjską konkurencję, Alex śmiało wkracza na ścieżkę swych przodków, przysięgając wrogom zemstę.

Sukces na miarę McDonalda

Gdy nasz niewinny młodzieniec jeszcze się kryguje, nieśmiało tylko rozważając pobrudzenie sobie rąk przestępczą robotą, spotyka się z izraelskim „biznesmenem” rosyjskiego pochodzenia, Kleimanem (David Strathairn), który wodzi go na pokuszenie obietnicami zemsty na wrogu, ale też zdradza swoją długofalową strategię. Chodzi w niej o to, by mafijne interesy naśladowały model biznesowy wypracowany w restauracjach McDonald's, czyli (w interpretacji izraelskiego ojca chrzestnego) by jego przyczółków przestępczej działalności było więcej niż placówek konkurencji. Nie dowiadujemy się niestety, jak buduje się siatkę mafijną skupiającą tak wiele mniejszych jednostek ani nawet na czym konkretnie polegają dość mgliście omawiane interesy, ale twórcom serialu wyraźnie chodzi o coś zupełnie innego niż choćby pozory realizmu czy wewnętrzna spójność.

Od pierwszych scen pilota widać, że ma być przede wszystkim międzynarodowo i na bogato, co jest prawdopodobnie głównym powodem, dla którego widzowie mogą (według moich przypuszczeń) odwrócić się od tej produkcji już po obejrzeniu premierowego epizodu. Międzynarodowość bowiem oznacza w tym przypadku miotanie głównym bohaterem z kraju do kraju, przenoszenie akcji z Londynu do Tel Awiwu, z Moskwy do Paryża, tak byśmy nie mieli żadnych wątpliwości, że o globalizmie nie tylko się tu mówi, ale nasi bohaterowie nim dosłownie żyją. Jeśli natomiast chodzi o to, by było na bogato, to wypada to karykaturalnie śmiesznie, głównie dlatego, że wszystko jest tu tak stereotypowe, że aż zęby bolą. Nasi bohaterowie są w przeważającej części Rosjanami, zatem w praktycznie każdej scenie zajadają się kawiorem, zapijają go szampanem, a raz nawet możemy podziwiać efektowne spożywanie barszczu przez wujka Borysa, oczywiście z kwaśną śmietaną. Panowie są upijającymi się wódką rubasznymi alkoholikami (oczywiście o romantycznej słowiańskiej duszy), a panie, bez względu na wiek, to strojne w futra i umalowane z przesadą piękności. Jednym słowem, takie seriale kręcono w połowie lat 90., ale dziś widzowie mogą się spodziewać czegoś więcej niż zbioru ładnych pocztówek ze światowych stolic i sterty stereotypów.

Nakreślona grubą krechą fabuła pilota pozwala się domyślać jakości dalszych odcinków i nie jest to wizja zachęcająca. Przeskakująca z miejsca na miejsce „wartka” akcja nie pozwala na bliższe poznanie lub polubienie bohaterów, którzy są ledwie typami, a nie charakterami z krwi i kości rodem z „The GodFather” czy „The Sopranos”, do których wyraźnie aspirują twórcy „McMafii”. Do tego dochodzą tak szczątkowe i do bólu szablonowe dialogi oraz niestety słaba gra aktorska większości obsady, by widzom odechciało się po pilocie oglądania dalszych odcinków tej serii.

Gra aktorska
4
Zdjęcia
5
Muzyka
4
Scenariusz
4
„McMafia” to serial, który dobrze się zapowiadał, ale pierwszy odcinek okazał się niestety wielkim rozczarowaniem. Przygody londyńskiego bankiera o rosyjskich korzeniach, którego, po latach wzbraniania się, zaczynają wciągać rodzinne mafijne interesy, są parodią porządnych kryminałów. Po kolejnych odcinkach nie spodziewam się niczego lepszego.
Ocena czytelników
5

Plusy

  • ten serial ma tylko 8 odcinków

Minusy

  • do bólu stereotypowe postaci
  • szczątkowe dialogi
  • akcja tak wartka, że aż nudna

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Aktualności