8
Recenzja do: Korona królów (2018 )
Recenzje

Nie będę opowiadać kłamstw: nie spodziewałam się cudu po „Koronie królów”, odkąd tylko usłyszałam, że taki serial powstanie. Zwiastun jedynie potwierdził moje najgorsze przypuszczenia. Mimo złych wspomnień po innej polskiej produkcji, czyli „Belle Epoque”, postanowiłam dać TVP szansę. Niestety seans dwóch pilotażowych odcinków wyemitowanych w Nowy Rok okazał się jednym z tych doświadczeń, podczas których żałowałam, że mam oczy (uszy zresztą też).

A miało być tak pięknie

Właściwa akcja serialu rozpocznie się w chwili, kiedy Kazimierz Wielki, tuż po śmierci swojego ojca, Władysława Łokietka, obejmie panowanie. Odcinki wprowadzające miały więc przybliżyć realia dworu królewskiego i przypomnieć najważniejsze wydarzenia poprzedzające koronację, jak chociażby ślub Kazimierza z księżniczką litewską, Aldoną. Nie jest żadną tajemnicą, że „Korona królów” to telenowela, więc pewne uprzedzenia były jak najbardziej uzasadnione. Nie zmienia to jednak faktu, że nawet nie wiem, od czego w tej recenzji zacząć. Może od rzeczy dobrych, bo to pójdzie zdecydowanie szybciej.

Początek był zachęcający. Bardzo miło zaskoczył mnie całkiem efektowny i przyjemny dla oka opening. Chwilę później nieco zwątpiłam, bo lektor zaczął recytować suche fakty i okoliczności wydarzeń zawartych w odcinku, żeby widz mógł się dokładnie zorientować, w jakim momencie zaraz się znajdzie. Z jednej strony był to pomocny, a z drugiej wyjątkowo sztywny wstęp. Pierwsza scena ukazująca modlącą się po łacinie ówczesną królową Polski, Jadwigę, sprawiła nawet, że do moich myśli wkradła się nadzieja. Zapowiadało się dość obiecująco.

Ubrania prosto ze sklepu i plastikowe korony? Czemu nie

Niestety to by było na tyle. Choć fabuła sama w sobie pozostaje ciekawa – co akurat nie jest zasługą twórców, tylko piękna naszej polskiej historii – to jednak nie sposób jej docenić przez to, co dostajemy na ekranie. Najpierw muszę zwrócić uwagę na kostiumy, które chyba najbardziej wyprowadziły mnie z równowagi. Sterylnie czyste, tandetne, przywodzące na myśl szkolny teatr; podczas przedstawień w mojej podstawówce miewaliśmy lepsze. Uzdy koni wyglądające, jakby nie były nigdy wcześniej używane. Nie przypominało to serialu historycznego – gdyby ktoś pokazał mi przypadkowy urywek, pomyślałabym, że to po prostu tematyczny bal przebierańców. Wcale też nie było widać, że niektórzy aktorzy noszą nienaturalne peruki, wcale.

Z całą scenografią jest właściwie podobnie. O ściany zamku wolałabym się nie opierać, bo mogłabym się ubrudzić tanią farbą (albo, co gorsza, zwyczajnie zaliczyłabym glebę – może to po prostu zwykły karton). Rekwizyty bardzo chciały przypominać prawdziwe miecze, drogie, królewskie klejnoty czy nawet XIV-wieczną zastawę. Niestety zupełnie nie poczułam klimatu. Co zawsze najbardziej sobie cenię w serialach historycznych: że mogę chociaż otrzeć się o dawność i przyjrzeć się minionej epoce. Tutaj nawet oświetlenie było przejaskrawione – nikt mi nie wmówi, że to świece, choć ewidentnie sporo w nie zainwestowano.

Chcę to odzobaczyć i odusłyszeć

Poziom dialogów miejscami pozostawiał wiele do życzenia. Nawet nie mam pretensji, że nie silono się na staropolski, bardziej uwspółcześniony język z pewnością lepiej trafi do odbiorców. To sens poszczególnych kwestii oraz to, w jaki sposób je wypowiadano, powodowały u mnie uśmiech pełen zażenowania. Rozmowa między Kazimierzem a Anną (bo takie imię przyjęła po chrzcie Aldona) o spłodzeniu syna sprawiła, że zrobiło mi się przykro – przykro, że musiałam tego słuchać. Najwięcej do zarzucenia mam właśnie aktorstwu, którego poziom był niebezpiecznie niski. W szczególności nie popisała się Marta Bryła w roli księżniczki Aldony Anny: przez większość czasu pokrzykiwała, a nie mówiła i wykreowała swoją bohaterkę na rozwydrzoną, zbuntowaną nastolatkę. Według faktów byłoby to całkiem zasadne, bo Litwinka przybyła do Polski, mając około 12-15 lat, ale twórcy chyba i tak nie odrobili lekcji z historii. Chyba że ktoś mnie przekona, że tak w XIV wieku wyglądał obrzęd chrztu. Mateusz Król (idealne nazwisko) jako Kazimierz Wielki też nie był specjalnie przekonujący i coś mi podpowiada, że zrobią z niego zwykłego playboya. Wiesław Wójcik nawet przypominał wyglądem Łokietka, jednak na tym pozytywy się kończą. Chyba najbardziej przekonująco wypadła Halina Łabonarska, wcielająca się w królową Jadwigę. Jej postać jako jedyna wydaje się charyzmatyczna i barwna na tyle, że chciałabym zobaczyć, jak będzie się w przyszłości rozwijać.

Dość absurdalny okazał się przeskok w czasie pomiędzy dwoma odcinkami – scena finałowa pierwszego to noc poślubna Kazimierza i Aldony Anny, zaś w drugim dowiadujemy się, że... małżeństwo doczekało się już dwóch, na dodatek dość wyrośniętych córek. Rozumiem, że trzeba pchnąć fabułę do przodu, że to tylko przyspieszony wstęp, jednak w trakcie oglądania miewałam wrażenie, jakbym przespała jakieś fragmenty, bo fabuła tak chaotycznie przeskakiwała od jednego wydarzenia do drugiego, co po części było również winą montażu. No i rozbawiło mnie, w jak elegancki sposób urwano scenę wspomnianej nocy poślubnej, każąc widzom obejść się smakiem, mimo że 20 minut wcześniej księżniczka litewska paradowała z nagimi pośladkami. Była nagość? Była.

Nope, nope, nope

Mimo tak wielu wad doceniam starania twórców, naprawdę. Widać, że chcieli dobrze. Muzyka jest całkiem niezła, pomysł też ciekawy, tylko z wykonaniem nie wyszło. Oczywiście wiem, że nie należy porównywać „Korony królów” do „The Crown” czy chociażby „Victorii” – zdaję sobie sprawę, że to inny budżet, inne możliwości. I zapewne serial będzie się cieszył sporą oglądalnością oraz zainteresowaniem, bądź co bądź jest to jakiś powiew świeżości w polskiej telewizji. Ja chyba jednak podziękuję, bo przez tę godzinę spędzoną przed telewizorem wywróciłam oczami tyle razy, że boję się, że mi w końcu wypadną.

Gdzie obejrzeć? Emisja poszczególnych odcinków od poniedziałku do czwartku o 18.30 na TVP 1. Serial jest również dostępny na platformie VOD.

Gra aktorska
2
Zdjęcia
3
Muzyka
5
Scenariusz
2
Twórcy „Korony królów” nie udźwignęli wyzwania, jakim jest stworzenie dobrego serialu historycznego. Drewniane aktorstwo, kostiumy jak z bazaru i płytkie dialogi sprawiły, że nowa produkcja TVP nie ma czym się bronić – zupełnie jak bohaterowie machający plastikowymi mieczami.
Ocena czytelników
2

Plusy

  • ładne intro
  • nie najgorsza muzyka

Minusy

  • wypowiedzi bohaterów nie da się czasem słuchać
  • marny poziom aktorstwa
  • tandetne kostiumy, kiepska scenografia
  • brak jakiegokolwiek klimatu
  • niedociągnięcia w warstwie realizmu historycznego

Komentarze

(8)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • Dominika Ania Krzak
    Dominika Ania Krzak
    @dominikak

    Julia, ten Twój sarkazm wylewający się z tekstu :D Nie oglądałam serialu, ale chyba skutecznie mnie zniechęciłaś... Co do zarzutów - gdzieś czytałam, ze modlili się "Zdrowaś Maryjo" a tę modlitwę wymyślono 200 lat później... Cóż, w kwestii TVP zostanę chyba przy starym, dobrym Ranczu i Ojcu Mateuszu ;)

    • Julia Deja
      Julia Deja
      @Aivalar

      @dominikak: Prawda, nawet @Kaladin o tym wspomniał niżej :) Ja oficjalnie dałam sobie spokój po dzisiejszym odcinku. To nie na moje nerwy :D

  • Karolina Wiśniewska
    Karolina Wiśniewska
    @Wisnia

    Chrzest zupełnie jak każdy u mnie w kościele - czekałam, aż królowa nałoży na Annę "białą szatę" :D Poza tym mój największy, niemerytoryczny zarzut jest taki, że nie ma na kim oka zawiesić ;)

    Pokaż wszystkie 3 odpowiedzi
    • Kira Leśków
      Kira Leśków
      @kira_leskow

      @Wisnia: Czyli Władysław „Edek Listonosz” Łokietek to jednak nie „niezłe ciacho”? ;-)

    • Karolina Wiśniewska
      Karolina Wiśniewska
      @Wisnia

      @ShyMouse: Łokietek jak Łokietek, ale spodziewałam się lepszego Kazimierza :D

  • Paweł Pustuła
    Paweł Pustuła
    @Kaladin

    A propo faktów historycznych - fragment litania czy tam pacierza do Matki Boskiej, choć ładnie brzmi, to niestety powstał prawie 200 lat później, niż toczy się akcja serialu ;)