Recenzja do: Daybreak (2019 )
Recenzje

Nie dałem rady. Pomimo wielu dobrych opinii odnośnie ostatnich odsłon nie jestem w stanie wrócić do „The Walking Dead”. Odpuściłem serial po ósmym, bardzo słabym sezonie i chyba już nie wrócę do tego tytułu. Bardzo lubię tematykę zombie i myślę, że ten gatunek ma jeszcze trochę do powiedzenia. „Shaun of the Dead” Edgara Wrighta, lubię „Dead Don't Die” Jima Jarmuscha, cenię to, co zapoczątkował George A. Romero w „Night of the Living Dead”. Najnowsza produkcja Netflixa bierze na warsztat nieumarłych, estetykę Mad Maxa i prezentuje świat, który jest pod władaniem dzieciaków. Czy taki specyficzny mix ma rację bytu i pisze kolejny, nowy rozdział w świecie zombie?

Ustalmy jedno na początku. Fabuła jest głupia, niedorzeczna i punkt wyjściowy jest tylko pretekstem do przedstawiania takiej, a nie innej wizji świata. Otóż, pewnego pięknego dnia, na świecie dochodzi do wybuchu bomb atomowych o bardzo oryginalnym działaniu. Nie pytajcie dlaczego i jak to działa, ale wszyscy powyżej 18. roku życia zostają zmieceni z powierzchni ziemi lub stają się…krwiożerczymi ghulami. I od tej pory naszą cywilizację czeka prawdziwa apokalipsa, bowiem nastolatkowie przejmują stery i stają się władcami świata. Dochodzi do podziałów i walki plemion, no istny armagedon! W tym całym zamieszaniu na pierwszym planie widzimy Josha, skromnego chłopaka, szukającego Sam, dziewczyny, w której zakochał się od pierwszego wejrzenia. Jak sobie poradzi w tym całym chaosie? Okazuje się, że całkiem nieźle i przez całe dziesięć odcinków będziemy poznawać historię jego i otaczających go osób.

Drogi widzu, a więc to było tak...

Forma prowadzenia  jest najciekawszym aspektem serialu. Josh często zwraca się do widza, stopuje akcję i poprzez retrospekcje opisuje widzowi kim jest i jak doszło do apokalipsy. Ciekawe zabiegi stylistyczne i sprawna praca kamery wzmagają zainteresowanie widza. Tu i ówdzie zobaczymy narysowaną strzałkę, która ma zwrócić uwagę na jakiś detal, konkretną postać uciekającą przed gangiem czy zasygnalizowanie, że dany bohater stał się pożywką dla monstrum. Jest to świetnie pomyślane, w luźny, komiksowy i kreatywny sposób wchodzimy w ten dziwny świat. Retrospekcje zgrabnie łączą się z pierwszą linią czasową, w odpowiednim tempie poznajemy kolejnych bohaterów i ich historie. Twórcy nie udają, że ma to być poważną produkcją. To totalna komedia, czerpiąca garściami zapożyczenia z innych popkulturowych dzieł i twórcy w zasadzie mówią o tym wprost.  Sam Josh często wciska przycisk STOP i zwraca się do nas, że teraz czeka nas typowy plot twist czy cliffhanger na koniec odcinka. Wyśmiewa takie zagrania i sam w to brnie, odwracając naszą uwagę i przedstawiając kolejną retrospekcję. Daje to naprawdę dużo zabawy. A przynajmiej na początku…

Drogi widzu, a teraz poodwracamy twoją uwagę

W pewnym momencie i inni bohaterowie zaczną sami siebie prezentować, odbierając Joshowi prawo głosu, czasem robiąc to w bezpośredni sposób. I każdy odcinek równa się nowej retrospekcji i niestety ich poziom bywa doprawdy zróżnicowany. Gdy serial bawi się narracją w kreatywny sposób, to „Daybreak” sprawia dużo frajdy, jednak gdzieś w połowie traci swój flow i zdajemy sobie sprawę, że twórcy mydlą nam oczy. Odwracamy wzrok od słabego scenariusza i banalności przemian bohaterów, a odcinek skupiający się na relacji Josha i Sam woła o pomstę do nieba. Ma wprowadzić love story dwojga ludzi o odmiennych charakterach, a po prostu nudzi i stopuje główną linię czasową. Ta z kolei tak jakby stała w miejscu. Otrzymamy więcej teen dramy, niż produkcji o apokalipsie i inwazji żywych trupoów. W pewnym momencie zapomniałem, że stanowią one jakiekolwiek zagrożenie, bo po prostu ich obecność jest totalnie znikoma.

Drogi widzu, lubimy Mad Maxa!

Gołym okiem widać, że reżyser bardzo lubi Mad Maxa. Gangi, stroje, maszyny, czy bronie to jawne przeniesienie dzieła George Millera. I nie jest to nic złego, to tytuł samoświadomy, który bawi się elementami innych dzieł. Jednak po pewnym czasie cała ta inscenizacja wydaje nam się strasznie tania i łapiemy się na przesadzonej głupocie „Daybreak”. Ja zdaje sobie sprawę z tego, że cały koncept jest totalnie pretekstowy, a forma serialu jest jaka jest, ale chciałbym jakiegoś wytłumaczenia działania bomby, która ot tak zamieniła dorosłych w wygłodniałe potwory. Miejscami żarty też są mało wybredne, stają się powtarzalne i ocierają się o granice dobrego smaku.

Wisienką na tym nieco zgniłym torcie jest dawno nie widziany Matthew Broderick, który nieco umila nam tę nieco przydługą podróż przez poszczególne epizody. Nie mniej jednak, po niezłym starcie serial spada na łeb, na szyję po schodach banalności i nudy. W finale nieco próbuje podnieść się z kolan i znowu sprawia trochę frajdy, ale jednak nie można uznać tego tytułu za coś godnego polecenia. To kolejny średniak Netflixa, o którym świat zapomni. Ciekawaforma to zdecydowanie za malo, aby czerpać maksiumm przyjemności z tego komediowego tworu o zombie i apokalipise.

Gra aktorska
7
Zdjęcia
7
Muzyka
6
Scenariusz
5
"Daybreak" od samego początku przykuwa uwagę interesującą, kreatywną narracją. To połączenie komedii, apokalipsy, Mad Maxa, The Walking Dead oraz....teen dramy. Niestety, mix tych elementów nie jest do końca strzałem w dziesiątkę. Średniak Netflixa, który potrafi dać dużo funu, ale finalnie nudzi i trafia do koszyka "obejrzane, zapomniane"
Ocena czytelników
5

Plusy

  • kreatywna narracja
  • samoświadoma produkcja, która potrafi bawić
  • Matthew Broderick

Minusy

  • za mało apokalipsy, za dużo teen dramy
  • zbyt duża ilość retrospekcji
  • głupiutki scenariusz, który finalnie się nie broni

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Aktualności