Recenzja do: The Village (2019 )
Recenzje

„Rodzina” to słowo, które wydaje się dość proste i oczywiste. Według słownikowych definicji określamy tak małżonków i ich dzieci, a ogólniej osoby związane pokrewieństwem i powinowactwem. Nie od dziś wiemy jednak, że rodzina to znacznie więcej. To ludzie, którzy darzą się wzajemną troską, a przede wszystkim miłością – w takiej sytuacji więzy krwi schodzą na dalszy plan. I o tym właśnie chcieli opowiedzieć twórcy nowego serialu od NBC, „The Village”. Czy wyszło im to dobrze?

Sąsiedzi czy superbohaterowie?

„The Village” skupia się na losach sąsiadów zamieszkujących jeden z nowojorskich budynków. Już po pierwszych minutach produkcji widzimy, że wspólne ściany to nie jedyna rzecz, która ich łączy. Traktują się jak rodzina, pomagają sobie i troszczą o siebie nawzajem. Co ciekawe – spotykają się raz w miesiącu na dachu, by celebrować swoją bliskość. Byłby to bardzo poruszający obraz, gdyby nie to, że został przedstawiony w przejaskrawiony sposób. Gdy jedna z postaci ma jakiś problem, reszta rusza z pomocą niczym grupa superbohaterów. Nie interesują ich już obowiązki dnia codziennego, a wypełnienie misji: ratunek jednego z sąsiadów. Czy w prawdziwym życiu również dochodzi do takich sytuacji? Niestety nie, a serial jest dramatem, który z  założenia miał ukazywać realny obraz świata. Podobny wątek byłby całkiem interesujący, ale jedynie, gdy ,,The Village” byłoby sitcomem. Ten gatunek, znany z tzw. śmiechu z puszki, ma to do siebie, że często ukazuje rzeczywistość w krzywym zwierciadle. W sytuacji, gdy produkcja ma wydać się autentyczna, nie powinno być mowy o takiej fabularnej przesadzie. To jeden z głównych słabości tego scenariusza. 

Głównymi bohaterami serialu są: irańska uchodźczyni z synkiem, student prawa i jego bezpruderyjny dziadek, weteran wojenny z psem o imieniu Jedi, ciemnoskóry policjant, właściciel baru z żoną oraz samotna matka wychowująca zbuntowaną nastolatkę. Każda z postaci posiada własne, poważne problemy. Czy to jednak aby nie za dużo bohaterów jak na pierwszy odcinek? Moim zdaniem twórca serialu – Mike Daniels –  wpadł na zły pomysł, aby zaprezentować wszystkie postacie od razu. Wygląda to tak, jakby Daniels obawiał się, że jego dzieło nie będzie cieszyć się  wystarczającym zainteresowaniem i szybko zostanie zdjęte z anteny. Nagromadzenie wątków w pilocie miało zapewnić mu pełne zaangażowanie widza, ale w moim odczuciu zaowocowało jedynie frustracją i zmęczeniem oglądającego. 

W ciągu pierwszych dziesięciu minut jesteśmy świadkami co najmniej trzech ,,łzawych” scen. Łzawych w cudzysłowie, ponieważ takie miały być z założenia. W rzeczywistości wyszły trochę karykaturalnie. W mojej głowie zaczęły pojawiać się pytania: dlaczego oni wszyscy mają jakieś problemy? Dlaczego jest ich tak dużo? Czemu nikt nie jest szczęśliwy?

Takie rozważania sprawiły, że w mojej głowie narodził się interesujący scenariusz. Budynek jest przeklęty i każdego, kto postanawia w nim zamieszkać, dotyka pasmo nieszczęść.

Ciekawa alternatywa na puentę produkcji, ale obawiam się, że także całkowicie niemożliwa.

the village, serial, nbc, odcinek 1, recenzja

Narzekania ciąg dalszy

Ocena gry aktorskiej w „The Village” nie należy do łatwych.

Nie ma co owijać w bawełnę: z tak marnym scenariuszem nawet Al Pacino niewiele by zdziałał, a odtwórcy głównych ról nie posiadają znaczącego doświadczenia w branży. Jedynie dwaj aktorzy mogą być znani serialomaniakom i co ciekawe, obaj w mojej opinii wypadli fatalnie.

Pierwszy – Warren Christie – zyskał popularność dzięki intrygującej roli mordercy w serialu „Eyewitness”. W nowej produkcji NBC zagrał Nicka, weterana wojennego, który stracił nogę na froncie. W momencie rozpoczęcia akcji wprowadza się do budynku i poznaje sąsiadów. O ile w „Eyewitness” aktor grał wiarygodnie i można powiedzieć, że stał się swoją postacią, o tyle tutaj kompletnie nie dało się mu uwierzyć. Przystojny 40-latek, po którym nie widać ani zniszczenia wojną, ani cierpienia związanego z kalectwem – tak postrzegam Nicka, a chyba nie taki był zamysł twórców.

the village, serial, nbc, odcinek 1, recenzja

Drugą osobą, która może być znana w branży seriali, jest Darren Kagasoff. Aktor zagrał w dosyć popularnym tytule, emitowanym na kanale MTV, „The Secret Life”. Mogłoby się wydawać, że jeśli w wieku 21 lat wcielił się w postać egocentrycznego lowelasa, to dekadę później taka rola będzie już dla niego tylko historią. Nic bardziej mylnego. W swojej pierwszej scenie Kagasoff zostaje przez nas nakryty pod prysznicem z nieznajomą pięknością. Z czasem okazuje się, że jest studentem prawa, mieszkającym ze swoim dziadkiem. Troszczy się o staruszka (zresztą w tym serialu każdy troszczy się o każdego), ale z drugiej strony jest dla niego bardzo oschły. Stale podkreśla, jak jest przejęty swoją edukacją i słabą sytuacją finansową. To typowy „goguś”, którego początkowo ciężko jest polubić, ale za chwilę pojawia się jakaś przełomowa scena, która w zamiarze twórców serialu ma sprawić abyśmy polubili tą postać. Tak się jednak nie dzieje. Mimo, że Gabe (bo tak ma na imię) pomaga uchodźczyni i udziela jej konsultacji prawnej, to nadal odczuwamy do niego niechęć. Aktor za bardzo starał się uwydatnić najgorsze cechy postaci. Zatracił się w tym tak bardzo, że kompletnie zapomniał o ukazaniu tej wrażliwej strony Gabe’a, jako członka grupy sąsiadów-superbohaterów.

Trochę pozytywów w masie negatywów

Żeby nie być całkiem krytyczną, muszę zwrócić uwagę na te elementy serialu, które w końcowym rozrachunku wyszły naprawdę dobrze. Muzyka została idealnie dopasowana do rozgrywających się wydarzeń. W scenie, która otwiera odcinek, widzimy młodą dziewczynę uciekającą z domu. W tle słyszymy funkowy kawałek zespołu Portugal. The Man, czyli „Feeling Still”, który nie tylko sprawia, że nóżka zaczyna chodzić, ale także czujemy się jak uczestnicy tej rebelianckiej akcji. W dalszych scenach, gdy rozgrywa się cała masa dramatów i smutnych opowieści, w tle słyszymy równie melancholijne melodie. O ile jakość scen jest bardzo wątpliwa, tak muzyka zrealizowała swoje zadanie w pełni.

Innym, ale równie ważnym aspektem produkcji są zdjęcia. Ponownie wrócę do sceny ucieczki, bo moim zdaniem jest to najjaśniejszy punkt całego epizodu. Kamera jedzie w dół razem z dziewczyną, która wychodzi z domu przez okno, co jeszcze lepiej pozwala nam się wczuć w jej życie. To samo dzieje się w scenach nagrywanych w szpitalu. Tym razem obraz płynnie przechodzi w poziomie, z punktu A do punktu B, razem z jedną z głównych bohaterek – Sarah, samotną matką i pielęgniarką. Te zabiegi kamerą nie dominują w serialu, ale stanowią prawdziwy smaczek dla osób interesujących się ujęciami. Zdecydowanie cieszą oko, a to już coś, jeśli chodzi o ,,The Village”. 

the village, serial, nbc, odcinek 1, recenzja

To nie tak, że „The Village” nie da się oglądać. To po prostu (nie bójmy się tego powiedzieć) bardzo słaby serial.

Przedstawione powyżej zarzuty są dla mnie błędami kardynalnymi, które nie powinny mieć miejsca, jeżeli produkcja ma zainteresować szersze grono widzów.

Nową produkcję NBC podsumuję jako przesadzoną historię o przekoloryzowanych postaciach i ich przejaskrawionych dramatach życiowych. Trzy wyrazy z przedrostkiem „prze”? Takiemu serialowi mówię pas.

Serial nie jest obecnie dostępny w Polsce.

Gra aktorska
3
Zdjęcia
6
Muzyka
7
Scenariusz
1
„The Village” to serial, który miał być podobny do znanej i lubianej produkcji ,,This is Us". Jeżeli ktoś z fanów chciałby na tej podstawie zacząć oglądać nowy twór NBC, to szczerze odradzam.
Ocena czytelników
4

Plusy

  • muzyka
  • zdjęcia

Minusy

  • scenariusz
  • gra aktorska

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane