3
Recenzja do: The Twilight Zone (2019 )
Recenzje

Niespełniony komik Samir Wassan (Kumail Nanjiani), który każdego wieczoru próbuje rozbawić niezbyt wybredną publikę w klubie „Eddies” swoimi wyrafinowanymi i wielopoziomowymi dowcipami, czeka na wielki przełom, otwierający przed nim drogę do sławy. Po jednym z kolejnych nieudanych występów, które widownia skwitowała wymownym milczeniem, a sceniczni rywale bez pardonu wyszydzili, sfrustrowany Samir siada przy barze i spotyka tam legendę stand-upu, J.C. Wheelera (Tracy Morgan). Wheeler, który sam będąc u szczytu sławy nagle wycofał się z blasku jupiterów, daje Samirowi jedną radę – jeśli ów chce osiągnąć sukces na scenie, musi „sprzedać” samego siebie.

Tłuszcza łaknie wulgarnych, prymitywnych żartów o rzeczach prostych i przyziemnych – a takie Samir powinien oprzeć na doświadczeniach własnych i znanych mu osób. Młody komik postanawia skorzystać z rady mentora; w każdym kolejnym występie oddaje, tym razem szalejącej z radości publice, część swojego życia. Szybko jednak zdaje sobie sprawę, że wraz z tym sprawia, że postaci, które wplata w skecze, zostają wymazane z rzeczywistości…

Znany dziennikarz śledczy Justin Sanderson (Adam Scott), z trudem wracający do zdrowia psychicznego po bliżej nieokreślonym, traumatycznym wydarzeniu, odbywa podróż lotem 1015 linii Golden Airways do Tel Awiwu. Już w czasie odprawy zwraca uwagę na pewne sygnały i niepokojące zbiegi okoliczności, zapowiadające, że lot ów nie będzie typowym. Na pokładzie samolotu znajduje odtwarzacz MP3 z audycją pod tytułem „Enigmatique”. Kiedy zaaferowany zaczyna jej słuchać, z przerażeniem odkrywa, że nagranie przepowiada zbliżającą się katastrofę – jest niczym przekaz z przyszłości opowiadający o tajemniczym zaginięciu lotu 1015, które nastąpiło 15 października o godzinie 22:15. Sanderson robi co może, by powstrzymać nieuchronną tragedię i poznać jej przyczynę, niestety w oczach załogi i pozostałych pasażerów postrzegany jest jako zagrożenie i ogarnięty wzrastającą paranoją furiat.

Obaj panowie przekroczyli właśnie granice przestrzeni określanej od 2 października 1959 roku jako „Strefa mroku”.

Oczekiwania i rzeczywistość

Od ponad trzech lat zajmuję się „The Twilight Zone” – serialem, który powstał według autorskiej koncepcji scenarzysty i producenta, Roda Serlinga. Piszę o nim artykuły, recenzje oryginalnych odcinków, z którymi możecie się zapoznać na łamach niniejszego serwisu, oraz – wraz z moim przyjacielem, Jackiem Rokoszem – nagrywam podcast dotyczący oryginalnej serii z lat 50. i 60. ubiegłego wieku. Dlaczego o tym wspominam? Cóż, chciałbym, abyście mieli świadomość tego, że prawdopodobnie nie ma w naszym kraju osoby, która z większym niepokojem, ale też rosnącą z każdym kolejnym zwiastunem i informacją prasową nadzieją, wypatrywałaby reaktywowanej właśnie przez Jordana Peele’a „Strefy mroku”. Stąd też moje wymagania są z pewnością nieco większe niż w przypadku odbiorcy, który nie zetknął się wcześniej z tym niezwykle kultowym i wpływowym serialem, a przy okazji inne – abstrahując od fabuły – rzeczy i detale przykuwają moją uwagę. 

Mając to wyznanie za sobą mogę otwarcie powiedzieć, że po tych dwóch odcinkach jestem pełen dobrych przeczuć co do przyszłości serialu i wzrosło moje przekonanie, że za reaktywację produkcji zabrał się zespół ludzi doskonale rozumiejących oryginał i potrafiących w kreatywny sposób podejść do materiału wyjściowego. Odcinek „The Comedian” powstał według scenariusza Alexa Rubensa, z kolei reżyserem był Owen Harris, mający na swoim koncie świetne „San Junipero” z innej współczesnej antologii telewizyjnej, „Black Mirror”. Natomiast „Nightmare at 30,000 Feet” wyreżyserował Greg Yaitanes, odpowiedzialny za kilka odcinków serialu „Lost” a fabularnie jest to trzecia już adaptacja skryptu i opowiadania Richarda Mathesona, tym razem dokonana przez Marco Ramireza. Oba epizody dostarczyły dokładnie tego, czego oczekiwałem po współczesnej „The Twilight Zone”.

Oba odcinki udanie i – co bardzo istotne – na wielu poziomach korespondują z założeniami i koncepcją serii Roda Serlinga, a także, z zachowaniem swoistej subtelności i dobrego smaku, nawiązują do konkretnych elementów, charakterystycznych dla całego serialu i pojedynczych detali, które zadowolą fanów. Sam wybór epizodu, opowiadającego o nieudanym komiku, pragnącym wspiąć się na wyżyny sztuki opowiadania żartów, jest już lekko złośliwym mrugnięciem oka w stronę wielbicieli „The Twilight Zone”, doskonale zdających sobie sprawę z tego, że sam Rod Serling słynny był ze swoich niespełnionych prób stworzenia dobrego odcinka komediowego.

The Twilight Zone, Strefa mroku, 2019, Jordan Peele, odcinek 1, CBS All Access, The Comedian, recenzja, serial

Nawiązania i kreatywność

Oryginalna „Strefa mroku” była dla Serlinga sposobem przekazania czegoś ważnego o ludzkiej kondycji i problemach świata rzeczywistego. Umieszczając swoich bohaterów w sytuacjach nieprawdopodobnych i wystawiając ich na działania nadnaturalnych mocy, dawał im okazję poznania samych siebie i prawdy o otoczeniu. Bohater odcinka „The Comedian” to typowy serlingowski „underdog”, gotowy poświęcić wiele na ołtarzu swej pasji i w celu bycia najlepszym. To postać pokroju niespełnionego jazzmana Joe Crowna z epizodu „A Passage for the Trumpet” czy ambitnego gracza w bilard Jessiego Cardiffa z odcinka „A Game of Pool”. Ponadto spotyka na swojej drodze niezwykle archetypową dla „The Twilight Zone” postać – równie diaboliczną jak Cadwallader z odcinka „The Escape Clause” czy pan Smith z „Printer’s Devil”– która podsuwa mu proste rozwiązanie. Proste, ale okupione ceną trudną do zapłacenia: poświęcenia tego, co się kocha, samego siebie i własnej duszy. Oczywiście całości odcinka „The Comedian” dopełnia jeszcze dodatkowy kontekst (nie mogłoby tego zabraknąć); dziś coraz częściej masowemu odbiorcy schlebia rozrywka wulgarna i prymitywna, a celebryci wolą „kupczyć” swoją prywatnością niż wartościowym „towarem eksportowym”.

„Nightmare at 30,000 Feet” zaskoczył mnie równie pozytywnie. Przyznam, że nie jestem zbyt wielkim fanem (uznawanego za kultowy) oryginalnego odcinka „The Twilight Zone” z 1963 roku. Przypomnę, że w epizodzie, noszącym wówczas tytuł „Nightmare at 20,000 Feet”, poznajemy historię Boba Wilsona (w tej roli William Shatner), człowieka obciążonego problemami psychicznymi, który w trakcie lotu liniami Gold Airways jako jedyny spostrzega zagrożenie prowadzące do katastrofy. W przypadku Roberta jest to jednak złośliwy gremlin majstrujący przy jednym z silników samolotu. Podobnie jest w pierwszym remake’u tej historii, będącym segmentem „Twilight Zone: The Movie”, gdzie Shatnera zastąpił znakomity John Lithgow. Obaj aktorzy odgrywali lęki i paranoje znakomicie, choć sam pomysł z gremlinem dawał pewien niezamierzony groteskowo-komiczny efekt (zwłaszcza w przypadku charakteryzacji oryginału z 1963). 

Obawiałem się, że w kolejnym remake’u twórcy będą chcieli mi opowiedzieć tę samą historię – oczywiście nieco uwspółcześnioną (dziś nikt nie wniósłby na pokład samolotu broni palnej ani nie mógłby sobie zapalić papierosa dla uspokojenia nerwów). Tymczasem okazało się, że zgotowali mi sporo niespodzianek, dzięki którym co chwilę czułem się zaskakiwany. Gremlin został szczęśliwie wyeliminowany, a zagrożenie było do samego końca nieprzewidywalne. Na tę chwilę to największe –  choć boję się trochę zapeszyć na przyszłość – pozytywne zaskoczenie. Nauczony doświadczeniem wypływającym z obcowania z poprzednimi „nowymi wersjami” historii zaczerpniętych z oryginalnej „Strefy mroku”, które włączono w serie reaktywowane w latach 1985-1989 i 2002 roku, nie spodziewałem się niczego tak dobrego. Posunę się nawet do stwierdzenia, że jest to najciekawiej zrobione i najbardziej kreatywne – obok sequela „It’s a Good Life” wplecionego we wzmiankowany wcześniej „Twilight Zone: The Movie” – odświeżenie materiału z pierwotnej wersji.

The Twilight Zone, Strefa mroku, 2019, Adam Scott, Jordan Peele, odcinek 2, CBS All Access, Nightmare at 30,000 Feet, recenzja, serial

Świetny początek

Gwoli podsumowania – po tym, co zobaczyłem, jestem nastawiony bardzo pozytywnie i entuzjastycznie. Jordan Peele dobrze czuje „The Twilight Zone”. Myślę, że on i jego ekipa doskonale wiedzą, jak dotrzeć do współczesnego widza – jego opinii boję się najbardziej, bo to od tego, jak masowa publiczność a nie garstka fanów przyjmie serial, zależeć będzie przyszłość produkcji. Jednocześnie wiedzą, jak dać wielbicielom oryginału to, czego oczekują. Przejawia się to w mniej lub bardziej oczywistych nawiązaniach: od narratora pojawiającego się w różnych okolicznościach pośród postaci, poprzez dodanie całej masy smaczków wizualnych, konstrukcji odcinków, charakterystycznych ujęć czy rzuconej tu i ówdzie wzmianki o czymś, co dobrze pamiętamy z klasycznych epizodów, na czołówce i napisach końcowych wiernie powiązanych z oryginałem kończąc. Ponadto, gdy opadną już emocje, przychodzi czas na głębszą refleksję. Chociaż J.C. Wheeler mówi Samirowi, że ludzie nie chcą słuchać farmazonów o „kondycji człowieczej”, bo wolą się dobrze zabawić – to czasem dobrze jest, kiedy uda się komuś, tak jak swego czasu Rodowi Serlingowi, dostarczyć dobrej rozrywki, mówiąc przy okazji coś ważnego. I wydaje mi się, że tym kimś może być dzisiaj Jordan Peele. 

Serial nie jest obecnie dostępny w Polsce.

Gra aktorska
7
Zdjęcia
8
Muzyka
6
Scenariusz
9
Najnowsza odsłona kultowej antologii nie tylko oddaje hołd oryginalnej wersji; okazała się także sprawnie nakręconym, budzącym refleksje widowiskiem. Dwa pierwsze odcinki zapowiadają bardzo dobrą produkcję.
Ocena czytelników
8

Plusy

  • zachowany klimat oryginalnej serii
  • kreatywne i subtelne nawiązania
  • świetne aktorstwo

Minusy

  • brak charakterystycznych i zapadających w pamięć motywów muzycznych
  • jak na „The Twilight Zone” za dużo wulgaryzmów

Komentarze

(3)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • Anna Chrustek-Szaflik
    Anna Chrustek-Szaflik
    @Nazgul

    Ja również z niecierpliwością czekałam na nową Strefę Mroku - może nie z aż tak ogromną, jak Wy, ale jednak. Troszkę mi nie pasuje pora roku, bo jednak takie produkcje to najlepiej oglądać w mroczniejsze miesiące, ale to nic, dziś dam szansę nowej wersji... obym się nie zawiodła :)

  • Michał Ziaja
    Michał Ziaja
    @michax

    Rafale ja co prawda jeszcze nie oglądałem odcinków, choć czekałem bardzo na serial, bo jak wiesz lubię SM i ogólnie cenię sobie wszelkie antologie serialowe. Oglądam większość serialowych antologii, nieważne z jakich gatunków, ale przyznam, że nie tylko na nowe TTZ nie mogłem się doczekać co tak samo czekałem na Twoje opinie nowych odcinków:)

    Oczywiście super się czyta jak wszystko co piszesz i pewnie Twoja recka spodobała by mi się gdybyś odcinki zjechał, ale jestem też zadowolony z Twojej oceny obu odcinków, że jest tak pozytywna. Bo jest szansa że odcinki mnie też podejdą. Zwłaszcza byłem ciekaw Twojej oceny remaku, bo poprzedni remake w kinowej Strefie Mroku z Lithgowem w roli głównej uważam za świetną wersję, o wiele lepszą jak oryginał z Shatnerem. Poprzednia wersja tej historii zrobiła na mnie takie wrażenie, że do dzisiaj ją pamiętam. Zresztą ogólnie film bardzo sobie cenię.

    A byłem też ciekaw Twojej opinii, bo jak pewnie już wiesz serial zbiera w USA skrajne oceny wśród widzów i dziennikarzy i byłem ciekaw po której stronie będziesz, czyli narzekaczy, czy zadowolonych. I przyznam Ci, że nie rozumiem skąd aż tak skrajnie odmienne recki są, choć czytałem bezspoilerowe recenzje. Nie rozumiem jaki mają problem z odcinkami. Choć pamiętam, że mieszane recki, były opinie na plus jak i na minus, zebrał też Weird City, czyli inna antologia Peele'a z ostatnich m-cy, która mnie się podobała. Więc muszę przyznać, ze mnie zaskoczyły tak skrajnie odmienne opinie w przypadku nowego TTZ, bo myślałem, że we wszystkim co Peele ostatnio macza palce, czyli nie tylko w kinie, ale też w serialach będą dominowały pozytywne głosy, a wcale tak nie jest. Chyba jedynym jego serialem co ostatnio się pojawił, który spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem to "Lorena" na Amazon Prime (nie dziwię się, bo znakomita rzecz) tylko, że to jest true crime.

    • Rafał Jasiński
      Rafał Jasiński
      @TheTwilightArea

      @michax: Michale, dziękuję jak zwykle za komentarz ciekawy i pełen interesujących uwag. Również stawiam wersję "Koszmaru na 20 tysiącach stóp" z Lithgowem nad wersję z Shatnerem i nie tylko ze względu na znakomitą kreację tego pierwszego - gremlin z 1983 roku jest naprawdę przerażający ;--)

      Jordan Peele mnie przekonał do siebie subtelnością nawiązań, ale ekipa realizatorska również odrobiła lekcje - ujęcia, atmosfera, klimat... Jeśli znajdzie się fan oryginalnej SM, który będzie zawzięcie krytykował i psioczył, będę zaskoczony. Dla mnie to trochę casus serialu "Castle Rock" - dla fanów i nie dla fanów. Oby Ci drudzy byli łaskawi.

Powiązane

Seriale




The Twilight Zone

Antologia oparta na produkcji z 1959 roku o tym samym tytule. Znajdziemy tu różnego rodzaju opowieści science fiction, horrory oraz thrillery.