Recenzja do: The Red Line (2019 )
Recenzje

Przy obecnych głośnych dyskusjach o brutalności policji w stosunku do osób czarnoskórych, taki serial jak „The Red Line” wydawałby się potrzebny jak na zbawienie albo totalnie zbędny. Wszystko zależy od jego realizacji i czy twórcy ograniczą się wyłącznie do rzucania znanymi frazesami bez głębszego podejścia do tematu, czy naprawdę uda im się dotrzeć do przeciętnego widza. Obejrzałam zwiastun „The Red Line” i pomyślałam sobie, że albo będzie to łamiące serce złoto jak „This Is Us”, albo dostaniemy znowu odgrzanego kotleta, na którego niby ma się ochotę, ale tak naprawdę nikt go nie chce. Ku mojemu wielkiemu rozczarowaniu okazało się, że wyszło to drugie. Nawet nie trzeba było oglądać tych pełnych dwóch odcinków, żeby stwierdzić, że to nie jest serial, który będzie miał wpływ na cokolwiek.

Był zamysł

„The Red Line” miało poruszyć problem brutalności policji przez perspektywę trzech rodzin. Wszystko zaczęło się, kiedy czarnoskóry lekarz, robiąc zakupy w lokalnym markecie, jest świadkiem napadu. Po tym, jak złodziej uciekł, próbuje pomóc zranionemu kasjerowi i zostaje wtedy bez słowa zastrzelony przez białego policjanta, który został wezwany do napadu. Doktor Harrison Brennan zostawił po sobie męża i córkę, którzy nie pozwolą, żeby funkcjonariusz Paul Evans został wypuszczony jako niewinny. Mamy jeszcze szansę obserwować całe wydarzenie od strony politycznej dzięki kandydatce na burmistrza – Tii Young, która jednocześnie jest biologiczną matką córki Harrisona i Daniela.

W przypadku tego typu seriali, zwłaszcza emitowanych w zwyczajnej publicznej stacji jak CBS, ważne jest, żeby jednak wyjść z czymś poza ramy do tego przeciętnego widza, który siedzi przed telewizorem. Inaczej nie ma szans, że taka produkcja zostawi po sobie jakikolwiek ślad, a przecież o to chodzi twórcom, kiedy kreują podobną historię. 

Problem z „The Red Line” jest taki, że ten serial nawet nie próbował być dobry. Twórcy mieli w głowie jakiś zamysł tego, co chcą zrealizować, ale na samym początku stwierdzili, że najbezpieczniej jest zrobić każdego dobrego i sympatycznego, a jednocześnie nie pokazać niczego. CBS trochę zatarło ręce i w bardzo naiwny sposób chce pokazać, że nie ma złego w tym konflikcie, wszyscy są dobrzy. Żaden rasizm ani uprzedzenia. Jakie uprzedzenia? Kolor nie istnieje, wszyscy są sobie równi, a ten policjant taki kochany i strzelił do niewinnego człowieka, bo się zestresował. 

The Red Line, CBS, serial, odcinek 1, odcinek 2, recenzja, Noah Wyle

Gorzej z realizacją

Skoro już zaczęłam o biednym policjancie, to pociągnę dalej temat postaci. Paul Evans stworzony jest chyba tylko po to, żeby utwierdzić Amerykanów w przekonaniu, jak niekompetentnych ludzi mają w policji. Trzydziestoparoletni facet, zachowujący się jak nastolatek, który totalnie nie zna przepisów, robotę dostał po znajomościach i generalnie trzeba mu dać spokój, bo on taki niedoświadczony. Absolutna ciapa, chciałby się nawet czuć źle za zastrzelenie tego doktora, ale starsza koleżanka mu powiedziała, że wszystko jest okej, więc on to przyklepał. Córka Harrisona i Daniela – Jira jest niezwykle irytująca i nie do końca wiadomo, jakie są jej motywy. Sam Daniel też niby egzystuje, ale za dużo nie robi. Tia miała przedstawić jakiś poważny dramat, ale generalnie nie bardzo to widza obchodzi.

Mam problem z określeniem, czy tak trudno się to ogląda, bo dialogi są tak tragiczne, czy aktorstwo. Jest w obsadzie kilku naprawdę doświadczonych aktorów, a tutaj nagle wszyscy są przerysowani albo wyjątkowo sztuczni. Spójrzmy przykładowo na Noela Fishera (Paul Evans) – aktor grał wcześniej w „Shameless” i wielu innych produkcjach, jest mistrzem w wywoływaniu łez u widza. W „The Red Line” jednak nic się nie dzieje. Aliyah Royale (Jira) jest tak okropna w swojej teatralności, że aż nieprzyjemnie się ją ogląda. Daleko w tyle nie pozostają Noah Wyle (Daniel Calder) i Emayatzy Corinealdi (Tina Young), którym przez oba odcinki udało się bezbłędnie utrzymać jedną minę. 

Przede wszystkim ten serial jest potwornie powolny i nudny. Z obu odcinków mogę wybrać z 10 minut łącznie, kiedy nie chciałam spojrzeć w telefon. Całą fabułę można przewidzieć, zanim cokolwiek się zadzieje. Nie ma tam scen, kiedy możemy zrozumieć postacie albo lepiej je poznać, nie. Wszystkie momenty leżą płasko i są po prostu przeskokiem z jednego punktu do drugiego. 

The Red Line, CBS, serial, odcinek 1, odcinek 2, recenzja, Noah Wyle

Co mogę pozytywnego powiedzieć o tym serialu? CBS spróbowało. Marnie, ale spróbowało. Chcieli podjąć się trudnego i ważnego problemu. Możliwe, że nawet zmienić myślenie ludzi. Niby dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane, ale ja zawsze docenię dobre serce twórców, że jednak spróbowali. Poza tym pomysł na serial był świetny, muzyka też ujdzie. Nie strzelili na razie żadnej wielkiej gafy. To by było na tyle.

Serial nie jest obecnie dostępny w Polsce.

Gra aktorska
4
Zdjęcia
5
Muzyka
6
Scenariusz
3
Serial „The Red Line” podjął trudną tematykę i było wielkie prawdopodobieństwo, że im się nie powiedzie, więc nie ma co serialowi mieć za złe. Jednak oglądać też nie ma co.
Ocena czytelników
4

Plusy

  • niezła muzyka
  • nie jest obraźliwy

Minusy

  • gra aktorska
  • wykreowane postacie
  • zupełnie nietrafione podejście do tematu
  • nuda

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

The Red Line

Historia trzech chicagowskich rodzin, które po zamordowaniu afrykańskiego lekarza przez białego policjanta zaczynają zastanawiać się nad różnicami rasowymi i ich …