Recenzja do: The Last Czars (2019 )
Recenzje

Nie da się ukryć: lubimy zaglądać za kulisy monarchii. Seriale zgłębiające historię największych mocarstw i władców nie tracą na popularności. Próbujemy uszczknąć dla siebie choć namiastkę tych wszystkich klejnotów, bogatych strojów, skandali, dramatów i problemów politycznych. Nic zatem dziwnego, że Netflix postanowił pochylić się nad losami ostatniego cara Rosji, Mikołaja II. W efekcie nie dostajemy jednak ani serialu dokumentalnego, ani fabularnego. Twórcy postanowili połączyć te dwa gatunki. Co z tego wyszło?

Kulawa hybryda

„The Last Czars” prezentuje codzienność i panowanie Mikołaja II od dnia, w którym zmarł jego ojciec, pozostawiając cały kraj w rękach syna. Szybki ślub z Aleksandrą Fiodorowną rozpoczął rządy zwieńczone krwawą rewolucją, która ostatecznie w brutalny sposób zakończyła życie wszystkich członków carskiej rodziny. W 1918 roku Mikołaj wraz żoną, czterema córkami i synem zostali okrutnie zamordowani przez bolszewików. Był to upadek dynastii Romanowów, jak i jeden z ostatnich etapów obalania monarchii w Rosji.

Serial ma ciekawą strukturę: wstawki dokumentalne, w których wypowiadają się historycy, przeplatają się ze scenami fabularnymi. Możemy zatem „na własne oczy” zobaczyć, jak przebiegały wydarzenia, o których opowiadają nam eksperci. Nie powiem, jest to interesująca odmiana od tradycyjnych produkcji dokumentalnych, tyle że miejscami wprowadza do budowy odcinków swoisty chaos. Trudno czasem wczuć się w klimat, kiedy co i rusz jesteśmy wyrywani ze środka akcji po to, by posłuchać wypowiedzi autora książki o Romanowach czy też pracowników akademickich, specjalizujących się w tym temacie. W chwilach, gdy komentarz stanowił jedynie tło dla odgrywanych scen, nie było to zbyt uciążliwe, jednak zdarzało się, że kompozycja epizodu rozwarstwiała narrację. Ponadto trudno o wyciąganie własnych wniosków z tego, co dzieje się na ekranie, skoro zaraz potem słyszymy opinię historyka, której teoretycznie nie musimy wziąć pod uwagę – ale jednak robi na nas wrażenie i odciska ślad na perspektywie zajmowanej przez widza.

The Last Czars, Ostatni carowie, Netflix, serial, recenzja

Niestety hybryda gatunkowa niesie za sobą jeszcze jedną przykrą konsekwencję. Część aktorska momentami pozostawiała wiele do życzenia pod względem realizacji. Zwłaszcza w początkowych odcinkach miałam czasem wrażenie, że oglądam fragmenty z „Korony królów”, tylko w wersji carskiej. Obsada nie była zbyt przekonująca, a w szczególności nie sprawdził Robert Jack w roli Mikołaja II. Chłop przez większość czasu ma taką samą minę, nieważne czy akurat przytula żonę, czy ktoś grozi mu śmiercią. Nieco lepiej wypadają chociażby Susanna Herbert w roli carycy Aleksandry czy też Ben Cartwright, wcielający się w Rasputina. Niemniej poszczególne sceny wypadały nieco sztucznie, co bardziej przypominało teatrzyk kukiełek, aniżeli poważny, dramatyczny serial.

Estetyka i zgrzyt językowy

Na szczęście inne kwestie techniczne wypadają naprawdę nieźle. Kostiumy i scenografia są przepiękne; w produkcjach historycznych uwielbiam właśnie przyglądanie się tym wszystkim strojom, uczesaniom czy też wystrojom wnętrz. Zdjęcia również zrobiły swoje, podobnie jak światło i kolorystyka – kadry są raczej chłodne, niezbyt nasycone, co dobrze zbudowało klimat. Muszę też przyznać, że fajnie wypadło porównanie archiwalnych fotografii i filmów z tym, co pokazywali nam aktorzy. Widać, że twórcy „The Last Czars” bardzo dobrze przyłożyli się do tego, by wszystkie szczegóły oddać z należytą dbałością.

Osobny akapit muszę poświęcić muzyce, która naprawdę mnie zauroczyła. Przypomina bardziej kinową ścieżkę dźwiękową, aniżeli soundtrack użyty w dokumentalno-fabularnym serialu. Już opening czaruje motywem muzycznym, później jest jeszcze lepiej, kiedy wykorzystane utwory podbijają emocjonalność i znakomicie stapiają się z obrazem.

The Last Czars, Ostatni carowie, serial, Netflix, recenzja

Niestety – choć może się czepiam – bardzo przeszkadzał mi fakt, że serial jest… anglojęzyczny. Oczywiście jeszcze przed włączeniem pierwszego odcinka wiedziałam, jak sprawa wygląda, skoro produkcja powstała w USA. Jednak dopiero w trakcie seansu zorientowałam się, jak niezręcznie wypada to, że akcja rozgrywa się w jednym z najważniejszych momentów w historii Rosji, tymczasem aktorzy mówią po angielsku. Wyglądało to szczególnie komicznie w dwóch scenach: najpierw gdy Aleksandra, tuż przed ślubem z Mikołajem, zwierza się siostrze, że się stresuje i nawet nie umie dobrze rosyjskiego (no cóż, w tym serialu nie musisz umieć) albo gdy kapłan udziela carskim dzieciom błogosławieństwa właśnie po rosyjsku, za to sam car, stojący tuż obok, mówi angielskie „thank you”.

Nierówne, choć ciekawe widowisko

Dla takiego laika jak ja, który zna jedynie bardzo ogólne fakty dotyczące panowania cara Mikołaja II, wpojone jeszcze w szkole, serial okazał się niezwykle intrygujący. Muszę przyznać, że temat zainteresował mnie od pierwszych minut i pewnie jeszcze przez jakiś czas pozostanę pod wpływem fascynacji Romanowami, co poskutkuje przekopywaniem się przed odmęty internetu w poszukiwaniu kolejnych informacji. Podkreślam, że trudno mi ocenić zgodność produkcji z faktami, nie jestem też do końca przekonana, czy ktoś, kto wie już co nieco o tych wydarzeniach, znajdzie tutaj coś nowego.

Na plus zdecydowanie wyszłoby zrezygnowanie z fabularnego wątku dotyczącego oszustki podającej się za Anastazję Romanową. Nawet ci niezainteresowani tematem z pewnością słyszeli liczne teorie sugerujące, że najmłodsza córka Mikołaja i Aleksandry mogła przeżyć egzekucję. Przez lata pojawiały się kolejne kobiety twierdzące, że to właśnie one są zaginioną księżniczką, jednak ostatecznie badania w 2007 roku potwierdziły, że wszyscy członkowie carskiej rodziny zostali straceni. Serial porusza ten motyw w bardzo rozbudowany sposób, bo przez wszystkie odcinki, równolegle do chronologicznie uporządkowanych wydarzeń, toczy się opowieść o Annie Anderson, pacjentce szpitala psychiatrycznego, podającej się za Anastazję. Wątek pokazano w taki sposób, by widz do samego końca miał wątpliwości co do tego, czy kobieta mówi prawdę. Jak dla mnie był to zbędny dodatek marnujący czas ekranowy – wystarczyło przecież w ostatnim epizodzie (jak to zresztą uczyniono) wspomnieć o próbach odkrycia, czy księżniczka rzeczywiście uciekła bolszewikom.

The Last Czars, Ostatni carowie, serial, Netflix, recenzja

Mimo wszystko muszę powiedzieć, że „The Last Czars” było pouczającym, fascynującym widowiskiem, które obrazowo przedstawiło wycinek rosyjskiej historii. Żałuję, że tak wiele istotnych szczegółów nie zagrało, bo tak intrygujący motyw, jak upadek dynastii Romanowów, zasługuje na dopracowaną, dopieszczoną realizację. Trzeba jednak przyznać, że to jedna z ciekawszych produkcji w ofercie platformy i na pewno warto na nią zerknąć.

Serial dostępny na platformie Netflix.

Gra aktorska
4
Zdjęcia
7
Muzyka
8
Scenariusz
6
„The Last Czars” to interesujące połączenie serialu fabularnego i dokumentu, które co prawda nie do końca się udało, ale wciąż potrafi utrzymać przed ekranem. Jeśli chcecie się czegoś dowiedzieć o czasach panowania ostatniego cara Rosji, to taki seans was usatysfakcjonuje, nawet pomimo wielu niedociągnięć.
Ocena czytelników
6

Plusy

  • muzyka
  • ładne zdjęcia
  • wciągająca fabuła
  • ciekawe doświadczenie dla widza

Minusy

  • gra aktorska
  • niezbyt udane połączenie gatunków
  • zbędny wątek z oszustką
  • język angielski

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

The Last Czars

Dokumentalno-fabularny dramat prezentujący fragment historii jednej z największych dynastii świata: Romanowów. Serial pokaże upadek rodu, prezentując przede wszystkim …