Recenzja do: The Kominsky Method (2018 )
Recenzje

Dostaję lekkiego ataku paniki, kiedy słyszę, że Netflix nadchodzi ze swoją nową produkcją komediową. W tym gatunku stacja nie ma zbyt dużego pola do popisu. Jednak gdy usłyszałem o serialu „The Kominsky Method” z Michaelem Douglasem i Alanem Arkinem w rolach głównych, byłem pozytywnie nastawiony. Czy faktycznie jest to produkcja godna uwagi?

Kiedy Chuck Lorre kończy z sitcomem

Warto zaznaczyć fakt, że twórcą produkcji jest Chuck Lorre, czyli specjalista od sitcomów. To on jest ojcem takich tytułów jak „Two and a Half Man”, „The Big Bang Theory”, „Roseanne” czy „Dharma & Greg”. Same hity na koncie, jednak dosyć powtarzalne, które potrafiły bawić, aczkolwiek były to typowe, amerykańskie seriale komediowe. Nie jestem zagorzałym fanem, ale była to rozrywka na przyzwoitym poziomie. Już po obejrzeniu zwiastuna „The Kominsky Method” można mieć wrażenie, że serial odbiega stylem od reszty produkcji Chucka. Po obejrzeniu całości utwierdziłem się w tym przekonaniu, że moje pierwsze odczucia były prawidłowe. To zupełnie inna produkcja, jeśli patrzeć na serialografię Lorre’ego.

To komediodramat, w którym humor zwinnie przeplata się z poważniejszymi wątkami. To przede wszystkim opowieść o starości, przemijaniu, przyjaźni i tęsknocie. Punktem wyjściowym do poruszenia tych kwestii jest śmierć żony jednego z naszych emerytowanych bohaterów – Normana Newlandera, w którego wcielił się Alan Arkin. Jego przyjaciel, Sandy Kominsky (Michael Douglas), stara się pomóc w niedoli jak najbardziej. Niestety nie jest to łatwe, bo kumpel nie jest najprzyjemniejszym typem pod Słońcem. To człowiek charakteryzujący się sarkazmem, cynizmem, pesymizmem i nie lubiący zmian. Od lat wierny jednej partnerce, co jest przeciwnością Sandy’ego. Ten z kolei wciela się w starszego nauczyciela aktorstwa, dzięki czemu poznaje wielu ludzi – młodszych, starszych, z niektórymi zdrzaa się mu się mieć miłosne, łóżkowe przygody. Jest pewny siebie, a raczej próbuje udowodnić, że pomimo swojego wieku na dużo go jeszcze stać. Dwa róże charaktery, dwóch utalentowanych aktorów i dobrze rozpisane postaci. Toż to sukces murowany! I tak w istocie jest.

Kiedy Michael Douglas poznaje Alana Arkina

Relacja Douglas-Arkin to największy plus produkcji. Dogryzanie sobie, potem wspieranie, kłócenie się jak i godzenie oraz przede wszystkim przyjaźnienie się po tylu latach wypada niesamowicie wiarygodnie. Oni nie odgrywają swoich ról, oni się w nie wcielają. I to naprawdę czuć - zero udawania, profesjonalizm 100%. Niezmiernie cieszy fakt, że w ogóle widzimy Michaela Douglasa na ekranie, bo jeszcze parę lat temu buchnęła wiadomość o jego chorobie. Nowotwór gardła dla aktora w większości przypadków może oznaczać koniec kariery, już nie mówiąc o śmiertelnych powikłaniach. Na szczęście udało mu się wygrać z chorobą, co w pewien sposób wykorzystał Chuck rozpisując postać Sandy’ego. Bez zdradzania szczegółów, nad bohaterem wisi widmo choroby i może różni się od tego, co prywatnie przeżył aktor, jednak widać inspirację, co tworzy serial lekko biograficznym, dzięki czemu staje się jeszcze bardziej prawdziwy.

Kiedy dramat łączy się z komedią i… czymś jeszcze

Prawdziwość dominuje w tym serialu. W roli epizodycznej występuje Elliot Gould, grający samego siebie. Jego rola jest o tyle istotna, iż jego pierwszą żoną była Barbara Streisad, a to nazwisko jest dosyć znaczące, jeśli chodzi o pewien wątek w serialu. Takich smaczków jest wiele, często padają znane nazwiska, więc osobom, które znają hollywodzki świat „The Kominsky Method” sprawi jeszcze większą frajdę. Lekkość, realizm, dramatyzm, a nawet wątki metafizyczne idealnie ze sobą współgrają, przy czym humor odgrywa ważną, może nieco drugoplanową rolę. Jednak jest on istotny i umiejętnie wykorzystany. Nie sposób się nie uśmiechnąć, kiedy dwóch naszych bohaterów  prowadzi ze sobą rozmowy. Nie jest on wpychany na siłę, wszystko ma swoje miejsce i czas. Jednak w pewnym momencie czujemy się lekko zmęczeni powtarzalnością i uświadamiamy sobie fakt, że żarty te zaczynają się dublować. Nie jest to może ogromny zarzut, ale ile razy można poruszać dany temat. Dowcip opowiadany zbyt wiele razy w końcu przestaje bawić. I sporadycznie mamy do czynienia z tym problemem, jednak patrząc na poprzednie produkcje Chucka, jest to i tak duży krok do przodu.

Kiedy nie wszystko gra tak jak powinno

Ten komediodramat jednak cierpi pod względem budowania relacji między postaciami drugoplanowymi. Większość tych wątków jest ledwie liźnięta. Szkoła aktorstwa Sandy’ego mogłaby być bardziej wyeksponowana, czy relacje Normana z córką-narkomanką (fenomenalna w tej roli Lisa Adelstein, czyli Cuddy z „House M.D.”) oraz potraktowane bardzo powierzchownie kontakty Lisy ze swoim ojcem Kominskym. Wszystkie te wątki są bezbarwnym tłem, a chciałoby się z tego stworzyć przepiękną tapetę.

Niemniej jednak „The Kominsky Method” to bardzo przyjemna produkcja. Może nie wywróci waszego życia do góry nogami, ale takich komediowych duetów w telewizji to ze świecą szukać. Serial porusza, bawi, nawiązuje do świata Hollywoodu i przede wszystkim zachwyca aktorsko. Nie będzie to długie spotkanie, całość ma jedynie osiem odcinków, przy czym maksymalny metraż trwa 30 minut. Mimo swoich problemów warto pozachwycać się duetem Michael Douglas – Alan Arkin i uświadomić sobie, że Chuck Lorre to wszechstronny twórca, który poza sitcomami potrafi stworzyć solidny komediodramat. 

Gra aktorska
10
Zdjęcia
7
Muzyka
7
Scenariusz
7
„The Kominsky Method” to świetny komediodramat. Bawi, wzrusza i zachwyca duetem Douglas-Arkin. Pomimo małych wpadek to jedna z lepszych komediowych produkcji Netflixa.
Ocena czytelników
7

Plusy

  • duet Michael Douglas-Alan Arkin
  • nawiązania do świata Hollywoodu
  • humor i dramat świetnie się ze sobą przeplatają

Minusy

  • postaci i wątki poboczne
  • powtarzalność humoru

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.