Recenzja do: The Handmaid's Tale (2017 )
Recenzje

Jesteśmy już bliżej końca niż początku historii tego sezonu „The Handmaid’s Tale”. Poprzednie odcinki zabrały nas w przygnębiającą podróż pełną rezygnacji i zaniku nadziei. Wydawało się, jakbyśmy razem z June utknęli w bezkresnej dziurze, czekając tylko na śmierć, która nieubłaganie nadejdzie. Potem dostaliśmy iskierkę nadziei, która szybko zgasła, a teraz powróciła w postaci płomienia.

Ogólnie zaczynam mieć problem z tym serialem, który tylko się powiększa przez to, że jest nadal świetną produkcją, której ciężko jest zarzucić cokolwiek. Pod względem aktorskim – majstersztyk, wizualnie jest doskonały, większych nieścisłości nie zauważyłam, a cała historia nadal do siebie ciągnie i nieustannie dołuje oraz pokrzepuje na zmianę. No właśnie, z tym sposobem twórców na trzymanie nas zaangażowanych w fabułę mam wielki problem. Jak długo jeszcze ich jedynym zabiegiem będzie miażdżenie nas drastycznymi wydarzeniami i traumą, żeby potem pokazać nam światełko w tunelu i zaognić naszą chęć do walki? Jak długo jeszcze będę to kupować i płakać, a potem stanowczo uderzać pięścią w stół na znak protestu, nim w końcu mnie to zmęczy i przestanę się angażować? Na szczęście te dwa odcinki, które podlegają mojej recenzji, były na tyle dobre, że mimo tego samego zagrania, nie mogłam ocenić ich negatywnie.

Doskonałość Sereny

Z głównego planu coraz bardziej znika postać June, chociaż nadal jej historia się rozwija, ale w ostatnich odcinkach widać większy nacisk na Serenę i nie mogłabym być bardziej zadowolona z tego rozwiązania. Pani Waterford to jedna z najlepszych i najbardziej złożonych postaci w telewizji. Analiza jej zachowania, postawy, czy tego dlaczego podjęła jakąś decyzję, jest niekończąca się przejażdżką rollercoasterem emocji. Postać, którą wiem, że powinnam nienawidzić, bo to przez nią to życie tylu kobiet wyglądałoby inaczej, z drugiej strony budzi moje współczucie – by potem znowu przypomnieć, że zasługuje tylko na nienawiść. Absolutnie uwielbiam to zagranie twórców. Gdyby nie te momenty, kiedy łamie mi się serce, pewnie w ogóle nie zaprzątałabym sobie głowy tym, jakie miała motywacje. Mogłabym bez oporów patrzeć na nią z niechęcią i kibicować Podręcznym, żeby ją spaliły razem z tym całym systemem. Serena zabiera nas w bardzo emocjonalną podróż od jej załamania w ciemnym pokoju, kiedy zdaje sobie sprawę na własnej skórze, co robi system, który tak uparcie wspierała, po jej odwiedziny w Kanadzie, pełnych oskarżycielskich spojrzeń i niechęci.

the handmaids tale, sezon 2, odcinek 8, recenzja, serial,

Cała wizytacja w Kanadzie jest niesamowitym doświadczeniem. Jeszcze niedawno wszyscy, zarówno zamieszkujący tereny obecnego Gileadu, jak i północnej części Ameryki, byli sobie równi. Żyli w ten sam sposób i wyznawali bardzo podobne zasady, a teraz delegacja Waterfordów przypomina do bólu wizytę Amiszów w Stanach w każdym podejmującym się tej tematyki filmie. Kobiety zadają Serenie pytania pozornie życzliwie, jednocześnie zastanawiając się, jak tak można żyć, a Fred za wszelką cenę próbuje sprzedać ich styl życia jako jedyny właściwy.

Płomień nadziei

Po dziewięciu odcinkach i kilku małych iskierkach nadziei, wreszcie coś się dzieje w kwestii walki z Gileadem. Zmienia się postawa June, a informacje na temat tego, co naprawdę ma miejsce pod nowym systemem, szerzą się z zabójczą prędkością. Iskierka zmienia się w cały płomień, którego siłę będziemy mogli zobaczyć najprawdopodobniej w dalszych odcinkach. Jednak nie mogę pozbyć się wrażenia, że ta nadzieja zaczyna mieć desperacki wydźwięk, co nie wróży dobrze naszym bohaterkom. Nie bez powodu istnieje powiedzenie: „Tonący brzytwy się chwyta”.

Niechęć do płci męskiej w tym serialu jest oczywista i tak naprawdę nikt tego nie kwestionuje, jednak twórcy oraz mężczyźni w „The Handmaid’s Tale” zdecydowali się przypomnieć nam, kto tak naprawdę ma tutaj władzę. Mogło się wydawać, że współpraca Sereny i June nad nowymi rozporządzeniami zwiastuje jakąś szansę na lepszą przyszłość, jednak swoboda szybko się kończy, a kobiety są drastycznie uświadamiane o tym, jak małą mają wartość. Nie dotyczy to tylko wysoko postawionych Mężów, jak się okazuje ci niźsi rangą również mają swoje za kołnierzem.

the handmaids tale, sezon 2, odcinek 9, recenzja,

Te dwa odcinki były zdecydowanie podkopaniem jakiejkolwiek nadziei, jaką mogliśmy posiadać wcześniej. Z każdej strony zostaliśmy atakowani tym, jak przegrana jest sytuacja zarówno Podręcznych, jak i wszystkich innych kobiet. Jednocześnie mieliśmy szansę zobaczyć, że życie Żony nie jest usłane kwiatkami, a mimo że ich opresja nie jest fizycznie podkreślana jak w przypadku Podręcznych, to nie zmienia faktu, że ich prawa praktycznie nie istnieją i ich wysoki status nie zmienia niczego. Jednak pod koniec znowu powraca to uczucie, że jest o co walczyć i może nie wszystko jest jeszcze stracone. Gdzieś na pewno ukrywa się sekret wyjścia z tej całej sytuacji, a wszyscy wydają się jeszcze bardziej zmotywowani, żeby je znaleźć. 

Gra aktorska
9
Zdjęcia
9
Muzyka
8
Scenariusz
7
Ósmy i dziewiąty odcinek 2. sezonu „The Handmaids Tale” to było prawdziwe wyzwanie do oglądania i powstrzymywania się od rzucenia czymś o ścianę z frustracji. Wydarzenia, którymi ciągle szokują nas twórcy, nie zawsze jednak pchają akcję do przodu, a często są tam po prostu dla samego wstrząśnięcia widzem. Jednak w tych dwóch odcinkach znowu poruszano kwestie niesamowicie ważne, a to nie nudzi się nadal. Aktorstwo i każdy aspekt techniczny pozostają bez zarzutu.
Ocena czytelników
9

Plusy

  • postać i rozwój Sereny Waterford
  • iskierka nadziei w dołującym świecie
  • twórcy ciągle sprowadzają nas na ziemię

Minusy

  • powtarzające się jedno rozwiązanie fabularne
  • szokowanie widza dla samego szokowania

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

The Handmaid's Tale

Antyutopijna przyszłość, gdzie płodne kobiety stają się surogatkami bogatych rodzin, a ich wszelkie nieposłuszeństwo zostaje surowo karane.