Recenzja do: American Horror Story (2011 )
Recenzje

We wtorek (14 listopada) zakończył się nowy sezon „American Horror Story” o wiele mówiącym podtytule: „Cult”. Dwa tygodnie temu z ręką na sercu powiedziałabym, że siódmy sezon był jednym z lepszych w historii tego serialu. Teraz jest mi, niestety, przykro.

Ile wysiłku musiał włożyć Adolf Hitler, aby przekonać tysiące ludzi, że zabijanie innych może być uzasadnione? Jeśli uważacie, że dużo, to jesteście w błędzie. Wbrew pozorom społeczeństwem można manipulować o wiele łatwiej, niż nam się wydaje. Wie o tym główny bohater najnowszego sezonu „American Horror Story: Cult”, Kai Anderson. Młody mężczyzna wykorzystuje strach, aby sterować ludźmi. Tego uczucia ma pod dostatkiem szczególnie dzisiejsze społeczeństwo amerykańskie. Podzieleni po wyborach prezydenckich Amerykanie stali się inspiracją twórców „AHS” do napisania historii o najstraszliwszym horrorze znanym człowiekowi. Tym razem nie sięgają – jak to bywało dotychczas – po mity i miejskie legendy, ale pochylają się nad każdym z nas. Jak wiele złego może wyrządzić człowiek drugiemu człowiekowi? Ryan Murphy i Brad Falchuk udowadniają, że granica moralności jest bardzo cienka. Wystarczy jedynie wprawny umysł, aby zabawić się tą wiotką linią. Tę zdolność posiada właśnie Kai. Postać napisana jest wręcz po mistrzowsku, a zagrana jeszcze lepiej.

American Horror Story: cult

Manly Man

Mam wrażenie, że do tej pory Evan Peters (Quicksilver z filmowej serii „X-Men”) nie miał okazji pokazać wszystkich umiejętności aktorskich. Dopiero „Cult” stał się dla niego szansą na zagranie w sposób, jaki ja nazywam „daniem po mordzie”. Peters właśnie to robi: nieźle wali widza po mordzie szaleństwem i siłą, które – nomen omen – biją od jego postaci. Kai jest charyzmatyczny, czarujący, przerażający i diabelnie seksowny. Nic dziwnego: psychologowie już od dawna twierdzą, że psychopaci przyciągają do siebie innych ludzi.

Aktor na przestrzeni tego sezonu „American Horror Story” wcielił się jeszcze w kilka ról – nawet w Jezusa. Jednak moją ulubioną pozostaje kreacja Andy’ego Warhola. Peters wyśmienicie oddał gesty i sposób mówienia artysty. Mogliśmy oglądać go również jako Charlesa Mansona – o przedstawienie jego historii już od dawna prosili widzowie. Twórcy „American Horror Story” postanowili wykorzystać postać prawdziwego mordercy jako drugą osobowość Kaia.

Niestety, ukazanie przemiany bohatera nie wyszło w serialu najlepiej. Początkowo podobało mi się to, że zdecydowano się na wprowadzenie Kaia w obłęd. Władza, którą posiadał, zaczynała ciążyć jego psychice, mężczyzna wszędzie doszukiwał się zdrady, a jego obsesja stała się tak ogromna, że zamordował swoją siostrę. Chociaż takie zachowanie szargało nieskazitelny obraz „boskiego przywódcy”, było jak najbardziej uzasadnione. Twórcy postanowili również namieszać widzom w głowie i w przedostatnim odcinku pokazać, że za kultem stoi nie sam Kai, ale… kobieta. Bohaterka została uśmiercona w tym samym odcinku, a postać Petersa nadal pogrążała się w szaleństwie, słabnąc z minuty na minutę. W końcu, w finale, Anderson był bardziej śmieszny niż przerażający.

American Horror Story: Cult

Girl power!

Kaiowi wtóruje Sarah Paulson w roli Ally Mayfair-Richards. Początkowo akcja serialu skupia się najbardziej na tym, co wydaje się być psychozami tej bohaterki. Paulson nie raz udowodniła, że potrafi wcielić się w różnorodne role i tym razem również zachwyca talentem. Przez pierwsze kilka odcinków Ally przedstawiana jest jako najsłabsze ogniwo opowieści – jednak z minuty na minutę zyskuje coraz większą siłę, a kulminacja następuje tuż przed rozwiązaniem: w 10. odcinku „Cultu”. W kolejnych epizodach bohaterka spiskuje, zdobywa uznanie, a w finale rozprawia się ze swoim przeciwnikiem w iście mistrzowskim stylu.

Przyznam, że przemiana Ally była najlepszym wątkiem dotyczącym rozwoju charakteru w całym sezonie. Podobało mi się, jak szara myszka, zatrzymywana przez strach i obsesje, sukcesywnie zdobywa władzę, spokój i staje się asertywna, a czasem wręcz wyrachowana.

Grzechem byłoby nie wspomnieć o drobnej roli pomocnicy Charlesa Mansona, w którą również wcieliła się Sarah Paulson w finałowym odcinku. Przez te kilka minut potrafiła wyciągnąć z bohaterki maksimum szaleństwa – tym samym ponownie potwierdzając swój talent aktorski.

American Horror Story: Cult

Pionki na szachownicy

Szkoda, że reszta ekipy jest jedynie pionkami w grze. Peters i Paulson kradną całą uwagę dla siebie, odgrywane przez nich postacie są wyraziste i pasjonujące. Pozostali bohaterowie przelewają się przez poszczególne odcinki i bardzo rzadko robią coś więcej, na coś się w ogóle przydają. W gruncie rzeczy są jedynie wypełnieniem wokół historii walki pomiędzy Kaiem a Ally. Często ich charaktery nie są spójne, a czyny nie do końca wyjaśnione. Szczególnie widać to na przykładzie Beverly (Adina Porter) oraz Meadow (Leslie Grossman): chociaż początkowo kobiety wydawały się interesujące, ze złożonymi charakterami, zalążkiem charyzmy i nadzieją na dobre rozwinięcie postaci, to im dalej, tym stawały się coraz bardziej miałkie i nijakie. Poza tym, chociaż Billie Lourd (wcielająca się w Winter Anderson) wyróżnia się pod względem aktorstwa, to mam wrażenie, że jej rola jest naprawdę bardzo wtórna. Wcześniej widziałam ją w „Scream Queens” (swoją drogą, tego samego twórcy) i obie odgrywane przez nią postacie są bardzo podobne, szczególnie jeśli chodzi o sposób wypowiadania kwestii.

Chociaż w ostatnich odcinkach próbowano jakoś uratować Beverly i pokazać zmiany w jej psychice, to nadal bohaterka pozostawała jedynie pionkiem. Jej szaleństwo zostało zbyt delikatnie nakreślone, żebym mogła się nim przejąć. Beverly wyszła raczej na słabą i łatwowierną, a przetrwała jedynie dzięki ogromnej ilości szczęścia.

American Horror Story: Cult

Niewykorzystany potencjał

To, co wydawało się być walką pomiędzy ugrupowaniami politycznymi, okazało się być raczej parodią tego starcia. Twórcy „American Horror Story” postanowili postawić przeciwko sobie kobiety i mężczyzn jako uosobienie – odpowiednio – lewicy i prawicy, a następnie rozpoczęli ironizowanie starcia poglądów. Stąd w serialu obecne były zdania, które na pewno każdy z nas nie raz słyszał, na przykład: „Idź do kuchni i zrób mi kanapkę!”. Chociaż – koniec końców – kobiety zdają się wygrywać to starcie, to jednak obu płciom dostało się po twarzy stereotypami. Mam trochę żal do twórców, że nie wykorzystali tak dobrej okazji i nie poszli bardziej w stronę polityki. „Cult” przedstawia skrajności, które oczywiście mogą mieć miejsce (i mają), ale przez nadanie im wydźwięku pejoratywnego, zrezygnowano z walorów edukacyjnych.

To samo tyczy się przedstawiania szaleństwa, manipulacji społeczeństwem, traktowania kobiet, ugrupowań nacjonalistycznych – wszystko to zostało ledwie liźnięte w serialu, bez głębszej analizy, bez poświęcenia czasu na wyjaśnienie tych zagadnień. Niestety, to nie jest tak, że to tylko serial i jego głównym zadaniem jest zapewnianie rozrywki. Wiele osób bierze na poważnie to, co widzą na ekranach telewizorów czy monitorów – co potwierdzają liczne badania nad wpływem telewizji na odbiorców. Dlaczego by więc nie skorzystać z okazji, aby czegoś widzów nauczyć?

Zamiast tego w finale otrzymaliśmy nudną opowiastkę o tym, jak kobiety i mężczyźni walczą ze sobą na śmierć i życie (dosłownie!). Nietrudno było przewidzieć, kto zwycięży to starcie, więc ostatnie minuty odcinka nie były wielkim zaskoczeniem. Kai stał się śmieszny, jego siła była jedynie pozorna. Odcinek skupiał się na tym, aby jeszcze bardziej pogrążyć tego bohatera. Czy to jest odpowiednie ukazanie tego, że poglądy Kaia są złe? Nie. To jest nie potraktowanie poważnie problemu, który jest obecny w rzeczywistym życiu.

„American Horror Story: Cult” był sezonem dobrym, a nawet bardzo dobrym. Mogłam oglądać wyśmienite aktorstwo, historia niezwykle mnie pasjonowała – co było miłym urozmaiceniem po poprzednich sezonach, które stawały się coraz słabsze. Niestety, dwa ostatnie odcinki znacznie zaniżają ogólną ocenę „Cultu”. Niewykorzystany potencjał i zbyt błahe potraktowanie problemów, o których miał mówić serial, są tym, czego nie mogę wybaczyć.

Gra aktorska
9
Zdjęcia
8
Muzyka
7
Scenariusz
8
Po coraz słabszych sezonach „Cult” podwyższa poprzeczkę całej serii. Najjaśniejszym elementem jest zdecydowanie gra aktorska, szczególnie Evana Petersa (który w końcu pokazał, na co go stać) oraz Sary Paulson. Szkoda tylko, że sezon został zakończony tak słabo.
Ocena czytelników
8

Plusy

  • Gra aktorska
  • Rozwój charakterów dwójki głównych bohaterów
  • Przedstawienie kultu

Minusy

  • Niewykorzystanie potencjału opowieści
  • Rozczarowujący finał

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

American Horror Story

American Horror Story to serial grozy stworzony przez Ryana Murphy’ego i Brada Falchuka. Każdy sezon stanowi samodzielną całość z innym tematem przewodnim. W świecie …