Recenzja do: Space Force (2020 )
Recenzje

„Space Force” to jedna z najbardziej wyczekiwanych premier Netflixa ostatnich miesięcy. Powszechnie wiadomo jednak, że ogromne wymagania idą bardzo często w parze z ogromnymi rozczarowaniami. Im bliżej do dnia premiery, tym bardziej rosły moje obawy, że serial, który wydawał się spełnieniem najskrytszych snów miłośników amerykańskich produkcji komediowych, nie ma prawa wytrzymać zderzenia z potężną falą oczekiwań. Zupełnie niezachęcające materiały promocyjne oraz klęski innych szeroko promowanych seriali Netflixa to sygnały, które bardzo chciałem zignorować i trwać w przekonaniu, że to przecież twórcy „The Office”, że Steve Carell, że John Malkovich, że Lisa Kurdow. Niestety jednak, odkąd „Space Force” już zadebiutował, trudno nadal zakłamywać rzeczywistość i pozostaje skwitować projekt jakże gorzkim stwierdzeniem: „niby człowiek wiedział, a jednak trochę się łudził”.

Twórcy „Space Force” nie mogli wymarzyć sobie lepszych okoliczności premiery swojego serialu. 36 godzin po jego premierze, 30 maja, o godzinie 21:22 czasu polskiego, z centrum kosmicznego na Florydzie wystartowała rakieta Falcon 9, wraz z pierwszą prywatną, załogową misją kosmiczną. Ten uznawany za historyczny start, który ma być momentem przełomowym na drodze do podboju kosmosu przez człowieka, śledziły miliony osób na całym świecie. Serial Netflixa miał okazję, by swoją tematyką przyciągnąć choć część tych ludzi, w których głowach zamigotała wizja dalszej eksploracji kosmosu przez rasę ludzką. „Space Force” to bowiem historia generała Marka R. Nairda – dowódcy nowo powstałej jednostki sił kosmicznych, który pomimo braku kompetencji stara się sprostać nierealnym wymaganiom swoich przełożonych. Za cel postawiono mu powrót człowieka na Księżyc do 2024 roku, lecz jak to zwykle bywa, nic nie idzie zgodnie z planem.  

space force, netflix

 

Powrót do lat 90. 

Sugerowanie, że „Space Force” ma potencjał, by stać się nowym „The Office”, to chyba najśmieszniejszy żart, jaki wymyślili twórcy serialu od momentu rozpoczęcia pracy nad nim. Produkcja Netflixa jest nie tylko krokiem wstecz w stosunku do wspomnianego „The Office”. Jest również krokiem wstecz w stosunku do większości powstających obecnie seriali komediowych.

 

To nie jest tak, że „Space Force” jest jakimś mega chłamem. Gdyby dołożyć gdzieniegdzie śmiech z taśmy, cofnąć się w czasie do lat 90. i emitować serial w czwartkowe wieczory, zaraz po „Friends”, to „Space Force” – tutaj już bez cienia ironii – mogłoby być prawdziwym hitem. Problem polega na tym, że od momentu premiery “Friends” minęło już ćwierć wieku i oczekiwania wobec komedii uległy dość sporym zmianom, które postanowili kompletnie zignorować twórcy serii. Żarty w serialu związane są najczęściej z pewnym nierozgarnięciem  generała Nairda (Steve Carell), który pomimo szczerych chęci nie do końca radzi sobie z rolą ojca samotnie wychowującego nastoletnią córkę oraz przede wszystkim rolą dowódcy sił kosmicznych. Jego problemy są jednak jak wyjęte z sitcomów lat 90. Córka głównego bohatera chce się spotykać z chłopakiem, organizować imprezy, lecz surowy, choć w gruncie rzeczy dobroduszny ojciec jest z tego nieszczególnie zadowolony. Mniej więcej tak zostaje nakreślona ich relacja.

space force, netflxi

 

Niewłaściwy człowiek na niewłaściwym miejscu 

Prawdziwa gratka zaczyna się jednak, gdy generał Naird pojawia się w siedzibie sił kosmicznych. Tutaj cały humor ma swoje źródło w jego niewiedzy na temat kosmosu. Pracujący z nim naukowcy próbują kompleksowo wytłumaczyć mu, jak można naprawić uszkodzonego satelitę, na co postać grana przez Steve’a Carella proponuje, by użyć do tego celu bomby – bo przecież przypomnijmy, jest to wojskowy, który nie ma pojęcia o kosmosie i technologii.  

 

„Space Force” nie sprawia wrażenia, jakby planowany był na ambitniejszy komediodramat, ale nie wydaje się również, że twórcy zamierzali wypuścić głupawą komedię, do której znacznie mu bliżej. Serial podejmuje nieśmiałe próby parodiowania obecnej sytuacji politycznej w USA, ale robi to raczej nieporadnie. Sama koncepcja sił kosmicznych związana jest z prawdziwym rodzajem amerykańskich sił zbrojnych, który został niedawno powołany do życia przez Donalda Trumpa. Jeśli chodzi o obecną głowę Stanów Zjednoczonych, to produkcja Netflixa również pozwoliła sobie na pewne uszczypliwości. Poczynając od samej koncepcji przewodzenia organizacji państwowej bez żadnego przygotowania, po umotywowanie misji kosmicznej chęcią komfortowego korzystania z Twittera przez prezydenta USA.

space force, netflix

 

Budżetu starczyło tylko na obsadę  

Niekoniecznie udane są również nawiązania do współczesnej popkultury. Koncept związany z wysłaniem zwierząt w kosmos tylko po to, by produkować virale, jest stosunkowo zabawny, jednak zrealizowano go chyba w najgorszy możliwy sposób. Po zaprezentowaniu takiego krótkiego wideo jeden z pracowników krzyczy, że chce go obejrzeć jeszcze raz – jeśli miało to służyć udowodnieniu, że twórcy serialu wiedzą, czym jest viral, to wyszło znakomicie, jeśli cel był inny, to raczej średnio.  

 

Najmocniejszym punktem serialu jest oczywiście obsada, której część mocno skrzywdzono. Świetnie wypadli Lisa Kurdow i zmarły niedawno Fred Willard, którego udziałem jest jedna z najzabawniejszych scen w „Space Force”. Niestety wszyscy bohaterowie są raczej jednowymiarowi, a jakakolwiek próba nadania im głębi wypada bardzo sztucznie. Każda postać ma jakby dwa tryby. Na przykładzie głównego bohatera – niekompetentny dowódca i w gruncie rzeczy dobroduszny człowiek. Przeplatają się one ze sobą, ale nigdy nie łączą.

 

Szukając mocnych stron produkcji, warto również docenić muzykę, która nieźle współgrała z tym absurdalnym tonem, który próbowano nadać serialowi. Niestety muzyka i gwiazdorska obsada nie są w stanie załatać wszystkich dziur tego projektu i finalnie „Space Force” postrzegam jako kolejny serial ze zmarnowanym potencjałem, sygnowany przez Netfliixa. 

Gra aktorska
8
Zdjęcia
6
Muzyka
7
Scenariusz
4
Hype train "Space Force" wykoleił się z hukiem. Banalny humor, uproszczona fabuła, proste, wielokrotne wykorzystywane w telewizji mechanizmy. "Space Force" to powrót do czasów seriali komediowych ze śmiechem z taśmy.
Ocena czytelników
4

Plusy

  • Obsada

Minusy

  • Mało wyszukany humor
  • Do bólu uproszczony scenariusz

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.