Recenzja do: Tales of the City (2019 )
Recenzje

Dzięki uprzejmości platformy Netflix miałam okazję zobaczyć miniserial z gwiazdorską obsadą pt. „Tales of the City” (polski tytuł to „Opowieści z San Francisco”). Jest to kontynuacja serialu, który premierę miał w 1993 roku, a kolejne kontynuacje były w latach 1998 i 2001. Poprzednie serie łączą dwie aktorki, czyli Laura Linney oraz Olympia Dukakis, które pojawiają się także w netflixowej kontynuacji. Serial w latach 90. wzbudził spore kontrowersje, głównie ze względu na podjętą tematykę społeczności LGBT, a należy dodać, że prawie 30 lat temu właśnie społeczność mniejszości seksualnych kojarzono głównie z epidemią AIDS. A czy dzisiaj motywy związane z LGBT mogą być kontrowersyjne?

Serial opowiada o mieszkańcach posiadłości przy ulicy Barbary Lane, a ich gospodynią jest niejaka Anna Madrigal, starsza pani, która skrywa również swoje sekrety z czasów młodości. Z okazji dziewięćdziesiątych urodzin właścicielki do San Francisco powraca Mary Ann, dawna mieszkanka posiadłości, która przy okazji spotyka swojego byłego męża, Briana, oraz swoją adoptowaną córkę Shawnę, a także starych przyjaciół. Mary Ann porzuciła San Francisco dla swojej kariery, jednak po urodzinach Anny postanawia zostać na dłużej. A przy okazji wraz z bohaterką graną przez Laurę Linney poznajemy innych mieszkańców i ich problemy.


Ilu ludzi, tyle historii

Z całą pewnością można rzec, że zaletą serialu jest bardzo duża różnorodność. I nie mam tu na myśli tylko wątków LGBT. W San Francisco spotykamy ludzi różnych ras, w różnym wieku i z najróżniejszymi problemami. Shawna, grana przez Ellen Page, jest kobietą queer, która szuka swojej własnej tożsamości. Czuje się dziwnie po powrocie matki (a zarazem nie jest w ogóle świadoma tego, że Brian i Mary Ann nie są jej biologicznymi rodzicami), dodatkowo pakuje się w przelotne romanse, poszukując tym samym szczęścia. Brian wciąż nie może zapomnieć o swojej żonie, dlatego też każda kobieta, z którą chce się spotykać, dziwnym trafem przypomina Mary Ann. Jake i Margot to para, która przeżywa kryzys – Jake to transpłciowy mężczyzna, który chciałby, pomimo szczęśliwego związku, spróbować poeksperymentować z mężczyznami, a Margot tęskni za spotykaniem się z kobietami. Mamy też Michaela i Bena, pozornie szczęśliwą, gejowską parę. Wkrótce okazuje się, że panowie skrywają również przed sobą pewne sekrety, a z czasem wychodzą również nieporozumienia na tle różnic pokoleniowych. Każda z tych historii, z tych postaci jest zupełnie inna. Bohaterowie muszą się mierzyć z różnymi problemami i to przede wszystkim czyni serial ciekawym. Zdecydowanie wątki poruszone w serialu nie są zbyt często poruszane w mediach, chociażby różnice w dawnej i współczesnej społeczności LGBT. Dawne pokolenie musiało się mierzyć z zupełnie innymi problemami, jak na przykład powszechną homofobią, natomiast dzisiaj zwraca się też uwagę na problemy na tle rasowym czy na osoby transpłciowe. I właśnie moim zdaniem najciekawsze są tutaj konfrontacje młodego i starego pokolenia.

Too much drama?

Dlaczego San Francisco? Jest to miasto, w którym rozwinął się nie tylko ruch hipisowski, ale też różne ruchy na rzecz równouprawnienia kobiet czy mniejszości seksualnych. Czy jednak dzisiaj musiało to być San Francisco? Czy „Tales of the City” jest równie szokujące i odkrywcze jak 30 lat temu? Moja odpowiedź brzmi… Że niestety nie do końca. Osobiście bardzo cenię wątki LGBT czy feministyczne w różnych serialach czy filmach, jednak moim zdaniem trudno tu czymkolwiek zaskoczyć widza. Mamy przedstawicieli chyba każdej mniejszości seksualnej. Łączy ich miejsce zamieszkania, ich bezpieczny azyl, jednak każdy musi mierzyć się z innymi problemami, zwłaszcza tymi związanymi z orientacją seksualną. Czy jednak takie nagromadzenie wątków LGBT w jednym serialu jest dobre? Z jednej strony potrafi to znudzić. Zwłaszcza, że moim zdaniem główną wadą serialu jest to, że odcinki są momentami za długie (podobna sytuacja była w netflixowym „Sex Education”) i często te dramaty się wręcz nagromadzają, bo jak nie mamy poruszonego wątku nieporozumień w gejowskim związku, to za chwilę mamy coś o kryzysie Jake’a i Margot. To mimo wszystko potrafi widza zmęczyć, a przy tym niezbyt zaskakiwać czy szokować. Choć wbrew pozorom wątki LGBT to wciąż mniejszość w mediach masowych, to jednak chyba produkcje Netflixa przyzwyczaiły już nas do tego i otwartego widza chyba niewiele może zaskoczyć.


Przy tym wszystkim absolutnie nie zniechęcam do obejrzenia serialu, który premierę będzie miał 7 czerwca, w trakcie „pride month”. Netflixowe „Tales of the City” to przede wszystkim zarówno doskonała obsada, jak i gra aktorska, a relacje między bohaterami na pewno nie są sztampowe. Warto jednak dawkować sobie ten serial i nie nastawiać się na nieoczekiwane zwroty akcji czy też pewną płynność. Być może dla kogoś, kto lubi długie odcinki, to będzie zaleta, lecz moim zdaniem akcję każdego z odcinków można było lepiej upchać w 40 minut, aniżeli niemal całą godzinę. Mimo wszystko jest to pozycja wręcz obowiązkowa dla fanów wątków LGBT – choć nie będzie prawdopodobnie zbyt odkrywcza ani przełomowa. 
 

Gra aktorska
8
Zdjęcia
8
Muzyka
7
Scenariusz
7
"Tales of the City" to kolejna próba kontynuacji klasycznego, choć kontrowersyjnego serialu wyprodukowana przez Netflixa. Uwagę zwracają na pewno nowe problemy, które można spotkać w społeczności LGBT. Do tego mamy wyśmienitą obsadę na wysokim poziomie, choć prawdopodobnie serial nie jest aż tak kontrowersyjny i przełomowy, jak mogłoby się wydawać.
Ocena czytelników
7

Plusy

  • gra aktorska, obsada z najwyższej półki
  • poruszone współczesne problemy trapiące społeczność LGBT
  • ciekawe, niesztampowe relacje między bohaterami
  • bardzo dobre zdjęcia

Minusy

  • serial nie jest aż tak przełomowy, ani szczególnie szokujący jak 30 lat temu
  • odcinki mogą się wydawać momentami zbyt długie, lepsze byłyby epizody nawet o 15 minut krótsze

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.