Recenzja do: Bluff City Law (2019 )
Recenzje

Będąc aktualnie w rozpaczy po obejrzeniu finałowego odcinka „Suits”, trafiam na serial, który również poświęcony jest zawodowi prawnika. Włączam odcinek i wystarcza mi kilka minut, by powiedzieć sobie w myślach: okej, to zupełnie inna bajka. Nie lepsza, nie gorsza, ale zupełnie inna. I już nie mogę doczekać się kolejnych odcinków.

Pierwszą sceną, w której widzimy główną bohaterkę, Sydney Strait (Caitlin McGee), jest ta, kiedy kobieta patrzy na swoje odbicie w lustrze, krzycząc. W tle słychać jej rozważania na temat pracy prawnika – że prawda, jest to nobilitująca praca, ale nikt nie mówi o tym, że przegrywanie spraw niszczy cię od środka. To tyle, jeśli idzie o pozytywne rozpoczęcie serialu, pomyślałam wtedy i myślę teraz, dobrą chwilę po obejrzeniu całego odcinka.

Sydney Strait pracuje w wielkiej kancelarii prawniczej. W takiej, w której prawnicy nie patyczkują się ze swoimi przeciwnikami, a ponad wszystko liczy się wygrana na sali sądowej, a nie na przykład zasady moralne albo kodeks prawny. Po prostu takie wrażenie odnoszę po obejrzeniu kilku pierwszych (dość znaczących dla dalszego przebiegu fabuły) odcinków. Tym większy był wówczas mój strach odnośnie tego, że to kolejny po „Suits” serial, w którym wszystkie chwyty będą dozwolone.

Wystarczyło kilka kolejnych scen, a w końcu i cały pilotowy odcinek bym mogła zmienić swoje zdanie.

Bluff City Law, pilot

Miasto blefu nie blefuje

Odnosząc się jeszcze do nazwy serialu – „Bluff City Law”. Jego akcja rzeczywiście kręcona jest w Memphis, tak zwanym mieście Bluff , które zostało założone 200 lat temu na urwisku nad rzeką Missisipi. Jeśli wziąć pod uwagę motyw przewodni serialu – sprawy, jakimi się zajmują – to posunięcie wydaje się być bardzo okej. Prawnicy rodzinnej kancelarii zajmują się bowiem prawami obywatelskimi i prawami człowieka, z problemami z którymi na co dzień zmagają się mieszkańcy miasta. Czy jest to tylko promocja dla rejonu, czy może jedynie przypadek, nie mi osądzać.

Wracając jednak do tematu. W pierwszych scenach towarzyszymy Sydney Strait w rozmowie ze swoim rywalem, którą to rozmowę kobieta przerywa, w pełni przekonana co do słuszności swoich czynów. Pewnie nie spodziewa się, że już za chwilę jej życie wywróci się do góry nogami, co dziwi i mnie samą, bo chyba nie tego się spodziewałam. Tak czy siak, w jej gabinecie pojawia się jej tata, przekazuje pewną informację i historia nabiera tempa. Kilka minut później kobieta pracuje w kancelarii swojego ojca i pierwszą sprawą, jakiej się podejmuje, to taka przeciwko wielkiemu potentatowi napojów na rynku. Napojów, które wywołują raka – przynajmniej tak twierdzi Sydney zaopatrzona w solidne dowody.

Zderzenie dwóch światów

Tak naprawdę „Bluff City Law” to taki obrazkowy serial przedstawiający zderzenie się dwóch skrajnych światów. Z jednej strony mamy przecież tą Sydney, która pracuje (okej do pewnego momentu, ale jednak) w wielkiej kancelarii, która, powiedzmy sobie szczerze, raczej prawami obywatelskimi się nie przejmuje, bo liczą się pieniądze, miejsce na rynku i jeszcze więcej pieniędzy. Ale dzięki tym wygodnym pieniądzom bohaterowie mogą mieć wygodne życie, super samochody, domy na plaży i wiele innych luksusów. Sytuacja wygląda o wiele gorzej, gdy ma się na przykład sumienie i te pieniądze oczywiście też odgrywają rolę, ale jednak nie tak dużą. Liczy się bowiem drugi człowiek, jego dobro, jego prawa, a boli jawna niesprawiedliwość, za bardzo pogłębiające się problemy i tuszowanie spraw w imię „wyższego dobra” (niekoniecznie innych). W tym miejscu mowa oczywiście o ojcu Sydney, który prowadzi kancelarię, która pomaga w wygrywaniu spraw przeciwko takim potentatom. To oczywiście skrót myślowy, bo domyślam się, że przekrój spraw w dalszych odcinkach będzie ogromny i nie wszystkie sprawy będą wygrane, więc trudno teraz jest mi to wszystko sprowadzać do jednego określenia.

Bluff City Law, recenzja, pilot

Reasumując, chodzi mi o motyw serialu i to na jakiej zasadzie, domyślam się, będą prowadzone kolejne śledztwa i odcinki. Trzeba przyznać jednocześnie, że świat podzielony na dwie barykady zawsze wygląda ciekawiej w serialu, gdzie rzeczywiście ktoś przejmuje się tymi mniejszymi, podczas gdy w prawdziwym świecie jest tego o wiele mniej albo nie ma się sposobności by takie rzeczy i szlachetne postawy śledzić.

Bez blefu, ale nie pykło

Coś mi jednak tutaj nie pykło. Nie wiem konkretnie co takiego, bo przez cały odcinek byłam zainteresowana akcją, podobała mi się główna bohaterka (nawet jeśli patrzenie na aktora wcielającego się w jej ojca bolało) i myślałam, że poczuję tę miętę i będę z zażyłością śledziła dalsze losy serialu.

Może chodzi o to, że obejrzałam już dużo podobnych seriali i powielający się w nich schemat stał się dla mnie po prostu nudny. Dzielenie postaci na dobre i złe jest co prawda fajne, o czym pisałam wyżej, ale z drugiej strony nudne. Zawsze przecież znajdują się tacy, którym zależy na kasie, i ci, którzy tej kasy mają tyle, że mogą w końcu zająć się innymi. Tak samo jest z więzami rodzinnymi – nie we wszystkich rodzinach jest okej, nie zawsze chce się z jej członkami pracować i nie jest to bynajmniej powód do tego, by kończyć te relacje czy by czuć się lepiej albo gorzej.

Seriale prawnicze są fajne, ale w momencie kiedy angażują, wprowadzają coś nowego zamiast znanego schematu i kiedy bohaterowie w swojej normalności nie stają się wręcz przerysowani. Nie mogłam patrzeć na ojca Sydney, który tak się prężył, tak próbował być mądry, a tak naprawdę domyślam się, że kiedyś był taki sam jak swoja córka i może chciał sprowadzić ją na ziemię tak, jak ktoś to zrobił przed laty z nim. Tyle, że to znów jest strofowanie i naginanie do jego konkretnego stylu życia, który jest według niego lepszy niż inny.

„Bluff City Law” może i jest fajne, ale także zwyczajne. Bez ogromnej miłości do bohaterów i też nie pierwsze w pokazywaniu, że lepiej pomagać słabszym, bo to jest szlachetniejsze. Do tego ma kilku przerysowanych bohaterów, których nie da się słuchać, ponieważ tak chcą pokazać, jak są fajni i normalni. Mhm.

 

Serial nie jest dostępny w Polsce.

Gra aktorska
6
Zdjęcia
8
Muzyka
8
Scenariusz
6
„Bluff City Law” to poprawny, niczym niewyróżniający się serial prawniczy, który poza tym, że stawia na nieznanych (nie wszystkich ale jednak) aktorów oraz inną niż Nowy Jork lokalizację. Czy ma w sobie coś więcej? Niekoniecznie.
Ocena czytelników
5.5

Plusy

  • nietypowa lokalizacja
  • nowe aktorskie twarze

Minusy

  • schemat goni schemat
  • przerysowana postać ojca Sydney

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.