Recenzja do: On Becoming a God in Central Florida (2019 )
Recenzje

Stworzenie czarnej komedii to nie lada wyzwanie. Produkcje, których humor opiera się na rzeczach zwykle traktowanych poważnie (śmierć, choroba), często balansują na granicy dobrego smaku. Scenarzysta musi posiadać rewelacyjną znajomość docelowej grupy odbiorców, by tej granicy nie przekroczyć i by bawić, nie szokować. Nie da się zadowolić każdego, jednak świetnym przykładem wybitnych tworów tego gatunku są skecze z ,,Monthy Python Flying Circus” lub zupełnie z innej beczki – komedia dla nastolatków ,,Heathers” z 1988 roku. O stworzenie serialu reprezentującego ten gatunek pokusili się Robert Funke oraz Matt Lutsky. Średnio doświadczeni scenarzyści przysiedli razem do pisania i tak oto powstało ,,On Becoming a God in Central Florida”. Czy produkcja ma szansę podbić serca miłośników tego typu seriali?

Czarny scenariusz

Najnowsza produkcja wyprodukowana przez stację Showtime to historia osadzona w roku 1992. Główną bohaterką jest Krystal (Kirsten Dunst): żona, matka małej Destinee oraz pracownica parku wodnego w Orlando. Kobieta w młodości poznała, co to znaczy bieda, dlatego nie wymaga zbyt wiele od swojego obecnego życia. Zupełnie inaczej myśli jej mąż Travis (Alexander Skarsgård), który pragnie być bogaty, a swoje marzenia realizuje, biorąc udział w tzw. piramidach finansowych.

Kiedy Travis ginie w dość nietuzinkowych okolicznościach, Krystal zostaje sama z jego długami, domem i dzieckiem na utrzymaniu. Pomoc oferuje jej firma, z którą współpracował mąż, jednak w zamian bohaterka musi przejąć jego zawodowe obowiązki.

on becoming a god in central florida

Sytuacje, do których dochodzi w serialu, są naprawdę tragiczne i w innych okolicznościach – nadawałyby się idealnie do melodramatu. Sęk w tym, że właśnie te okoliczności, ich groteskowość i przerysowanie, bawią. Rozśmieszają do łez i nierzadko powodują lekką refleksję, czy aby na pewno to rozbawienie jest na miejscu. To właśnie znak, że mamy do czynienia z naprawdę dobrym serialem z tego gatunku.

Czarna bohaterka

Kirsten Dunst jest aktorką, której kariera jest bardzo nierówna. Ma w swoim dorobku wiele dobrych ról jak np. w „Fargo” czy „Interview with the Vampire: The Vampire Chronicles”, ale jednocześnie wiele miernych. W tych drugich zawsze wcielała się w podobną postać, słodką blondynkę, której nie sposób nie lubić i której z tego samego powodu bardzo się nie lubi („Bring It On”, „Get Over It”). Nie ukrywam, że dużo trudniej jest mi zapomnieć o tych słabych rolach, przez co nigdy nie pałałam do niej sympatią. Jeżeli macie podobnie i Kirsten również nie należy do waszych ulubienic, to bardzo dobrze trafiliście. Chociaż odgrywa ona główną rolę w „On Becoming a God in Central Florida”, to można śmiało powiedzieć, że tak naprawdę jej tu nie ma.

kirsten dunst

W Krystal nie ma śladu Kirsten. Aktorka wcieliła się w postać tak mocno, że nie przypomina siebie wyglądem, zachowaniem, nawet jej gesty są zupełnie obce. Niesamowicie ogląda się tak dobrze zagraną rolę w tego typu produkcji. Oglądając byłam w stanie uwierzyć, że Krystal naprawdę istnieje – chociaż jej życie jest całkowicie popaprane i komiczne. Kirsten i jej czerń w kontekście gatunku serialu jest tutaj wyjątkowo uderzająca.

Jeśli chodzi o Alexandera Skarsgårda to niestety pojawia się tylko w pierwszym odcinku. Niestety, ponieważ w Travisie zupełnie nie rozpoznałam dobrze znanego i uwielbianego przeze mnie aktora. To tylko świadczy o tym, że również zrobił kawał dobrej roboty. Mam głęboką nadzieję, że pojawi się ponownie, choćby w retrospekcjach.

Czarna muzyka

Czym byłaby ta produkcja bez muzyki? Chyba po prostu dobrym serialem. Ścieżka dźwiękowa sprawiła jednak, że „On Becoming a God in Central Florida” jest tytułem niesamowitym. Już samo połączenie scen i doboru kawałków jest w stanie rozbawić. Scena, w której Krystal strzela do aligatora, a w tle leci ,,Self Control” sprawia, że nie da się nie uśmiechnąć. Podobnie gdy próbuje pozbyć się jego ciała. Na ziemi pojawia się ogromna kałuża krwi, która powoli dopływa do fotelika z malutką Destinee. W tle leci „Just Call Me Angel”, co znakomicie kontrastuje z Krystal, która cała w czerwieni próbuje przenieść córkę w inne miejsce.

kirsten dunst

Takich obrazów jest cała masa. Twórcy się tym bawią, pokazują nam sytuację i podają utwór, który zupełnie do niej nie pasuje. Taki zabieg daje naprawdę wiele i wnosi do serialu pewną świeżość, której zupełnie się nie spodziewałam, włączając pilota.

Czarno to widzę?

Zdecydowanie nie. Serial, co do którego nie miałam wygórowanych oczekiwań, zaskoczył mnie bardzo pozytywnie. Na tyle, że nie jestem w stanie znaleźć jego słabych punktów. Tutaj po prostu wszystko się klei. Gra, muzyka, scenariusz... nawet praca kamerą jest bardzo interesująca. Widać to między innymi w scenie, w której postać drugoplanowa, Cody (Théodore Pellerin), zerka na ścianę z piramidą uczestników. Kamera pokazuje go i ścianę z boku, by potem swobodnie przejść za jego plecy i ukazać wykres w całości.

kirsten dunst

Wygląda na to, że twórcy, których dotychczasowy dorobek nie jest zbyt wielki, włożyli całe swoje serce i ambicje w ten tytuł. Zadbali o każdy szczegół i w finalnym rozrachunku trzeba stwierdzić, że naprawdę było warto.

Zamierzam kontynuować oglądanie i zobaczyć na własne oczy, czy poziom nie spadnie. Mam jednak przeczucie, że jest to tegoroczny strzał w dziesiątkę, ale z lekką ostrożnością oceniam, póki co, oczko niżej.

Gra aktorska
10
Zdjęcia
9
Muzyka
9
Scenariusz
9
Serial jest czarną komedią w najlepszym wydaniu. Sytuacje, które powinny smucić, bawią. Znakomite kreacje aktorskie tylko podbijają efekt.
Ocena czytelników
9

Plusy

  • muzyka
  • gra aktorska
  • scenariusz
  • zdjęcia

Minusy

  • póki co, brak

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.