Recenzja do: iZombie (2015 )
Recenzje

Ostatnie dekady przyniosły nam mnóstwo produkcji z „dobrodusznymi” bestiami w roli głównej. Otrzymaliśmy rodzinę wampirów-wegetarian („Twilight”) czy też historię o wilkołakach chodzących do liceum („Teen Wolf”). Na tym tle wyraźnie lepiej wychodzi serial „iZombie”, który stara się ocieplić wizerunek mózgożernych umarlaków. Trzeci sezon zostawił fanów serii w bardzo zaskakującym momencie. Czy najnowsze odcinki podołały wysoko zawieszonej poprzeczce? Zapraszam do przeczytania recenzji i do dyskusji na ten temat w komentarzach. UWAGA: recenzja zawiera spoilery z ostatnich odcinków.

Cały trzeci sezon wydawał mi się droczeniem z widownią, opartą głównie na wiszącej na włosku groźbie ujawnienia światu, że zombie istnieją naprawdę. I aż do finału można było oczekiwać, że do tego, de facto, nie dojdzie. Scenarzyści jednak bardzo pozytywnie zaskoczyli widzów odważnym wprowadzeniem groźby w życie. I to od razu z przytupem, jednocześnie zarażając wirusem zombie przeważającą część populacji Seattle.

iZombie, 4 sezon, recenzja, The CW, Liv, Liv Moore

Jedną rzecz należy podkreślić. „iZombie” od samego początku bardzo trzyma poziom. Zdarzają się gorsze odcinki, jednakże całościowy twór wciąż jest ciekawy i świeży. I chociaż wiele tutaj powtarzalnych rozwiązań, a schemat 90% odcinków jest identyczny – to nadal mamy do czynienia z pozycją intrygującą, pokręconą i lekką. Może jest tak dlatego, że sami twórcy nie traktują go do końca poważnie. Nie jest tu istotny ani patos, ani nadmierny dramatyzm, serial ma być prosty i nie za bardzo angażujący. I to się zdecydowanie udało zachować przez cały czas emisji, a pomimo (a może właśnie dzięki) absurdalnej konwencji, ogląda się ten serial cały czas przyjemnie.

Wygłodniałe miasto

Czwarty sezon przenosi nas do Nowego Seattle, gdzie większość mieszkańców stała się zombie. Zostajemy rzuceni w środek akcji i wraz z bohaterami musimy się przyzwyczaić do nowej codzienności. Wybudowanie muru dookoła miasta, codzienne patrole, publiczne egzekucje i ciągła obawa przed zrzuceniem bomby – to tylko część rzeczy, z którymi muszą zmierzyć się Liv i jej znajomi. I jakkolwiek brzmi to mocno absurdalnie, to fabularnie wszystko się ze sobą łączy i nie ma specjalnych dziur fabularnych ani błędów logicznych. Nowa rzeczywistość jest bardzo orzeźwiająca i przede wszystkim nie jest tak nużąca jak ostatnie sezony „The Walking Dead”.

iZombie, serial, The CW, seriale o zombie, zombie, Liv Moore, Liv, Rose McIver, 4 sezon, recenzja

Renegat, restaurator i nieuleczalnie chora

„iZombie” to przede wszystkim wspaniała gra aktorska. Na zdecydowanie największą pochwałę zasługuje oczywiście Rose McIver, czyli serialowa Liv. Rose jest bezbłędna w swoich cotygodniowych przeobrażeniach i daje wyraz swojemu talentowi aktorskiemu. W tym sezonie mogliśmy poznać wiele nowych twarzy Liv: od arystokratki, przez raperkę i gospodynię domową, aż po Renegate. Postać renegatki ratującej ludzi od śmierci (ostatecznej), bardzo pasuje do postaci Liv, a także do samego obrazu Nowego Seattle. 

Równie dobrze wypada diaboliczny Blaine DeBeers, czyli David Anders, jednak w tym sezonie jego rola wydaje się mniejsza. I chociaż bardzo dobrze radzi sobie w półświatku i prowadząc dwa lokale, tak wydaje się być tylko niewielką płotką przy Fillmore Graves. Miejmy nadzieję, że w w finałowym sezonie powróci do gry, chociażby w trakcie realizowania swojego planu zarażenia reszty populacji.

iZombie, 4 sezon, zombie, seriale o zombie, recenzja, The CW, Ravi

Ciekawą postacią w najnowszym sezonie jest również nieuleczalnie chora Isobel Bloom (w tej roli siedemnastoletnia Izabela Vidovic). O ile jej początkowe pojawienie się kojarzyło mi się raczej irytująco, tak w miarę poznawania tej postaci, nabrałem do niej pewnej sympatii. Interakcje Isobel z Ravim należą do jednych z najbardziej uroczych w całej serii.

Romanse bez chemii

Pomimo wielu dobrych stron serialu, jedna rzecz nieustannie nie pasuje mi w tej produkcji. O ile twórcy wyraźnie umieją tworzyć zgrane duety (chociażby Peyton i Ravi), tak absolutnie nie jestem w stanie jakkolwiek zrozumieć i zaakceptować związków Liv. Bardzo często są one według mnie robione na siłę, jedynie po to, by jakoś te relacje wykorzystać (np. dodając dramatyzmu, jak w przypadku uśmiercenia Drake’a). Twórcy bardzo nieudolnie starają się sparować kogoś z Liv, aczkolwiek nie ma w tych relacjach nawet połowy ilości chemii, jaka występowała w pierwszym sezonie między nią a Majorem czy Lowellem. W efekcie dostajemy raz na pół sezonu nowy romans, który można już z góry spisać na straty. Nie inaczej było w tym sezonie, kiedy otrzymaliśmy wątek bardzo mało wyrazistego Levona, który samym sobą wprowadził bardzo mało do serialu, za wyjątkiem jego udziału w słodko-gorzkim finale. 

Wątpliwy prorok

Romanse Liv to słaby punkt wszystkich sezonów. Jednak muszę powiedzieć, co najbardziej mnie zawiodło w czwartej serii tej produkcji. Wątek ojca Blaine’a był bardzo irytujący i niewiele wnoszący do serialu. Nie mówię, że Robert Knepper źle odegrał swoją postać, bo wręcz przeciwnie, jest bardzo przekonujący, jak w większości swoich „szaleńczych” ról (warto wspomnieć „Prison Break”, a także „Twin Peaks”). Ciężko jednak ogląda się jego występy w tym sezonie. Temat sekty zombie jest nie dość, że bardzo absurdalny, to w moim odczuciu niesmaczny. 

iZombie, seriale o zombie, zombie, 4 sezon, The CW, recenzja, Rose McIver, Liv

Wygląda na to, że The CW powinno zmienić nieco konwencję tworzenia swoich seriali. Trzynastoodcinkowy sezon „iZombie” przykuł moją uwagę o wiele bardziej niż przeciągający się ostatni sezon „The Flash”, a groteskowej historii o nieumarłych znacznie bliżej jest do lekkich „DC’s Legends of Tomorrow” niż pełnego patosu „Arrow”.

Gra aktorska
8
Zdjęcia
7
Muzyka
5
Scenariusz
8
„iZombie”, mimo zachowania właściwie tej samej formuły, wciąż pozostaje świeże i godne uwagi.
Ocena czytelników
8.5

Plusy

  • gra aktorska Rose McIver
  • zabawna konwencja
  • koncepcja Nowego Seattle

Minusy

  • postać proroka i wątek sekty
  • niszowa rola Blaine'a

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.