Recenzja do: DC's Legends of Tomorrow (2016 )
Recenzje

Mimo licznych podróży w czasie i przestrzeni, a także cyklicznych zmian w obsadzie, można powiedzieć, że ekipa z Waveraidera jest w dalszym ciągu tak samo zakręcona i nieprzewidywalna. Ciężko powiedzieć czy to dobrze. Mimo że twórcy cały czas pozostają przy lekkim sposobie narracji i wciąż starają się zaskoczyć nas czymś nowym, to dalej nie jest to serial wybitny. Aczkolwiek w tym momencie, po obejrzeniu całego sezonu, uważam „Legendy” za najlepszy tegoroczny serial z Arrowverse.

Serial skupia się na losie grupy herosów, którzy wykorzystują swoje umiejętności (a przede wszystkim wehikuł czasu), do ratowania świata. Trzeci sezon rozpoczął się w miejscu, gdzie pozostawiliśmy naszych bohaterów w poprzednim sezonie – w centrum miasta, po którym biegają dinozaury. Jak wiemy z poprzednich odcinków, czas potrafi płatać figle, więc po kilku minutach zespół legend zostaje uratowany przez Ripa Huntera, który, jak się okazuje, w międzyczasie (który trwał pięć lat), zdążył założyć Biuro Czasu mające strzec osi czasu i to bez szkodliwego udziału Legend. Z tego powodu nasi bohaterowie na czas trwania pierwszego odcinka muszą przejść na emeryturę i wykonywać całkiem codzienne prace, by zapewnić sobie byt. Wszystko wraca na stare tory w momencie, gdy Mick Rory, odpoczywający na Arubie, spotyka Juliusza Cezara. W ten sposób Legendy dostają okazję, by wrócić do tego, w czym czują się najlepiej.


Elvis, egzorcysta i prezydent

Nie chciałbym mówić zbyt wiele o samej fabule, wolałbym skupić się na tym, co w obecnym serialu wyszło na plus, a co moim zdaniem okazało się totalną porażką.  Na pewno zadziałało to, co w każdym sezonie do tej pory – liczne nawiązania do popkultury. W tym sezonie mogliśmy dostrzec odniesienia do „Doctora Who”, „Facetów w Czerni”, „Szczęk”, „Władcy Pierścieni” czy gry „Dungeons & Dragons”. Ponadto do jednych z lepszych odcinków można zaliczyć epizod z Elvisem, a po obejrzeniu finału prawdopodobnie część z was będzie chciało mieć własnego Beebo.
Odcinek z Elvisem nie był jednak tak dobry, jak ten, w którym poznaliśmy młodego Baracka Obamę. Był to szczególny odcinek, gdzie naszym bohaterom zależało na ochranianiu Baracka („Obama care”), a pewien wybitnie rozwinięty goryl sugerował, że „It is time to make America Grodd Again”. Co tu dużo mówić, scenarzyści w trakcie pracy nad tym odcinkiem wielokrotnie wyraźnie zaznaczyli, na kogo oddali swoje głosy w ostatnich wyborach prezydenckich.


Najbardziej istotną dla mnie rzeczą, za jaką dziękuję twórcom tego serialu, jest to, że przywrócili do Arrowverse Johna Constantine'a. Zawsze uważałem decyzję o anulowaniu jego solowego serialu za bardzo niewłaściwą, dlatego bardzo ciepło przyjąłem jego już wcześniejszy jednorazowy występ w „Arrow”. Twórcy „Legend” wykorzystali tamtą historię, przedstawiając Johna jako tego, który przywrócił Sarę do żywych. Obecność Constantine’a, choć skromna (wystąpił w trzech odcinkach), dodała do serialu dużo świeżości i wspaniale się wpasowała w mistyczny charakter sezonu. Scenarzyści musieli zauważyć pozytywny odbiór pojawienia się tej postaci, dlatego nie trzeba było czekać długo na informację, że ten ekscentryczny egzorcysta na stałe znajdzie się na pokładzie Waveraidera w nadchodzącym czwartym sezonie.
Dodatkowo kolejny raz „DC’s Legends of Tomorrow” pokazał, że potrafi pokazać postaci z innej strony. Tak było chociażby z debiutującym w tym sezonie Kid Flashem. Okazał się on o wiele bardziej dojrzałym speedsterem, niż we „Flashu”, a przez to, że nie gra drugich skrzypiec koło ciekawszej postaci o tych samych umiejętnościach,  publiczność odbiera go lepiej i przyjaźniej. Również Damien Darhk został przedstawiony z zupełnie innej strony. Nie mieliśmy w tym sezonie jedynie do czynienia z zimnokrwistym zabójcą, który dba tylko o swoje dobro. Dodanie do scenariusza jego dowcipnych i komicznych relacji z córką było strzałem w dziesiątkę – mogliśmy niemal polubić tego antagonistę. Dużo świeżość przyniosła też wersja Darhka z czasów zimnej wojny.

Miłość klona i zabójczyni

Trzeci sezon serialu wniósł moim zdaniem coś zupełnie nowego do Arrowverse. Po raz pierwszy spodobała mi się zastosowana budowa związku LGBT. Do tej pory CW zarzucało nas bardzo źle zbudowanymi postaciami o odmiennej orientacji. „Arrow” proponował nam jedynie irytującego i przerysowanego geja Curtisa, a „Supergirl” nieudolnie starała się zainteresować widzów postacią bezbarwnej Alex. Relacja Avy i Sary była budowana powoli, z zachowaniem sensu i z dużą ilością smaku. W tym sezonie mogło być naprawdę dobrze pod tym względem, gdyby kilka odcinków wcześniej ktoś nie wpadł na pomysł pokazania komicznej homoseksualnej wersji Leonarda Snarta, która dla mnie była totalnie niepotrzebna.


Czego chciałbym uniknąć w następnym sezonie

Nie będę kłamał, były takie rzeczy, które serial robi źle. Jest wiele powodów, dla których ta produkcja nigdy nie będzie niczym w rodzaju „Doctora Who” (nawet jeśli twórcy „DC’s Legends of Tomorrow” zatrudnią kolejnych aktorów związanych z tym serialem).
Chciałbym przypomnieć, że mimo wszystko jest to serial skierowany również do młodszego grona odbiorców. Dlatego nie uważam za stosowne, by ukazywać niektórych bohaterów (przede wszystkim myślę o Sarze) jako niestałych w uczuciach czy wręcz romansujących przy każdej nadarzającej się okazji. Ja sam, pomimo pewnego wieku, nie odbieram dobrze postaci, która w ciągu trzech odcinków uprawia seks z dwiema różnymi osobami. Takie przedstawienie bohatera teoretycznie czyni go wielowymiarowym, ale czy… jest to odpowiednie?
Sam finał sezonu przez moment wydawał mi się nieco powtarzalny. Rozumiem, że posiadając w zanadrzu wehikuł czasu, bohaterów aż korci, by użyć go do wymazania swoich czynów. Jednak czy nie to samo rozwiązanie było wykorzystane w poprzednim sezonie (notabene z tym samym, miernym skutkiem)?
Na koniec zostawiłem coś, co bardzo mi się nie spodobało. O ile pożegnania Amayi mogliśmy się spodziewać od niemal początku sezonu, tak uważam, że uśmiercenie postaci Ripa było decyzją złą i nieco bezsensowną. O wiele lepiej przyjąłbym odejście z serialu postaci Zari, która moim zdaniem nie wniosła do serialu nic poza odrobiną podkreślenia poprawności politycznej twórców. Mam jednak wrażenie, że Rip jeszcze nas zaskoczy i zobaczymy kiedyś w przyszłości jego lub jego alternatywną wersję (np. z innej rzeczywistości).


Serial niezmiennie bawi konwencją i ciekawym rozpisaniem postaci. Wręcz chciałoby się, aby pozostałe seriale z Arrowerse trzymały podobny poziom. Wciąż jest to jednak produkcja, której można zarzucić wiele błędów. Miejmy nadzieje, że nadchodzący sezon i jego bardziej mroczny charakter przyniosą nam coś więcej.
 

Gra aktorska
6
Zdjęcia
7
Muzyka
5
Scenariusz
6
Aktualnie najlepszy serial z Arrowverse, ale niepozbawiony wad.
Ocena czytelników
7

Plusy

  • powrót Constantine'a
  • rozwinięcie niektórych postaci
  • wiele ciekawych nawiązań popkulturowych
  • dobrze zbudowany związek LGBT

Minusy

  • nieciekawa postać Zari
  • powtarzalny finał
  • nieco wątpliwa moralność ;)

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.