Recenzja do: Never Have I Ever (2020 )
Recenzje

Netflix konsekwentnie tworzy seriale skierowane do młodzieży licealnej. W ramach tej platformy mieliśmy już możliwość oglądania szkolnej rzeczywistości w różnorakim wydaniu, np. w hiszpańskim „Elite” czy w głośnym „13 Reasons Why”. W nowej produkcji „Never Have I Ever” główna bohaterka musi zmierzyć się przede wszystkim z samą sobą i ze swoim pochodzeniem.

Na pierwszy rzut oka historia przedstawiona w „Never Have I Ever” jest stara jak świat. W centrum stoi astolatka zmagająca się z dorastaniem, rodzinną tragedią i marzeniami o popularności oraz wysportowanym chłopaku. Jedyną innowacją wydaje się hinduskie pochodzenie (i hinduskie wierzenia), które miały na celu odświeżenie formuły. Przyznam, że po kilkuminutowym wstępie nie byłem zbytnio zachwycony. Narrator (w tej roli tenisista John McEnroe), który dość rzadko wykorzystywany jest w produkcjach niedokumentalnych, wcale nie polepszał tego odczucia.

Tożsamość

Z czasem jednak zacząłem dostrzegać drugie dno produkcji. Serial nie traktuje pochodzenia dziewczyny jako tło historii, a jako jej pełnoprawny element. Pomocny w odbiorze może być fakt, że serial współtworzy Mindy Kaling (Kelly z „The Office”), która przyznaje w wywiadach, że niektóre sytuacje przedstawione w serialu są oparte na jej własnych przeżyciach. Zarówno Keling, jak i serialowa Devi, są dziećmi imigrantów i w dużym stopniu przekłada się to na fakt, że mogą się czuć zbyt mało amerykańsko dla Amerykanów i za mało hindusko dla rodzimej społeczności.

Devi never have i ever jeszcze nigdy

Postać Devi to duży plus tej historii. Chociaż momentami widać, że Maitreyi Ramakrishnan jest praktycznie amatorką, tak możemy się cieszyć, że twórcy dali jej szansę. Devi nie jest jedną z tych nieśmiałych nastolatek. Po tym, jak udaje jej się stanąć na nogi (dosłownie i w przenośni), nie poprzestaje na tym, stara się poprawić swoje życie, relacje i nabrać nowych doświadczeń. Cały sezon serialu to właśnie historia o tym, jakich doświadczeń jej brakuje i jakie starania Devi podejmie, by coś osiągnąć. Bohaterka szybko zyskuję naszą sympatię, może przez to, że jest tak krnąbrna jak większość z nas–- jest śmiała, pyskata i bezpośrednia. A co najważniejsze w serialu komediowym: jest zabawna, a widz śmieje się zarówno z niej, jak i z tego, co się jej przytrafia.

Przerysowanie

Serial to jednak nie sama Devi i jej urocze perypetie rodzinne. Jednym z poważniejszych zastrzeżeń, jakie mam co do tego serialu, jest przerysowanie postaci. I ktoś mógłby powiedzieć, że to przecież serial komediowy i przejaskrawienie postaci to popularny zabieg w tego typu produkcjach. Jasne, jak najbardziej się zgadzam. Jednak w przypadku bohaterów „Never Have I Ever” jest to dość irytujące, co mocno psuje imersję. Czołowym przykładem jest tutaj przyjaciółka głównej bohaterki – Eleanor Wong, odgrywana przez Ramonę Young (aktorka, która nota bene stanowiła dla mnie też największy problem czwartego sezonu „DC's Legends of Tomorrow"), która wydaje się wyjątkowo odrealniona, przynajmniej dla kogoś takiego jak ja, kto nie chodził nigdy do amerykańskiego liceum. Dość podobnie jest z postacią Kamali, która wciąż przystosowuje się do życia w Stanach (zachowując się nieraz jak bohater piosenki „Englishman in New York” Stinga, tylko w hinduskim wydaniu), chociaż ostatecznie wygląda na to, że twórcom udało się tę bohaterkę odczarować. 

Devi Never Have I Ever jeszcze nigdy

Czy jest to serial jedynie dla młodych?

Podczas oglądania „Never Have I Ever” w oczy rzucił mi się ten niewinny, uroczy, nastoletni optymizm, którym przepełniona jest cała produkcja. Przyznam, że ciężko jest to odebrać jako jednoznaczną wadę tego serialu. Docelowym widzem „Never Have I Ever” są młodsze ode mnie osoby, które prawdopodobnie będąc w liceum, mają bardzo podobne podejście do życia i mają zbliżone priorytety co Devi i jej znajomi. I w tym właśnie, można powiedzieć, tkwi problem – serial może nie przypaść do gustu starszej grupie wiekowej, która może odebrać produkcję jako przekolorowaną (dosłownie i w przenośni, bo color grading w „Never Have I Ever” poszedł w bardzo agresywną stronę), przesłodzoną i naiwną. 

Czy warto sięgać po „Never Have I Ever”? Uważam, że tak. Początkowo traktowałem ten serial jedynie jako odskocznię po drugim sezonie „After Life”, który zadebiutował na Netflixie kilka dni wcześniej, ale przyznam, że po pierwszym odcinku bardzo szybko sięgnąłem po dwa kolejne. Jasne, nie możemy tu mówić o innowacji czy o serialu, jakiego jeszcze nie było. Mimo wszystko wydaje mi się, że warto sięgnąć po tę produkcję, czy to po to, by poprzyglądać się temu, jak wygląda dorastanie wśród mniejszości, czy po to, by powrócić myślami do licealnej codzienności, pełnej wzlotów, upadków, chłopaków czy kłótni z przyjaciółkami. 

Gra aktorska
7
Zdjęcia
8
Muzyka
7
Scenariusz
6
Oczywiście, ten serial nie odkrywa Ameryki. Jest jednak ciekawym i humorystycznym przedstawieniem zmagań kogoś o innej narodowości z dorastaniem w innym kraju.
Ocena czytelników
7

Plusy

  • postać Devi,
  • humor,
  • odwzorowanie hinduskiej społeczności

Minusy

  • color grading,
  • przejaskrawione postacie poboczne,
  • w zasadzie tylko dla młodszej grupy odbiorców

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.