Recenzja do: Queer Eye (2018 )
Recenzje

Gdyby życie było bajką, to Antoni Porowski, Tan France, Bobby Berk, Jonathan Van Ness i Karamo Brown byliby wróżkami chrzestnymi. Nie tylko zafundowaliby Kopciuszkowi metamorfozę, ale też pokazaliby jej, że wcale nie potrzebuje księcia, by być szczęśliwa. Kolejny sezon „Queer Eye” po raz kolejny stanowi potężną dawkę inspiracji i motywacji – bo nie chodzi tutaj tylko o bohaterów poszczególnych epizodów, ale o wszystkich z nas.

sezon 5 Queer Eye – recenzja

Odświeżona forma

Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że program tego typu po pewnym czasie może stać się nudny. W końcu w każdym odcinku mamy dokładnie ten sam schemat. Nasza ulubiona piątka wpada do domu kolejnego uczestnika i zmienia jego życie o sto osiemdziesiąt stopni. Nie sposób jednak zmęczyć się formatem, który niesie za sobą tak pozytywny przekaz i za każdym razem potrafi nieźle zaskoczyć. To nie jest zwykły serial o metamorfozach. Tu wcale nie chodzi o ładne ciuchy, o dom nie do poznania, o zmianę fryzury – tu chodzi o zrozumienie, że jesteśmy najlepszą wersją siebie.

Nietrudno jednak zauważyć drobne zmiany, jakie zostały wprowadzone w piątym sezonie. Odświeżona czołówka to pierwszy sygnał – choć stylistyka pozostała dokładnie taka sama, opening został nakręcony na nowo, w nieco innym klimacie. Trochę zmienił się także sposób wprowadzania bohaterów kolejnych odcinków. Nadal podróżujemy z gospodarzami i zazwyczaj prezentują nową osobę w trakcie jazdy samochodem, ale co jakiś czas ta formuła zostaje urozmaicona i przekazana w inny sposób.

sezon 5 Queer Eye – recenzja

Te niewielkie detale być może i giną na tle całości, która w gruncie rzeczy nie odbiega od poprzednich sezonów, jednak sprawia, że program zyskał powiew świeżości. Doceniam takie zabiegi, bo widocznie twórcy starają się utrzymać naszą uwagę jeszcze bardziej, a jednocześnie nie odbierają atmosfery, która jest już znajoma i komfortowa dla widza.

Rodzina i jednostka

Chociaż kwestie rodzinne zawsze są istotne w „Queer Eye” – niejednokrotnie zresztą bywają bezpośrednią przyczyną lub czynnikiem, który sprawił, że bohater epizodu nie jest szczęśliwy – to jednak wydaje mi się, że w piątej serii to wspólny mianownik niemal wszystkich odcinków. Relacje między rodzicami a dziećmi czy też między przyjaciółmi (bo w końcu rodzina to nie tylko krew, ale też osoby, które sami wybieramy) odgrywają tutaj znaczącą rolę. Być może tylko ja to zauważyłam, bo w końcu każdy odbiorca będzie wyczulony na inne kwestie, jednak z tego sezonu płynie naprawdę bardzo wiele nauk dotyczących zdrowego balansu między dwiema osobami, niezależnie od stopnia zażyłości. To jasno pokazuje, że choć każdy z nas jest odrębną jednostką, to jednak funkcjonujemy na tle jakiejś społeczności – zarówno tej rodzinnej, jak i związanej z naszą tożsamością kulturową.

sezon 5 Queer Eye – recenzja

Ktoś mógłby powiedzieć, że przekaz płynący z „Queer Eye” jest banalny. Że przecież wszyscy już dobrze wiemy, że trzeba dbać o relacje z bliskimi, że trzeba poświęcać im czas, że trzeba umieć znaleźć chwilę dla siebie itd. Jednak niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto nigdy nie potrzebował, żeby ktoś mu o tych wszystkich rzeczach przypomniał. Na dodatek Karamo, Antoni, Jonathan, Tan i Bobby nie robią tego w sposób oczywisty i zerojedynkowy. Wspólnie z widzem oraz bohaterami odcinków dochodzą do konkretnych wniosków, które zawsze łączy jedno: otwartość i akceptacja. To sprawia, że nie jesteśmy już tylko odbiorcami, ale także uczestnikami tego programu. Jeśli po żadnym epizodzie nigdy nie poczuliście się tak, jakby to Wam właśnie zafundowano tydzień z Fab 5, to znaczy, że oglądacie to źle.

Jak w domu

W przeciwieństwie do poprzednich serii, piąty sezon „Queer Eye” zawiera dziesięć, nie osiem odcinków. Jeśli jednak wydaje Wam się, że dzięki temu zdążycie się nacieszyć, to jesteście w błędzie. Nie istnieje chyba taka liczba epizodów, która pozwoliłaby się nasycić tym tytułem – każdy odcinek jest wyjątkowy, każdy wywołuje łzy i każdy jest jak mocny, ciepły uścisk.

Równocześnie to doskonała rozrywka. Nie brakuje tu humoru, nie brakuje ciekawostek dotyczących różnych kultur – wszystko to śledzi się z zapartym tchem i nie ma możliwości, by nie nauczyć się niczego nowego. Dodatkowo montaż jest jak zawsze dynamiczny, jest to zatem doskonała propozycja na binge-watching (choć w takim przypadku trzeba zdecydowanie przygotować spore ilości chusteczek).

sezon 5 Queer Eye – recenzja

Dzięki „Queer Eye” nawet najbardziej wymagający widz może poczuć się jak w domu. Jeśli więc dobija Was kwarantanna albo po prostu czujecie się przytłoczeni obowiązkami i codziennym życiem, odpalcie Netflixa i włączcie którykolwiek odcinek. Obiecuję, że to poprawi Wam humor i da nową nadzieję – a tego nigdy nie mogłoby być za dużo.

Gra aktorska
10
Zdjęcia
10
Muzyka
10
Scenariusz
9
„Queer Eye” ponownie dostarcza niesamowitych emocji i powodów do przemyśleń. Z Antonim, Tanem, Bobbym, Karamo i Jonathanem trudno się nie zżyć, a poznawanie historii nowych uczestników to zawsze niezwykłe przeżycie. Na plus odrobinę odświeżona formuła programu.
Ocena czytelników
9

Plusy

  • drobne zmiany w openingu i prowadzeniu odcinków
  • emocje
  • większa liczba odcinków
  • montaż
  • uniwersalność
  • pozytywne przesłanie

Minusy

  • 10 odcinków to wciąż za mało!

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Queer Eye

Serial ukazuje środowisko LGBT. Pięciu homoseksualistów pomaga heteroseksualnym mężczyznom doprowadzić do porządku swoje życie. Każdy z nich ma inną specjalność. …