Recenzja do: Pose (2018 )
Recenzje

Kolorowa epoka lat 80. wita z otwartymi ramionami. „Pose” przenosi nas do świata pełnego kolorów, muzyki i wiary we własne możliwości. Ameryka tamtych czasów to wszystko, czego można chcieć od serial. Przesyt barw i emocji – witajcie w świecie, w którym możecie być, kimkolwiek tylko chcecie.

Ameryka lat 80. jest niezwykle kolorowa, co widać już na samych plakatach promujących serial. Po naciśnięciu „play” robi się tylko ciekawiej, a mimo to przez pierwsze dziesięć minut odcinka kilkakrotnie ze sobą walczyłam, by jednak nie nacisnąć tego guzika w prawym górnym rogu, bo jednak wciąż wierzyłam, że może będzie lepiej. Zaczęło się bowiem od sceny włamania do muzeum. Nie powiem, w jakim  celu odbyło się to wtargnięcie, by nie zdradzić za dużo, ale wydawało mi się ono w tamtym momencie zupełnie niedorzeczne. Z perspektywy obejrzenia całego odcinka – mogłoby to mieć jednak jakiś głębszy sens.

Pose, pilot, recenzja, FX

„Pose” zapowiadane było jako dramat, serial, w którym wreszcie zostanie pokazany ten drugi, istniejący jakby równolegle z tym naszym świat. Tyle, że dopiero w tamtym świecie, w środowisku LGBTQ, ci bohaterowie z wielu powodów mogą czuć się bezpiecznie i jakby na swoim miejscu. Serial ten to pewnego rodzaju zanurzenie się w „kulturze balowej” lat 80., gdzie draq queens odnajdują swoje miejsce i tożsamość gdzieś pośród nagłej epidemii HIV. Znów sceptycznie do tego podchodziłam, bo jestem czasem takim niedowiarkiem, ale na szczęście się nie rozczarowałam. Pierwszy odcinek przytacza nam bowiem historię trzech osób – tancerza Damona, który zostaje wyrzucony z domu przez swoich homofobicznych rodziców i postanawia szukać swojego azylu na własną rękę (jak dobrze, że niedługo, bo kiepsko mu to szło), Blanki, dla której kolejnym nieszczęściem będzie wiadomość o tym, że jest chora, no i Stana, którego nikt nie rozumie, bo chce się spotykać z „taką kobietą”, jakby był jakiś wymóg odnośnie spotykania się z kimkolwiek.

Kiedy odskocznia staje się sposobem na życie

Odskocznią występujących w serialu postaci stały się „bale”, to znaczy wydarzenia skupiające ze sobą społeczność LGBT w tamtych czasach. W „kulturze balowej” chodziło nie tylko o rywalizację, ale również o posiadanie miejsca i znajomości z ludźmi, wśród których nie trzeba nikogo udawać. Na balach przebrani uczestnicy (w zależności od kategorii obowiązującej danego dnia) niczym modele prezentowali się przed jury. Większość uczestnikow takich wydarzeń przynależała do grup zwanych „domami” („dom to rodzina, którą sam sobie wybierasz” – powiedziała Blanca do Damona) i to między takimi domami ciągnęła się rywalizacja. W pewnym fragmencie odcinka (a długi to on jest, trwa ponad godzinę), Blanca decyduje się na założenie własnego domu. Chce spróbować żyć na własną rękę.

Pose, pilot, recenzja, FX

Śmiech i żarty odkładam jednak na bok, bo choć, jak wspomniałam, byłam średnio przekonana do tego serialu, to „Pose” występuje w imieniu (a idzie mu w tym bardzo dobrze) środowiska reprezentowanego trochę gorzej w ówczesnych czasach. To działa na jego korzyść, bo jednak wciąż żyjemy w okresie, kiedy, jeśli nie jest się takim jak inni, pojawia się pewna rysa, jakaś przeszkoda w tym, by mieć wspólne relacje i nawiązywać kontakty, a przecież – bądźmy szczerzy – od lat 80. trochę już minęło.

Kiedy los nie jest zbyt łaskawy

Bohaterowie „Pose”, przynajmniej w tym odcinku, a w kolejnych pewnie będzie podobnie, zmagają się z problemami rzuconymi im przez los. Czy to mowa o odsunięciu się rodziny od młodego chłopaka, który spełnia się w tańcu (głównie w balecie), czy to o chorobie, gdzie jedyne, co się słyszy od doktora, to: „proszę pomyśleć o swoich wcześniejszych partnerach seksualnych”. Samozaparcie, jakim są obdarzeni, sprawia, że bohaterowie mimo tych wszystkich przeciwności nie poddają się, nie użalają nad sobą i chociaż to odnajdywanie się idzie im średnio (mowa o Damonie), to jednak chcą o swoją przyszłość, własne „ja” powalczyć.

Pose, pilot, recenzja, FX

Chociaż momentami miałam wrażenie, że nie jest to serial dla mnie (i im dłużej o tym myślę, tym bardziej utwierdzam się w tym przekonaniu), „Pose”, a w zasadzie reżyser, Ryan Murphy („American Horror Story”, „Glee”, „Feud”) podejmuje się tu trudnej tematyki,. Opowiada nam o egzystencji tych, którzy mają w życiu trochę gorzej – to znaczy cały czas szukają własnej tożsamości, a to, gdzie ją odnajdą, jakby im nie pomaga. Mężczyzna spełniający się w tańcu, do tego homoseksualista… kto to widział tak odstawać od normy? To, co piszę, jakkolwiek nie byłoby smutne, jest prawdziwe, i może właśnie potrzebny był taki serial, który to przybliży i pokaże z zupełnie innej perspektywy. 

Feeria barw, kolorów i emocji

„Pose” wygrywa także scenografią, feerią kolorów, jakąś pozytywną wibracją, która łapie nas w swoje ramiona już od pierwszej minuty i nie wypuszcza przez resztę odcinka. Czy obejrzę drugi odcinek? Raczej nie. Nie świadczy to jednak o tym, że serial jest zły bądź niewarty uwagi. Najzwyczajniej w świecie skierowany jest do odbiorcy, którym ja nie jestem.

Gra aktorska
8
Zdjęcia
10
Muzyka
10
Scenariusz
8
„Pose” to miła odmiana serialu, który gwarantuje nie tylko dobrze spędzony w swoim towarzystwie czas, ale daje szansę zobaczenia Ameryki lat 80. Chociaż nie jest to serial dla wszystkich, na pewno znajdzie rzeszę fanów stęsknionych za tym wyjątkowym charakterem programu telewizyjnego.
Ocena czytelników
7

Plusy

  • feeria barw,
  • muzyka
  • gra aktorska
  • poruszany temat

Minusy

  • duża mnogość wątków jak na pierwszy odcinek
  • zniechęcający początek odcinka

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Pose

Serial z motywem tańca i muzyki osadzony w latach 80. XX wieku. Fabuła opowiada historię pary, Stana i Patty, którzy bez opamiętania wciągnęli się w blask i intrygi …