Recenzja do: Money Heist (2017 )
Recenzje

Od kiedy „La casa de papel” (w polskiej wersji „Dom z papieru”, w angielskiej „Money Heist”) pojawił się na Netflixie, wiele recenzji tego serialu zaczyna się od słów „gdybym obejrzał trochę wcześniej, umieściłbym na swojej liście najlepszych produkcji 2017 roku”. Produkcja wyreżyserowana przez Alexa Pina była emitowana w hiszpańskiej telewizji na kanale Antena 3 latem i jesienią, ale do polskiego widza trafiła późno, bo 20 grudnia. I jak tu wywalczyć sobie miejsce w serialowych podsumowaniach roku? Nie ma jednak tego złego! Tytuł „Spóźnionego hitu 2017” to wciąż nie najgorsza dola i robi sporo pozytywnego zamieszania wśród serialomaniaków.

Pilot taki srogi, że szczęka opada!

Pierwszy odcinek zapowiada prawdziwą petardę fabularną. Oto bowiem ósemka przestępców zostaje zwerbowana przez tajemniczego Profesora do wyjątkowego zadania. Grupa ma okraść hiszpańską mennicę. Nie jakiś oddział banku w jakimś mieście ani nawet główną siedzibę banku w samym sercu stolicy. Ot, mennicę, gdzie na taśmie produkcyjnej śmigają całe palety nowiutkich i pachnących euro. Do takiego przedsięwzięcia trzeba się przygotować, więc ekipa wyjeżdża na kilkumiesięczne szkolenie, w trakcie którego poznają się i uczą planu operacji (myśleliście, że pseudonim Profesora nie ma związku z nauką?).

Główną bohaterką jest Tokyo, którą poznajemy w fatalnych dla niej okolicznościach. Ostatni napad na bank, w którym brała udział, skończył się śmiercią jej ukochanego i ucieczką. Przed policyjną zasadzką zastawioną w domu jej matki ratuje ją wspomniany Profesor. Dziewczyna może iść na dziwny układ z tajemniczym wybawicielem albo uciekać przed sprawiedliwością. Wybór raczej prosty, prawda?

La casa de papel, Dom z papieru, Money Heist, recenzja, Netflix

Tokyo to oczywiście tylko pseudonim. Poza nią swoje wielkomiejskie imiona mają też pozostali członkowie ekipy. I tak poznajemy jeszcze Berlina, Oslo i Helsinki, Moskwę i jego syna Denvera, uśmiechniętego Rio oraz drugą kobietę w drużynie – Nairobi (to stolica Kenii, gdyby ktoś nie wiedział tak jak ja). I jak to w takich przypadkach bywa, każdy członek ma umiejętności, które sprawiają, że drużyna nadaje się do zadań tak specjalnych i trudnych, jak obrabowanie mennicy. Brzmi jak „Ocean's Eleven” tylko tysiąc razy lepsze? No cóż!

Wszystko ma swoje dobre strony

W produkcji mogę wyszczególnić na tyle dużo plusów, że ocena równa siódemce jest według mnie sprawiedliwa. Nie zgodzę się jednak z ósemką lub wyższą oceną, która utrzymuje się na popularnych serwisach filmowych. Ale do rzeczy, co sprawia, że jest to dobry serial?

Czołówka od razu znalazła się na mojej liście ulubionych. Jak zwykle pomijam ten fragment odcinka, tak obejrzałam całe „La casa de papel” bez przewijania czołówki. Cudowna piosenka i piękna animacja. A będąc już w temacie dźwięku i obrazu, od razu zaznaczę, że moje oko nie wyłapało karygodnych błędów. Akcja dzieje się głównie w namiotach policji, piwnicach i szarych korytarzach gmachu mennicy, więc ciężko o piękne widoki, czy wyjątkowo ciekawy plan (poza wysypiskiem śmieci). Przyznaję jednak, że uczyniono zadość moim wymaganiom, do których przyzwyczaił mnie Hollywood. 

Aktorsko serial wypadł świetnie. Obsada to oczywiście głównie aktorzy hiszpańscy, rzadko występujący w produkcjach innych niż europejskie. Mnie osobiście nie byli wcześniej znani, więc mogę raptem napisać, że grali dobrze. Szczególnie podobała mi się relacja Profesora z mediatorką policji. Ich negocjacje były osobliwe i dalece odbiegające od tych, które zwykle oglądamy w serialach. Bohaterowie wytworzyli subtelną chemię, sprawiającą, że kreacja Profesora to moja ulubiona w całej produkcji. Kto by nie przepadał za geniuszem, który trochę ma bzika, a trochę jest nieśmiały?

Ogromnym plusem jest pomysł na scenariusz. O ile nieczęsto oglądam thrillery, a zwłaszcza w formie serialu, o tyle „La casa de papel” śmiało polecę każdemu właśnie ze względu na intrygującą fabułę. Motyw napadu na miejsce, z którego można wykraść spory majątek, został wykorzystany ogromną ilość razy. Profesor dba jednak o to, by zaskoczyć widza. Plan obrabowania mennicy nie przewiduje schematu „wpaść, okraść i wypaść, a wszystko w góra pół godziny no chyba, że coś pójdzie nie tak i nie uda się uciec od razu”. Szokujące zwroty akcji? Dobrze trafiliście.

Sprzedane za 7 gwiazdek, czyli nie dam 10/10

„La casa de papel” to serial, który pierwszym odcinkiem obiecuje nam jazdę bez trzymanki, a kolejnymi dwoma sprowadza na ziemię i każe wstrzymać konie. Scenariusz, który wydaje się genialny, traci nieco, gdy wkradają się do niego schematyczne, nudne, mdłe i wykorzystane już tysiąc razy motywy typu „O nie! Macie romans! To niszczy nasz genialny i misterny plan!”. Serio, spodziewałam się czegoś więcej niż klasycznych fuckupów. Takich scen, które wywoływały uderzenie dłoni w czoło, było kilka, a że w dużej mierze związane były z główną bohaterką, to sprawiło, że sama Tokyo jawi mi się jako niezbyt dobra postać. A może to moja niechęć do postaci kobiecych, które są pretensjonalne i irytujące. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że innym to się może bardzo podobać, więc nie upieram się, że Tokyo to konkretny minus produkcji. 

La casa de papel, Dom z papieru, Money Heist, recenzja, Netflix

Pamiętacie serial „24” (w polskiej wersji „24 godziny”) i zegar, który co jakiś czas pojawia się na ekranie i uświadamia widzowi, jak szybko toczy się akcja? Tutaj jest podobny schemat, ale nie daje on takiego efektu. Serial trochę oszukuje, że wszystko dzieje się szybko, a tempo nie zwalnia. Pierwszy odcinek to wspomniana na początku petarda, która budzi nadzieję, że akcja nie zwolni niczym ostatni „Mad Max”.

Przyglądając się bohaterom drugiego planu, można dopatrzyć się aktorskich braków. Jest sobie na przykład postrzelona kobieta, wyjątkowo kiepsko odgrywająca swoje cierpienie. Tak samo mało przekonująca, najważniejsza w gronie zakładników nastolatka, która wydaje się bardzo nijaka.

Dodatkowo serial traci przez barierę językową. Hiszpańskiego niestety nie znam, a napisy nie zawsze tłumaczą wszystko, jak trzeba (zdarza się, że jednym krótkim zdaniem wyjaśniają dłuższą wypowiedz bohatera) i pozostaje mały niesmak.  

La casa de papel, Dom z papieru, Money Heist, recenzja, Netflix

Polecam przymknąć oko i oglądać!

Jeśli ktoś jest bardzo czuły na zgodność świata przedstawionego z prawami natury i logiki to będzie musiał przełknąć kilka niedociągnięć, ponieważ serial czasami prezentuje nam przebłysk geniuszu, a potem psuje to jednym szczegółem. Dla uważnego i wymagającego widza to będą zgrzyty, o których nie da się zapomnieć przy ostatecznej ocenie. Jednak produkcja porządnie wciąga i intryguje, więc nie sposób zrezygnować z finału.

Gra aktorska
8
Zdjęcia
7
Muzyka
8
Scenariusz
9
Serial aktorsko i technicznie bardzo przyzwoicie nakręcony. Przyczepić się można do tempa akcji, które często za bardzo zwalnia i do stosowania oklepanych, nudnych motywów w fenomenalnym scenariuszu.
Ocena czytelników
7.5

Plusy

  • genialny pomysł na scenariusz
  • piękna muzyka (zarówno tło do scen, jak i przyśpiewki bohaterów)
  • cudowna czołówka
  • świetne kreacje głównych bohaterów (Berlin rządzi!)

Minusy

  • tempo akcji zwalnia i bywa nudno
  • oklepane motywy psujące świetny całokształt fabuły
  • bariera językowa (napisy nie oddały w pełni hiszpańskiego temperamentu)

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Money Heist

Tajemniczy mężczyzna, znany jako El Profesor, planuję napaść o jakiej jeszcze nie słyszano. Aby zrealizować ambitny plan rekrutuje gang ośmiu osób o określonych …