1
Recenzja do: Godless (2017 )
Recenzje

Miłośnicy westernów w ostatnim czasie nie są zbyt rozpieszczani przez kinowych, a tym bardziej serialowych twórców. Co jakiś czas trafia się jednak wyjątek, dumnie odwołujący się do klasyki jednego z pierwszych amerykańskich gatunków filmowych. Czy będzie nim „Godless”, którego pierwszy sezon właśnie w całości ukazał się na waszej ulubionej platformie streamingowej?

Filmowy świat wstrzymał oddech, gdy w 2011 roku laureat Oscara Steven Soderbergh oznajmił, że po ukończeniu bieżących projektów przechodzi na filmową emeryturę. Zmęczony przemysłem kinowym odtąd miał się zajmować tylko i wyłącznie produkcjami telewizyjnymi, które ku uciesze widzów okazały się jego ziemią obiecaną. Hollywoodzka złota rączka powróciła bowiem w wielkim stylu świetnie przyjętym przez krytyków autorskim „The Knick”. Soderbergh wyprodukował również serialową adaptację swojego filmu z 2009 roku pt. „The Girlfriend Experience”, a już niebawem stanie się prawdziwym pionierem srebrnego ekranu – tworząc dla stacji HBO pierwszy interaktywny, aktorski serial. Nim to jednak nastąpi, twórca kultowego już „Traffic”, przy współpracy z uznanym scenarzystą i reżyserem Scottem Frankiem, postanowił wziąć na warsztat western z prawdziwego zdarzenia. Jeszcze zanim na planie zabrzmiał pierwszy klaps, my już mogliśmy być pewni wysokiego poziomu ich wspólnej produkcji. Szczególną uwagę należy zwrócić na Scotta Franka – scenarzystę znanego między innymi z takich filmów, jak niedawny „Logan” czy „Minority report”. W przypadku „Godless” to właśnie on napisał i wyreżyserował wszystkie osiem odcinków.



Pełne rozmachu, klimatyczne zapowiedzi sugerowały, że Netflix nie szczędził pieniędzy na ów projekt. Świadczyć o tym może również imponująca obsada. W rolach głównych podziwiać możemy między innymi Jeffa Danielsa – aktora, który, mimo wielu znakomitych kreacji, wciąż tkwi zatrzaśnięty w szufladce faceta z „Głupiego i głupszego”. Oprócz niego w „Godless” ujrzymy Michelle Dockery („Good Behavior”), Jacka O’Connella („Skins”), Kima Coatesa („Sons of Anarchy”) czy Scoota McNairy’ego, którego od czasu roli w „Killing Them Softly” Andrew Dominika mógłbym oglądać w absolutnie każdej produkcji – od opery mydlanej w stylu „Mody na sukces” przez irańskie dramaty egzystencjalne, aż po wysokobudżetowe kinowe przeboje rodem ze stajni Marvela.

Jest rok 1884, gdzieś na terenie Nowego Meksyku pałający żądzą zemsty, bezwzględny Frank Griffith (Jeff Daniels) wraz z bandą rzezimieszków ściga swojego byłego podopiecznego Roya Goode’a (Jack O’Connell). Młodzieniec dopuścił się zdrady, po czym sabotował napad na pociąg, zagarniając dla siebie cały łup. Być może Frank mógłby wybaczyć kradzież, ale jedno jest pewne – nigdy nie wybaczy odejścia człowiekowi, którego traktował jak syna. Ścigany i ranny Roy trafia w okolice miasteczka La Belle – od blisko dwóch lat zamieszkałego niemal przez same kobiety, dzieci i starców – które już niebawem stać się może areną krwawej rzezi. Jak się szybko okazuje, mieszkańcy miasta tworzą dość nietuzinkową społeczność. Na próżno szukać tu ckliwych dam w opałach. Zamiast nich spotkać można grupę  twardych, naznaczonych przez życie niezależnych kobiet, które gotowe są powitać każdego nieznajomego porcją ołowiu. Aby nie dopuścić do niepotrzebnego rozlewu krwi, pewien trawiony przez mroki przeszłości szeryf (Scoot McNairy) wyrusza na samobójczą misję, podążając znaczonym krwią szlakiem Franka Griffitha.



„Godless” to serial z iście filmowym charakterem, nawiązujący swą stylistyką nie tylko do klasycznego amerykańskiego westernu z kinem Johna Forda na czele, ale również – choć w nieco bardziej subtelny sposób – do wybitnych obrazów m.in. Sergio Leone. Reżyser i scenarzysta Scott Frank w bardzo umiejętny sposób kreuje Dziki Zachód jako miejsce, gdzie – podążając za słowami Franka Griffitha – rządzą ostrze i proch, miejsce bez Boga, prawa ani porządku – każdy może tu liczyć tylko i wyłącznie na siebie. To wreszcie miejsce, gdzie kobiety biorą sprawy w swoje ręce, rewanżując się za dekady westernowego uprzedmiotawiania. Z pewnością nie mamy tutaj do czynienia z autorską, śmiałą próbą redefiniowania gatunku, „Godless” jest raczej tworem bardzo świadomym swojego stylu i korzeni, z których czerpie całymi garściami. Serial od pierwszego odcinka narzuca dojrzały, filmowy sposób narracji, akcja donikąd się nie śpieszy. Każdy z bohaterów dostaje swój czas na ekspozycję, przy czym żaden dialog nie wydaje się zbędny. Nawet jeśli całość chwilami traci tempo, to zaraz wraca na odpowiednie tory – w myśl zasady, że jeśli spadłeś z konia, musisz go za chwilę ponownie dosiąść. Oczywiście w tym przypadku powolny nie znaczy nudny – wręcz przeciwnie. Każdy fan spaghetti westernu doceni należytą celebrację najdrobniejszego szczegółu, imponujące krajobrazy czy pełne naturalizmu strzelaniny. Warto w tym miejscu wspomnieć, że Scott Frank nie szczędzi nam przemocy, nie odwraca wzroku przed widokiem krwi, amputowanych kończyn czy zmasakrowanych ciał. Sam scenariusz natomiast nie jest może najwyższych lotów, miewa swoje mielizny, skróty i nieścisłości, ale wypada o niebo lepiej niż na przykład serialowa ekranizacja powieści Phillipa Meyera. W przeciwieństwie do „The Son”, na „Godless” nie ciążyła presja świetnego literackiego pierwowzoru, co zdecydowanie wyszło serialowi na dobre.

Obsada trzyma równy, wysoki poziom. „Godless” to serial wielu charyzmatycznych postaci i w większości przypadków aktorzy stanęli na wysokości zadania. Na wyróżnienie z pewnością zasługuje Jeff Daniels w roli złego do szpiku kości, nieco nawiedzonego, obłąkańczo cytującego Biblię Franka Griffitha – człowieka, który już za życia ujrzał własną śmierć. Jego postać przywodzi na myśl legendarnego Johna Browna – jednego z głównych przedstawicieli amerykańskiego abolicjonizmu, a w szczególności jego literacką interpretację w wielokrotnie nagradzanej powieści Jamesa McBride’a pt. „Ptak dobrego Boga”. W przeciwieństwie do wielmożnego starca, Frank Griffith nie zawsze jest motywowany szlachetnymi pobudkami. Na ekranie bardzo naturalnie wypadają również Merritt Wever oraz Michelle Dockery. Obie panie świetnie wykreowały role silnych, niezależnych kobiet niezwykle doświadczonych przez los. Aby ujrzeć, przez co przeszły, wystarczy choć raz spojrzeć w umęczony wzrok Alice Fletcher, w którym mimo wielu tragicznych chwil wciąż tli się iskierka nadziei na lepsze jutro. Oczywiście nie mogę w tym miejscu pominąć swojego ulubieńca. Scoot McNairy w roli powszechnie pogardzanego, tchórzliwego szeryfa jest po prostu bezbłędny i jak zwykle przekonujący. Jego nieco znudzona, pełna manieryzmów gra aktorska nadaje postaci należytego charakteru – człowieka będącego niegdyś „niezłym pistoletem”, pragnącego po raz ostatni spełnić obowiązki stróża prawa.



„Godless” to z pewnością serial godny polecenia. Realizacyjnie to produkcja z najwyższej półki – poczynając od czołówki, będącej istnym dziełem sztuki, przez zapierające dech w piersiach zdjęcia Stevena Meizlera, aż po chwytającą za gardło muzykę Carlosa Rafaela Rivery. Choć nie jest to obraz w żaden sposób odkrywczy, to pozycja obowiązkowa dla każdego fana westernu w starym dobrym stylu. To serial od początku do końca przemyślany, trzymający się spójnej reżyserskiej wizji Scotta Franka. Nawet ewentualne wady wynikają nie tyle z nieudolności twórców, co z obranej strategii artystycznej. W zależności od wymagań odbiorcy będzie to więc produkcja bardzo dobra – dla widzów oczekujących kawałka dobrego kina na srebrnym ekranie, bądź nużąca – dla publiczności sięgającej raczej po bardziej dynamiczne seriale. Mnie przekonali, sprawdźcie, jak będzie z wami!

Gra aktorska
8
Zdjęcia
8
Muzyka
8
Scenariusz
7
„Godless” to godny spadkobierca gatunkowego dorobku w serialowym wydaniu. Nie jest wolny od wad, ale od początku do końca wiernie podąża wyznaczoną przez siebie drogą.
Ocena czytelników
7.5

Plusy

  • Dojrzały filmowy charakter
  • Trzymająca poziom obsada
  • Bezbłędna realizacja

Minusy

  • Mało zaskakujący scenariusz
  • Nie dla niecierpliwych

Komentarze

(1)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • Mateusz Myślicki
    Mateusz Myślicki
    @MateuszMyslicki

    Zaciekawił mnie ten Daniels. Ja go co prawda kojarzę z czego innego, ale nawet chyba gorzej, bo nijako - z nieudanego, przegadanego "Newsroom" w którym może miałby szansę coś zagrać, ale przegadany scenariusz mu nie pozwalał. Bardzo jestem ciekaw jak nudziarz McAvoy może stać się najgorszym człowiekiem na Dzikim Zachodzie. I chyba dlatego obejrzę.