Recenzja do: One Day at a Time (2017 )
Recenzje

Zaczynając ten sezon, byłam pełna obaw. W końcu to już trzecia seria „One Day at a Time”, a wszystkie poprzednie trzymały bardzo wysoki poziom, więc właśnie teraz powinien nadejść kryzys jakościowy. Jednak tak samo, jak lubię mieć rację w kwestii złych seriali, tak też uwielbiam się mylić w przypadku tych dobrych. A ta produkcja to prawdziwa perełka Netflixa. Zresztą, skoro czytacie tę recenzję, to na pewno sami wiecie, jak świetna jest to produkcja.

Często bierzemy sitcomy i wrzucamy je do jednego worka z napisem guilty pleasure, niezależnie od tego, z jaką produkcją mamy do czynienia. Sitcom ma nas bawić i mamy lubić postacie, koniec. Przynajmniej tak wygląda powszechny odbiór tego gatunku, z czym ja zupełnie się nie zgadzam. Tak sprawa zdecydowanie nie wygląda w przypadku „One Day at a Time”. Ta produkcja skupia się na kubańskiej rodzinie Alvarez, która obecnie zamieszkuje Stany Zjednoczone. W zeszłym sezonie widzieliśmy, jak najstarsza członkini rodziny (pewnie by mnie zabiła, jakby usłyszała, jak o niej mówię) wraz z właścicielem budynku – Schneiderem – otrzymują wreszcie amerykańskie obywatelstwo. Głowa rodziny – Penelope – próbuje skończyć studia, by zostać dyplomowaną pielęgniarką, a jej dzieci starają się dorosnąć po swojemu. W tym sezonie twórcy odeszli trochę od polityki i problemów imigrantów w Stanach Zjednoczonych. Nie odsunęli się jednak od ważnych społecznie kwestii; i nawet jeśli wydawać nam się może, że już wszystko zostało powiedziane, to twórcy serialu potrafią to przerobić w swoim stylu tak, że nie mamy nic przeciwko, by posłuchać o czymś znowu.

Na drodze ku najlepszemu wychowaniu

Już w drugim odcinku pod niewinną otoczką Alvarezowie zagłębiają się w tematykę #MeToo. Wiele zostało już powiedziane na temat tej akcji, sporo seriali też poświęciło temu swoje odcinki, jednak żaden, jak do tej pory, nie trafił tak w samo sedno, ale robiąc to bardzo subtelnie, jak „One Day at a Time”. Kobiety Alvarez dzielą się z nami swoimi przykrymi doświadczeniami, jednocześnie edukując Alexa. W kolejnych odcinkach przeskakujemy do tematyki napadów paniki, jakich doświadcza Penelope. Ich ukazanie nie jest może najbardziej oryginalne, ale jednak nakręcone w taki sposób, że sam widz czuje napływający niepokój w trakcie oglądania. Powracamy też do problemów alkoholizmu oraz oczywiście do kwestii związanych ze zmaganiami członków LGBTQ+.

one day at a time, sezon 3, recenzja,

To był naprawdę dobry sezon. Taki, który widz może obejrzeć na raz, a potem rozpaczać, że sobie nie dawkował odcinków. Było rodzinnie, uroczo i wzruszająco – jak zwykle. Jednak też zupełnie inaczej oglądało się ten sezon niż poprzednie. Nie do końca wiedziałam na początku, czemu, w końcu klimat pozostał taki sam. Zmianę odczuwa się przez rozwój relacji między postaciami. Oczywiście mieliśmy to wcześniej, ale głównie wewnątrz rodziny. Sporą część poprzedniego sezonu zajęły konflikty Lydii i Penelope albo małe przejawy silniejszej więzi między Alexem i Eleną. W tym sezonie idziemy dalej, poza kręgi rodzinne. Sami wiemy, jak ważnymi osobami dla Alvarezów są Schneider i doktor Berkowitz, a w tych kilkunastu odcinkach wreszcie mieliśmy okazję zajrzeć w ich głąb trochę bardziej niż zwykle i zobaczyć na własne oczy, jak wyjątkowa jest ich relacja z Alvarezami. Schneider dostał kilka naprawdę ważnych wątków w tym sezonie, przez co przestaje być wyłącznie śmieszkiem z problemami z rodziną, a staje się bardziej wielowymiarową postacią, niż moglibyśmy go o to podejrzewać. W samych naszych głównych bohaterach nie zachodzi jakiś wielki przełom, ale tak naprawdę nawet tego nie potrzebujemy. Wystarczy kilka małych sukcesów, żebyśmy nadal czerpali radość z oglądania perypetii tej rodziny.

Alvarezowie po raz kolejny podnoszą nas na duchu i dają nadzieję. W wartości rodzinne, we wzajemne wsparcie oraz to, co kilku ludzi może osiągnąć, jeśli tylko im na sobie zależy. Jesteśmy też na tym etapie znajomości z tą rodziną, że wiemy, kiedy pomagają sobie wzajemnie, by rozwijać się, co niesamowicie grzeje serce. Generalnie po seansie tego sezonu, ale ogólnie też całego serialu, powinniście być przepełnieni miłością i ciepłem, bo to właśnie z widzem robi ta produkcja. Kilka zaskakujących wątków pojawiło się również w tym sezonie i nie chodzi o ich tematykę, a sposób poprowadzenia. Tak, dostaliśmy w tych epizodach kilka przewrotnych scen i zaskoczeń w fabule. Co jeszcze podarował nam ten sezon? Dużo śmiechu. Niby jest to oczywiste, skoro mówimy o sitcomie, ale o tym humorze warto wspomnieć. Ponownie celem żartów nie jest wyśmiewanie mniejszości albo czyjejś orientacji, tylko taki prawdziwy, czysty humor sytuacyjny, który niejednokrotnie doprowadził do tego, że zanosiłam się ze śmiechu. Doszło nam kilka nowych postaci oraz oczywiście pojawił się zachwycający duet, Stephanie Beatriz i Melissa Furmero – znane przede wszystkim z serialu „Brooklyn Nine-Nine” – jako członkinie klanu Alvarezów. Już w samym pierwszym odcinku pojawiła się nemezis Lydii, jej własna siostra, grana przez Glorię Estefan.

Halo, gdzie mogę odzyskać swoją Elenę?

Zachwyty zachwytami, ja też jestem w stanie temu serialowi wiele wybaczyć, ale nie możemy tak zupełnie pominąć złych rzeczy, które wydarzyły się w tym sezonie.

one day at a time, recenzja, sezon 3, netflix,

Przede wszystkim mam trochę żal do twórców o to, jak traktują postać Eleny, a raczej – co z nią robią. Od początku dostaliśmy bohaterkę z bardzo wyraźnym charakterem i celami, a potem gdzieś to zniknęło. Zaparcie Eleny do nauki i pójścia na jak najlepszą uczelnię ukryło się pod robieniem z niej ciągłej ikony jej seksualności. Najsmutniejsze jest to, że tylko tym była w trzecim sezonie. Nawet jeśli miała wątki niepowiązane z LGBTQ+, to nadal w jakiś sposób została do tego sprowadzona. To samo tyczy się jej bliskiej osoby – Syd. Dostaliśmy takie dwie wzorowo wykreowane ikony LGBTQ+, których jedynym celem w tym serialu jest bycie w nim. Nie wyszło też niestety kilka wątków powiązanych z samą Penelope i robienie z niej na siłę kogoś, kim nie jest. Jej wszelkie problemy po wyjściu z wojska, jak i traumy wychodzą zawsze świetnie. W poprzednich sezonach poprowadzono jej wątki miłosne w naprawdę ciekawy sposób, a w tym sezonie twórcy zrobili z niej dupka. Nie wiedzieć czemu, Lupe nagle traktuje facetów jak zabawki i nie jest zupełnie w stanie określić swoich uczuć. Od kiedy? Kilka wątków też nie wyszło albo nie trafiło w sedno, tak jak powrót Victora czy nużące już powoli zwodzenie doktora Berkowitza przez Lydię.

Jednak nadal ja to wszystko temu serialowi wybaczam, bo robi za dużo dobrego, żeby mieć do niego pretensje. Już po raz trzeci dostajemy wrażliwy, kochany i rodzinny scenariusz, z wielowymiarowymi postaciami, które ciągle się rozwijają. Humor jest bardziej doskonały niż kiedykolwiek, a aktorstwo tak samo wyśmienite jak zawsze. Naprawdę nie ma powodu, żeby nie obejrzeć tego sezonu.

Gra aktorska
8
Zdjęcia
8
Muzyka
8
Scenariusz
8
„One Day at a Time” powraca po raz trzeci i jak zwykle w wielkim stylu. Przez cały sezon jest tak samo uroczo, rodzinnie i śmiesznie jak zawsze. Kilka wątków nie do końca gra, ale nie zmienia to ogólnego odbioru całego sezonu.
Ocena czytelników
7.5

Plusy

  • klimat pozostaje ten sam
  • więcej uwagi dla Schneidera i Doktora Berkowitza
  • rozwinięcie relacji nie tylko między Alvarezami
  • humor

Minusy

  • potraktowanie postaci Eleny
  • niektóre wątki nie grają

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

One Day at a Time

Fabuła śledzi losy kubańsko-amerykańskiej rodziny. Świeżo rozwiedziona Penelopie Alvarez, która niedawno wróciła z wojska, z pomocą staroświeckiej matki stara się …


Aktualności