1
Recenzja do: One Day at a Time (2017 )
Recenzje

„One Day at a Time” ma w sobie dokładnie to, co obiecuje zwiastun i… jeszcze o wiele więcej. Jako adaptacja sitcomu z lat 70. serial przenosi w XXI wiek to, co w tym formacie najlepsze, i poprawia to, co poprawić warto. Robi to tak, że nawet sztuczny śmiech nie jest aż tak sztuczny.

Nie taki sitcom straszny…

Na „One Day at a Time” natknęłam się pewnego gorącego, letniego wieczoru i z góry postanowiłam potraktować historię rodziny o kubańskich korzeniach zmagającej się z amerykańską codziennością jako typowe guilty pleasure. Jednak już po pierwszym odcinku zmuszona byłam przyznać, że oceniłam serial zbyt pochopnie.

„One Day at a Time” czerpie z formatu sitcomu wszystko, co najlepsze, jednocześnie poprawiając jego niedociągnięcia. Odcinki, tak jak w przypadku pierwowzoru z lat 70., kręcone są z udziałem publiczności na żywo. Daje to aktorom, takim jak np. Rita Moreno (Lydia), możliwość pokazania pełni swoich możliwości scenicznych. Ta uznana aktorka jest jedną z niewielu osób, której w karierze aktorskiej udało się zdobyć zarówno Oscara, jak i nagrodę Emmy, Tony oraz Grammy. Co więcej, taki nietypowy plan filmowy pozwala twórcom serialu odkryć nowe, świeże talenty i rozwijać je nieskrępowanie. To właśnie zaangażowanie tak świetnych osobowości sprawia, że współczesnego odbiorcy nie razi śmiech dochodzący z sali – i to za każdym razem, gdy zdarzy się coś śmiesznego; nie przeszkadza również brak efektów specjalnych.

Dale, Cubana, dale!

Już od samego początku drugiego sezonu widz odkrywa, że w sposób niewymuszony staje się częścią większej całości. Wnika w nią bezboleśnie i z całego serca, zupełnie naturalnie zaczyna głośno kibicować samotnej matce dwójki nastolatków. Penelope (Justina Machado) po mistrzowsku żongluje obowiązkami matki, pielęgniarki, pilnej studentki szkoły medycznej i... kochanki. Tak, drugi sezon „One Day at a Time” oprócz rozwinięcia historii postaci, które poznaliśmy i pokochaliśmy w sezonie pierwszym, serwuje nam jeszcze więcej równie kolorowych osobowości. Do superbohaterskiej mamy Lupe, Lydii – divy z powołania – niedającego się nie lubić Alexa (Marcel Ruiz), cwanej i inteligentnej Eleny (Isabellla Gomez) oraz przyjaciół rodziny – Schneidera (Todd Grinnell) i doktora Berkowitza (Stephen Tobolowsky) – dołącza zatem Max (Ed Quinn). Między Penelope i jej nowym chłopakiem momentalnie zaczyna iskrzyć, zupełnie zresztą jak między aktorami wcielającymi się w te role. Chemia zachodząca między Justiną Machado a Edem Quinnem jest odczuwalna od pierwszych kwestii wypowiadanych przez te postacie. Widać, że oboje bawią się świetnie – odbijając piłeczkę, próbują się nawzajem przegadać. Wygląda to tak, jakby Lupe i Max byli dla siebie stworzeni.

One Day at a Time, serial, Netflix, sezon 2, recenzja

Gdzie drugie dno wypływa na wierzch

Nie należy jednak zapominać, że – wśród żartów, wybuchów śmiechu i energii – w tym serialu poruszane są tematy ważne, choć przybrane ogromnymi pokładami dystansu do świata. Od poczucia przynależności związanej z pochodzeniem, przez poczucie wyobcowania i odrzucenia ze względu na orientację seksualną, po otwieranie się na miłość. „One Day at a Time” serwuje swoim postaciom, a wraz z nimi niewątpliwie zaangażowanym widzom prawdziwą karuzelę uczuć i emocji, pamiętając jednak o tym, by wątki prowadzić nienachalnie. Można zatem powiedzieć, że twórcy programu znaleźli złoty środek, o który zdawał się walczyć, jak do tej pory, każdy sitcom. Z mniejszym lub większym powodzeniem. Producenci nie zapomnieli również o odpowiedniej dawce dramaturgii, jak na format tak bliski teatrowi przystało. I choć momentami dalsze losy bohaterów są wyjątkowo łatwe do przewidzenia, co można uznać za wadę, to jednak po chwili zastanowienia nie da się nie dojść do wniosku, że wszystkie wydarzenia są naturalnym rezultatem zawiązanej wcześniej akcji. 

Tak trzeba żyć

„One Day at a Time” to serial, którego nie da się podsumować jednym zdaniem. A jeśli się spróbuje, z pewnością pominie się jedną z tak wielu warstw, którą ta perełka w sobie skrywa. Pozostaje wam zatem, za moją radą, jak i z moją rekomendacją, zanurzyć się w ten wielowymiarowy świat, gdzie śmiech czasami miesza się ze łzami, a największe prawdy świata przekazywane są pomiędzy kolejnymi salwami śmiechu. Tak trzeba żyć. Oceny 10/10 nie dam tylko dlatego, że sezon był zdecydowanie za krótki i zostawił mnie z chrapką na więcej.

One Day at a Time, serial, Netflix, sezon 2, recenzja

 

Gra aktorska
10
Zdjęcia
9
Muzyka
9
Scenariusz
9
„One Day at a Time” to sympatyczny i ciepły serial. Twórcom udaje się pod przykrywką gagów przekazać niektóre z największych życiowych prawd. A wszystko to dzięki świetnej grze aktorskiej i całej gamie postaci, których nie da się nie pokochać.
Ocena czytelników
8

Plusy

  • świetna gra aktorska
  • zabawne gagi
  • wielowymiarowe postaci
  • umiejętność poruszania ważnych i niełatwych tematów

Minusy

  • czasami zbyt przewidywalny senariusz

Komentarze

(1)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • Lukasz
    Lukasz

    Ja tam daje 11/10 - obejrzałem cały 2 sezon w jeden dzień :D W ten sam w którym wyszedł :D Cudowna produkcja ucząca tolerancji i nie robiąca tego za siłę! Szkoda, że na 3 sezon będzie trzeba czekać rok!

Powiązane