Recenzja do: The Mandalorian (2019 )
Recenzje

Kosztujący 100 milionów dolarów, złożony z ośmiu 30-minutowych odcinków „The Mandalorian” jest krótką i pełną przepychu zajawką tego, czym może być serial w świecie „Star Wars”.

 

Na twórcy - Jonie Favreau spoczęła wielka odpowiedzialność. Stworzenie pierwszego serialu w świecie „Star Wars” brzmi jak przerażające zadanie. Szczególnie biorąc pod uwagę, że spora część fandomu traktuje każdy nie idealny produkt uniwersum jako osobistą zniewagę. Na szczęście reżyser „Iron Mana” i „The Jungle Book” udowodnił już nie raz, że jest profesjonalnym crowd-pleaserem. „The Mandalorian” jest serialem, który ciekawie rozwija lore „Gwiezdnych wojen”, opowiadając historię dużo mniej epicką i bardziej przyziemną niż jakakolwiek do tej pory.

 

Dawno, dawno temu, na dzikim zachodzie odległej galaktyki

Zdecydowanie jedną z największych zalet produkcji Disney+ jest uczucie staroszkolnych „Star Wars”. Świat Mandalorianina nie przypomina tego znanego z filmów nowej trylogii. Historia prowadzi nas po obrzeżach Nowej Republiki, pięć lat po upadku Imperium. Nasz bohater, znany przez większą część sezonu jedynie jako Mando, podróżuje między zapadłymi mieścinami gnieżdżącymi największe kanalie galaktyki. Należy do grupy łowców nagród, tytułowych Mandalorian, którzy żadnego zlecenia się nie boją. Podczas potencjalnie zwykłej misji, nasz Mando natrafia na najnowszą sensację internetu, czyli tajemnicze dziecko, znane jako Baby Yoda. Bohater, tak samo jak większość internautów, został całkowicie opętany jego urokiem, przez co zamiast oddać malca w ręce byłych imperialnych złoczyńców, zostaje jego przybranym ojcem.

To, co następuje po tym zapalniku historii, to mocno westernowa opowieść o samotnym wilku, odkrywającym, że wcale nie musi być taki samotny. Scenariusz, przedstawiający ucieczkę Mando przed jego byłymi klientami i pojedyncze, niezwiązane ze sobą zlecenia, bardzo przypomina klasyczne opowieści o Dzikim Zachodzie. Mamy tu między innymi dosłowne nawiązania do „The Magnificent Seven” w odcinku .czwartym, w którym Mando szkoli wieśniaków do obrony przed bandytami, czy pełny blefów i zdrad ratunek bandyty z kosmicznego więzienia.

Te bardzo sympatyczne i miłe historyjki opowiedziane w krótkometrażowych epizodach reprezentują elementy, które są jednocześnie zaletą i wadą „The Mandalorian”. Luźna linia fabularna i litościwy metraż sprawiają, że to bardzo przyjemny seans do śniadanka. Pół-poważna kreskówka o tajemniczym, twardym bohaterze i jego przeuroczym podopiecznym. Niestety, mimo tego, że to jeden z najlepiej wyprodukowanych seriali roku, jest też jednym z najbardziej powierzchownych i w zasadzie, najbardziej pustych.

 

Lśniący beskar, zielone maskotki

Podstawowa zasada Mandalorian, niepozwalająca im zdejmować hełmów w obecności innych rozumnych istot, jest bardzo fascynująca i „cool”, jednak jest też problematyczna od strony reżyserskiej. Jeśli głównymi bohaterami serialu, która ma trwać wiele sezonów, jest człowiek w czajniku na głowie i zielona pacynka, może to stanowić duży problem. Jak bowiem zbudować prawdziwą więź widza z takimi, de facto, figurkami kolekcjonerskimi? Z postaciami drugoplanowymi nie jest o wiele lepiej. Co prawda mają twarze, i to takich budzących szacunek osobowości jak Werner Herzog, czy Carl Weathers, - jednak nigdy nie poznajemy dokładnie ich historii, a ich role w fabule służą przeważnie funkcjonalności.

Muszę przyznać, że w połowie sezonu byłem lekko znudzony tym brakiem interesujących charakterów i niepowiązanych wydarzeń. Co prawda atmosfera klasycznych Star Wars jest w tej produkcji silna, ale nie da się ukryć faktu, że program telewizyjny nigdy nie osiągnie kinowych wyżyn. Efekty specjalne stoją na bardzo wysokim poziomie, tak samo jak scenografia. CGI jest bardzo dopracowane, generowane komputerowo istoty czy statki kosmiczne mają swoją wagę i nigdy nie wydają się plastikowe. Cieszy również przywiązanie do klasycznych, analogowych rozwiązań technicznych. Spora część środowisk, po których poruszają się bohaterowie, to prawdziwe, zbudowane w pocie czoła dekoracje. Tak samo cieszy fakt, ze nasz nowy zbawca ludzkości, Baby Yoda, jest niesamowicie szczegółową marionetką, przez co jego fizyczna obecność w kadrze jest niesamowicie odczuwalna.

Na nic jednak nie zda się taka precyzja techniczna, kiedy jasne jest, że na ekranie nigdy nie widzimy więcej niż kilka statków kosmicznych, a planety są przeważnie zalesione lub pustynne. Wysoki budżet telewizyjny to nadal tylko połowa tego, ile kosztują o wiele krótsze filmy kinowe. Najlepiej chyba wypadają zdjęcia, wzorowane na nieco wyblakłe, prowadzone z ręki ujęcia z „Rogue One” (operator tego filmu, Greig Fraser, odpowiedzialny jest za zdjęcia do pilota).

Perspektywa ma znaczenie

„The Mandalorian” odkupił się w moich oczach dwoma finałowymi odcinkami, a szczególnie finałem w reżyserii niepowtarzalnego Taiki Waititiego („Thor: Ragnarok”). Nagle stało się jasne, że ten sezon jest jedynie 4- godzinnym wprowadzeniem w świat przedstawiony. To, co stanowi o sile produkcji, to nie tyle złożoność jego bohaterów, co ich miejsce w uniwersum. To jeden z nielicznych projektów SW, w których nie mamy do czynienia z Jedi, Sithami i wydarzeniami na galaktyczną skalę. W kulminacyjnych momentach odkrywamy tożsamość i twarz naszego Mando, w okolicznościach, które prawie przypłaca życiem. Jasne staje się, że tym razem śledzimy losy bohaterów niższego szczebla. Łowcy nagród, bandyci i szeregowi żołnierze nie są wybrańcami Mocy, a nawet mogą nie wiedzieć o jej istnieniu. Dla nas miniaturową wersja uwielbianego bohatera, jest dla postaci z serialu nieznanym żyjątkiem o niezrozumiałej mocy. Dla nich każda przeszkoda jest o wiele poważniejsza, niż dla potężnych Jedi. Znane nam już siły, jak chociażby AT-ST czy droidy bojowe, wydają się w „The Mandalorian” o wiele potężniejsze i bardziej przerażające niż w jakiejkolwiek innej odsłonie uniwersum.

Choć pierwszy serialowy tytuł w świecie „Star Wars” jest dosyć nierówny, to posiada wiele interesujących motywów, na czele z ukazaniem bardziej przyziemnych bohaterów i sytuacji, przez co stanowi bardzo przyjemny seans. Końcowe odcinki zapowiadają nieco mocniej pogłębione dramatycznie wątki, co daje mi wiarę, że „The Mandalorian” może z czasem stać się serialem, który będzie wspominany jako klasyk.

Gra aktorska
7
Zdjęcia
9
Muzyka
10
Scenariusz
6
"The Mandalorian" To lekki seans, pełen odniesień i smaczków ze świata Star Wars. Bywa płytki fabularnie, ale nadrabia to urokiem bohaterów i świetnym wykonaniem technicznym.
Ocena czytelników
7.5

Plusy

  • efekty specjalne, sczególnie marionetki
  • muzyka Ludwiga Goranssona
  • BABY YODA
  • przedstawienie uniwersum z bardziej przyziemnej strony

Minusy

  • miejscami bardzo płytki scenariusz
  • ciężko przywiązać się do postaci pozbawionych backstory, czy nawet twarzy

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

The Mandalorian

Historia przedstawiona w serialu toczy się po upadku Imperium Galaktycznego, przed pojawieniem się Najwyższego Porządku. Śledzimy losy samotnego strzelca na obrzeżach …