Recenzja do: Merry Happy Whatever (2019 )
Recenzje

Okres listopadowo-grudniowy bez wątpienia obfituje w wiele świątecznych premier serialowych oraz filmowych. Chociaż te drugie cieszą się chyba większą popularnością (Netflix skrzętnie to wykorzystuje i tworzy produkcje tak przekoloryzowane, że jedyne, na co ma się ochotę, to puknięcie w czoło), tym razem powstał i serial. O świętach, rodzinnych niesnaxkach i tradycjach, które często najbardziej udanie wyglądają tylko w głowie i we wspomnieniach.

HO HO HO 

Świąteczna idylla rodziny Quinnów zostaje zakłócona przez wyrodną córkę Emmy (Bridgit Mendler), która w rodzinne strony przybywa z LA ze swoim chłopakiem, Mattem (Brent Morin). Wyrodna, bo jako jedyna z czwórki rodzeństwa wyprowadziła się z Philly, aby rozwijać karierę w Mieście Aniołów. Rodzina nie zaaprobowała do końca tej decyzji – wszak ojciec, głowa rodziny, Don (Dennis Quaid) wolałby mieć ją pod ręką, aby móc, cóż, wtrącać się trochę i decydować o jej losach.
Nie bez uwagi przechodzi też fakt, że Emmy przywozi ze sobą chłopaka, który tak usilnie chce być akceptowany przez ojca dziewczyny, że posunie się prawie do wszystkiego, by zdobyć jego przychylność. Gdzieś w międzyczasie – bo akcja serialu rozłożona na osiem odcinków dzieje się od świąt aż do Nowego Roku – dzieją się inne rodzinne problemy, kłótnie i wydarzenia, które nie przysparzają radości świątecznej, a jedynie wprawiają kolejnych członków w osłupienie. Bo okazuje się, że nic nie jest takie, jakim je widzimy, a z rodziną naprawdę najlepiej wypada się na zdjęciu. Kiedy nie trzeba ze sobą rozmawiać, a jedynie uśmiechać, bez wdawania się w niepotrzebne wymiany zdań.

Święta, święta… 

„Merry Happy Whatever” to taki miły, okołoświąteczny sitcom, który obejrzy się chętnie w trakcie wyrabiania ciasta na pierniki albo ubierania choinki. Świąteczne melodie snujące się gdzieś obok, świąteczne ozdoby – to wszystko wprowadza widza w odpowiedni nastrój. Trochę gorzej robi się na ekranie, kiedy pojawiają się bohaterowie – na przykład patriarchiczny Don, wdowiec, który podejmuje za swoje dzieci wszelkie decyzje. W końcu w serialu dochodzi do takiego apogeum, w którym naprawdę wszyscy (choć niektórzy po raz pierwszy), mają serdecznie dość jego stanowczości.
W opozycji do niego postawieni są małżonkowie jego dzieci: Joy (Elizabeth Ho), Todd (Adam Rose) oraz nowoprzybyły Matt, który od pierwszego dnia ma pod górkę. Trójka „dochodnych”, tak sobie ich nazwałam, ma nie tylko wspólną grupę na komunikatorze internetowym, co więcej – spotyka się ze sobą na piwie, by obgadywać wścibskiego i wciskającego nos w nie swoje sprawy teścia, by ostrzegać Matta przed jego zamiarami, aż w końcu by obgadać i swoje drugie połówki, które są zbyt bierne. Don jako głowa rodziny stał się głównym motywem serialu. Jego władczość, pretensjonalność oraz wierność tradycjom dosięgnęła takiego poziomu, ze w końcu ktoś albo coś musiało wybuchnąć. 

Don dobra rada 

Choć święta stanowią wiodącą oś serialu, to tak naprawdę dzieją się gdzieś obok. W trakcie przygotowań do tych szczególnych dni w roku, w rodzinie dochodzi do wielu konfliktów, wiele tajemnic wychodzi na jaw, tak samo jak i ukrywanych głęboko żali i nadziei co do przyszłości. Mowa o problemach w zajściu w ciążę, rozstaniach, szukaniu samego siebie, a w końcu i decydowaniu, co jest ważniejsze – kariera czy miłość (a przed takim dylematem staje Emmy, wplątana w całą sytuację oczywiście przez swojego ojca). 

„Merry Happy Whatever”, tak jak już pisałam wyżej, jest bardzo przyjemnym serialem, jeśli nie wymagamy od niego zbyt wiele. Jeśli wiemy, że nie wkręci nas w swoją historię tak, że będziemy w stanie spędzić przed ekranem komputera cały dzień. Jeśli jesteśmy świadomi, że żarty czy cała historia nie jest w ogóle skomplikowana i opiera się jedynie na tym, że w domu pojawia się cała rodzina i zamiast tych uśmiechów posyłanych sobie na co dzień, mają więcej czasu, by ze sobą rozmawiać i spędzać wolne chwile. A wtedy okazuje się, jak wiele rzeczy i zachowań ich w sobie denerwuje i nagle nie mogą z tym żyć. 

Mimo że czułam sympatię do postaci granej przez Ashley Tisdale (kocham ją bezwarunkowo nawet jako bohaterkę… może nie niedojrzałą, ale szukającą prawdziwej siebie) czy Matta, którzy byli w tym, co robią, szczerzy (a przynajmniej próbowali) to reszta… bardzo grała mi na nerwach. Wydawali mi się albo niezbyt dojrzali, albo zbyt bierni w swoim życiu, albo zbyt ulegli… Wszystko sprawiło, że nie byłam i nadal nie jestem w stanie ich bronić, jeśli zrobili coś głupiego. Bo byli głupi i zapatrzeni w siebie albo w kogoś innego.

Szara rzeczywistość 

Po świętach wszystko wróciło do normy. Jak to w świątecznym sitcomie, który ma uprzyjemnić nam wieczór, wprowadzić w słodkie poczucie błogości i może nawet doprowadzić do pomyślenia sobie, że ta nasza rodzina nie jest taka zła. Jednak nic innego. Bo to taki bierny serial, momentami nudny i dłużący się, z niepotrzebną ilością wciśniętych w te dziesięć okołoświątecznych dni sytuacji, które nic nie zmieniają. Bohaterowie są przyjemni, jest dużo melodii świątecznych i fajnych ozdób. I tyle.

Serial dostepny na platformie Netflix.

Gra aktorska
8
Zdjęcia
8
Muzyka
8
Scenariusz
6
Miła świąteczna komedyjka z dość denerwującą rodzinką. Może trochę robi się lżej na sercu, że ktoś ma gorzej? Świąteczne piosenki, i taka atmosfera ratują sytuację.
Ocena czytelników
7

Plusy

  • świąteczna atmosfera
  • Ashley Tisdale

Minusy

  • nie wciąga
  • brak więzi z bohaterami
  • trochę przeciągnięta historia

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Merry Happy Whatever

Antologia, której pierwszy sezon skupia się wokół zamieszania bożonarodzeniowego w pewnej nieco skomplikowanej rodzinie.