Recenzja do: Mayans M.C. (2018 )
Recenzje

Od narkotyków można się uzależnić, nawet jeśli nigdy nie mieliśmy z nimi nic wspólnego. Podobnie jest z przestępczością, która z łatwością może z nas uczynić kanapowych brutalnych morderców albo dilerów. Jak to możliwe? Wystarczy spojrzeć na obecny rynek seriali i szybko zdamy sobie sprawę, jak bardzo popularnym motywem są narkotyki i świat kryminalistów. Poziom tych produkcji w ciągu ostatnich kilku lat znacząco wzrósł, oferując widzom naprawdę porządne emocje, zupełnie jakbyśmy sami stali się na te 45 minut członkami gangu. Podczas seansu „Mayans M.C.” możemy dodatkowo pobawić się w informatora policji, a to jest równie niebezpieczne co handel narkotykami.

Być spin-offem

„Mayans M.C.” jest historią, która stara się za wszelką cenę pokazać, że daleko jej od „Sons of Anarchy”, jednak robi to straszliwie nieudolnie. Od momentu, w który ogłoszono, że taki serial w ogóle powstanie, twórcy zarzekali się, że chcą opowiedzieć coś innego, świeżego i wcześniej niewidzianego. Niezwykle trudno spełnić tego typu założenia, jeśli jest się spin-offem. Wszyscy zaangażowani w ten projekt na pewno bardzo się napocili nad tym, aby uniknąć typowych pomyłek przy kręceniu kolejnej opowieści z danego uniwersum, ale niestety był to wysiłek daremny. „Mayans M.C.” od pierwszej minuty premierowego odcinka jest tak straszną kalką „Sons of Anarchy”, że momentami zapominamy, który serial tak naprawdę oglądamy. Na nic obietnice twórców – w „Mayans M.C.” widzimy ogromną wręcz ilość nawiązań do „Sons of Anarchy”, a to przecież dopiero pierwszy epizod. Warto się jednak w tym miejscu na chwilę zatrzymać z oskarżeniami i zastanowić nad celem tego ruchu twórców. Być może wszystko to było z góry ukartowane i premierowy odcinek miał być przyjemnym transferem dla błąkających się fanów, którzy stracili pierwowzór. Jest też szansa, że cały serial będzie napakowany takim puszczaniem oka dla wiernych fanów marki.

Na głębokiej wodzie fabuły

Największy problem pilota „Mayans M.C.” pojawia się już w kilku pierwszych minutach i obawiam się, że będzie bardzo widoczny także w kolejnych odcinkach. Fabuła nie ma zamiaru odpowiadać na żadne istotne pytania widza, nie trzyma go za rączkę, tak naprawdę nie robi nic istotnego przez większość czasu. Zostajemy posadzeni przed ekranem i mamy wszystkiego sami się domyślić, a nie daj Boże, jeśli nigdy wcześniej nie widzieliśmy „Sons of Anarchy”, wówczas już zupełnie nie zrozumiemy jednej z najważniejszych scen całego odcinka. Nie ma co nawet w tym miejscu wspominać o easter eggu, który został zgrabnie wkomponowany w historię, jeśli nie widzieliśmy pierwowzoru. Taka tendencja utrzymuje się przez cały seans, nie pozwalając na wczucie się w klimat serialu. Dopiero kiedy akcja właściwa nabiera tempa, możemy mieć wrażenie pojawienia się jakichś emocji, ale szybko zostaje to zatarte przez kolejny niewyjaśniony w żaden sposób wątek z przeszłości gangu. Gdzieś tam na horyzoncie, daleko za kadrem, znajdują się elementy, które pominięte nie pozwolą nam na cieszenie się z seansu.

Perro, znaczy pies

Główny bohater, EZ Reyes, jest wyjątkowo nietypowym dodatkiem do zbieraniny kryminalistów wchodzących w skład gangu. Chłopak jest oczytany, inteligentny i ewidentnie trafił do więzienia przez głupi przypadek – co do tego nie ma wątpliwości. Niestety premierowy odcinek w żaden sposób nie odpowiada na pytanie, jak to się stało. Możemy za to założyć, że sporą udział w tym odegrała pewna młoda dziewczyna, którą widzimy w retrospekcjach głównego bohatera. W teraźniejszości pojawia się w jego życiu po raz kolejny, niestety w bardzo niewygodnej dla obojga roli. Próbą podkreślenia wyjątkowości Reyesa jest w tym miejscu bluza z napisem Stanford, co sugeruje, że chłopak trafił na jedną z najbardziej prestiżowych uczelni w Stanach Zjednoczonych. Jego swoisty upadek i kara za popełnione czyny wygląda od tego momentu na bardzo interesującą historię, ale nie bez skazy. Tego typu opowieści mogliśmy zobaczyć setki razy. Młody, gniewny, szalenie mądry, wpada w kłopoty przez brak kontroli nad samym sobą. Wszyscy wokół lamentują, jak to tak może być, że marnuje swój potencjał, ale on dalej brnie w najczarniejsze zakamarki świata. Żeby nie szukać daleko, historia amerykańskiej popkultury pełna jest przykładów antybohatera tego typu: „Buntownik z wyboru” („Good Will Hunting”) albo „Buntownik bez powodu” („Rebel Without the Cause”) to tylko dwa najbardziej wymowne tytuły. Reyes jest dokładnym odzwierciedleniem postaci granych przez Matta Damona i Jamesa Deana we wspomnianych filmach. Scenariusz zostawił jednak dla niego kilka możliwych ścieżek rozwoju: na jednej z nich stoi DEA(wydział antynarkotykowy) oraz jego brat, który ma swój własny pomysł na życie. Jego relacje z ojcem wydają się natomiast nie do odczytania. Z biegiem fabuły poznajemy kilka istotnych faktów z ich życia, ale pomiędzy tą dwójką jest napięcie, które w pewnym momencie serialu skoczy do niebezpiecznych wartości, tego jestem pewien.

Przeżyjmy to jeszcze raz

„Mayans M.C.” nie ma w sobie niczego oryginalnego, o czym pisałem już wyżej. Trudno pozbyć się wrażenia, ze odcinek pilotażowy jest emanacją tego, o co tak naprawdę chodzi w telewizji, czyli tylko i wyłącznie o pieniądze. Kilka lat temu ktoś wpadł na naprawdę świetny pomysł, jakim było „Sons of Anarchy”, jednak robienie z tego kontynuacji na siłę, bez żadnego większego rozwiązania na to, jak uatrakcyjnić coś dobrze znanego widzom, jest bez sensu. Dodanie do tego uniwersum innych bohaterów, ale w zasadzie z tymi samymi problemami, to ślepa uliczka. Uzupełnienie opowieści ciekawym i niewykorzystanym pomysłem na umiejscowienie akcji na pograniczu USA i Meksyku nie spełniło swojego zadania. Twórcy dali do zrozumienia jeszcze przed premierą, że aspekt ten będzie istotny. Po pierwszym odcinku jest tak nijaki, że nie ma szans na stanie się czymś ważnym.

„Mayans M.C.” na pewno spodoba się fanom „Sons of Anarchy”, jeśli tylko wyłączą swoje bezpieczniki ostrzegające ich przed odgrzewanymi kotletami. Po jednym odcinku trudno ocenić, w jaki sposób twórcy serialu mają zamiar rozwinąć liczne wątki zaprezentowane na ekranie. Nie zmienia to faktu, że bez porządnego backstory nigdy nie staną się one częścią widzów, którzy najnormalniej w świecie nie wchłoną tej atmosfery, wyjątkowo zresztą ciężkiej.

Gra aktorska
6
Zdjęcia
7
Muzyka
5
Scenariusz
5
"Mayans M.C." jest zbyt podobne do "Sons of Anarchy". Dla jednych, jak ja, będzie to minus, dla innych natomiast ogromny plus.
Ocena czytelników
8

Plusy

  • Historia EZ jest przewidywalna, ale mimo to ciekawa
  • tworzy dobry klimat gangu motocyklowego
  • postać byłej dziewczyny EZ

Minusy

  • serial jest kopią "Sons of Anarchy"
  • brak dokładniejszego wprowadzenia w świat
  • słabe umotywowanie bohaterów
  • fabuła jest przewidywalna
  • niechęć do tłumaczenie wydarzeń z przeszłości
  • słabe easter eggi z "Sons of Anarchy"

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Mayans M.C.

Fabuła rozgrywa się dwa lata po wydarzeniach z „Sons of Anarchy”. Ezechiel „EZ” Reyes to syn cenionej latynoskiej rodziny, którego chęć zemsty prowadzi do rozpoczęcia …


Aktualności