Recenzja do: Luna Nera (2020 )
Recenzje

Motywu polowania na czarownice nie brakuje zarówno w serialach, jak i w filmach, literaturze czy też innych tekstach kultury. Ktoś mógłby powiedzieć, że taka tematyka już dawno się przejadła, jednak nie ukrywam, że nadal z przyjemnością po nią sięgam. Dlatego chętnie zabrałam się za oglądanie włoskiej nowości od Netflixa, „Luna Nera” („Czarny Księżyc”). Co prawda trochę się obawiałam, że serial pójdzie linią najmniejszego oporu, nie pokazując nam niczego odkrywczego, ale… nie spodziewałam się, że efekt końcowy będzie aż tak wtórny i na dodatek nielogiczny.

Światełko w tunelu

Zacznę może od rzeczy dobrych, bo tych jest zdecydowanie mniej. Już po pierwszym odcinku zwróciłam uwagę na to, że twórcy „Luna Nera” wykorzystali naprawdę ładne lokacje. Nie są to może widoki zapierające dech w piersiach, jednak przewaga natury, w tym lasów, oraz kamiennych budowli (czas akcji przypada na XVII wiek) wprowadziła całkiem niezły klimat. Dodajmy do tego color grading, który sprawił, że kadry mają nieco przytłumiony, zielonkawy odcień, a zyskamy coś może i prostego, ale całkiem efektownego.

Zdjęcia same w sobie, pomijając kilka dość znaczących wpadek montażowych, naprawdę nie wypadają najgorzej. Pewnie to ze względu na te plenery i zaciemnione komnaty. Scenografia całkiem nieźle oddała atmosferę minionych czasów, podobnie zresztą jak kostiumy. Tego się specjalnie doczepić nie mogę, ponieważ stroje wyglądają przeważnie dość przekonująco, a na pewno nie sztucznie. Spodobało mi się, że nie ma tu prób zamaskowania niedociągnięć poprzez przesadnie ozdobne, czyste ubrania. Zdecydowanie nie obawiano się pokazywać na ekranie brudu, ubóstwa czy choroby.

Luna Nera, Black Moon, Czarny Księżyc, Netflix, sezon 1, recenzja, włoskie seriale

Przepraszam, kreacji bohaterów akurat nie ma w domu

Niestety na tym raczej kończą się plusy tego serialu. Przede wszystkim uderza fakt, jak bardzo kuleją relacje między bohaterami, sama ich kreacja czy też główna linia fabularna (choć wątki poboczne też nie mają się najlepiej). W pierwszej chwili uznałam, że pospieszanie akcji, a przez to tracenie na logice wynika z tego, że sezon ma zaledwie sześć odcinków. Trzeba przyznać, że to mało, jeśli chce się zarysować pełen obraz świata przedstawionego, pokazać charakter postaci, uwydatnić powiązania między nimi i jeszcze sensownie poprowadzić poszczególne wydarzenia. Tyle że liczba epizodów nie jest żadnym wytłumaczeniem na to, jak bardzo produkcja odbiega od zasad normalnego rozumowania.

Cała fabuła obraca się wokół Ade, dziewczyny, która razem z młodszym bratem jest wychowywana przez babcię akuszerkę. Ade pomaga babce w codziennej pracy i tak jednego dnia, kiedy obie zostają wezwane na pomoc do rodzącej kobiety, główna bohaterka niespodziewanie odkrywa, że posiada moce, które pozwalają jej przewidzieć śmierć. Wieść szybko się roznosi, ponieważ jednak początkowo nie wiadomo, która z kobiet okazała się czarownicą, babcia Ade bierze winę na siebie i to ona zostaje pojmana, a następnie skazana na stos. Ade musi zmierzyć się nie tylko z odrzuceniem społeczeństwa, które pogardza i boi się magii, ale także ze swoją nową odsłoną.

Zdecydowanie najgorzej w produkcji wyszły wątki bezpośrednio związane z interakcjami między postaciami. Dla przykładu: mamy tu oczywiście romans, bo bez tego nie mogłoby się obejść. Ade zakochuje się z wzajemnością w chłopaku, którego ojciec oraz siostra są całkowicie oddani chwytaniu i skazywaniu czarownic na tortury i śmierć. Typowy motyw zakazanego owocu, konfliktu moralnego i tak dalej. Miałoby to może rację bytu, gdyby nie to, że… Ade i Pietro rozmawiają ze sobą raptem dwie minuty, po czym już twierdzą, że się kochają i są w stanie zrobić dla siebie wszystko. Żadnego backstory, żadnego zarysowania uczucia między nimi: po prostu skołowany widz jest stawiany przed faktem dokonanym i zmusza się go, by w to uwierzył. Pomińmy fakt, że nie ma tu nawet odrobiny chemii…

Luna Nera, Black Moon, Czarny Księżyc, Netflix, sezon 1, recenzja, włoskie seriale

Właściwie podobnie jest z innymi wątkami. Relacje między bohaterami są grubymi nićmi szyte. Ade, przyjęta pod skrzydła przez inne czarownice, początkowo rywalizuje z jedną z nich, Persepolis, jednak zanim się obejrzymy, dziewczyny zostają już najlepszymi przyjaciółkami. Zresztą same postacie i ich charaktery wypadają niezwykle blado. Jeśli wzbudzają już jakieś uczucia, to głównie irytację lub politowanie.

Niestety tak ubogie w prawdopodobieństwo wątki są w pewnej mierze „zasługą” obsady. Najsłabszym ogniwem jest tutaj zdecydowanie Nina Fotaras wcielająca się w główną rolę. Ten sam wyraz twarzy przez prawie cały sezon w połączeniu z zerowym poziomem naturalności przed kamerą sprawił, że jej postaci nie da się lubić. Niekoniecznie lepiej wypada Giorgio Belli, który zagrał Pietro. Chwilami można było odnieść wrażenie, że ktoś kazał mu w wyjątkowo egzaltowany sposób wymawiać poszczególne kwestie. Pozostali się nie wyróżniają, chyba że przerysowaniem w gestach czy mowie. Dodam jeszcze, że choć nie mam raczej wysokich wymagań wobec aktorów dziecięcych, to jednak Giada Gagliardi (Valente – brat Ade) pobił wszystko, będąc właściwie ledwo poruszającą się kukiełką, nie aktorem.

Czy ktoś widział ciąg przyczynowo-skutkowy?

Pod wieloma względami fabuła „Luna Nera” jest zlepkiem tego, co już widzieliśmy w wielu innych produkcjach. Jeśli zatem spodziewacie się, że dostaniecie świeże spojrzenie na tematykę czarownic i polowań na nie, to muszę was rozczarować. Rozwiązanie poszczególnych wątków jest mocno przewidywalne, a nawet jeśli coś zaskakuje, to szybko w widza uderza albo banalność, albo brak jakiegokolwiek sensownego wytłumaczenia (dotyczy to szczególnie najważniejszego plot twistu w finale). Wątki prowadzone są często niekonsekwentnie, nie brakuje tutaj potężnych dziur, przez które, jako odbiorcy, trudno mi było zaangażować się w przedstawione na ekranie wydarzenia. Wprost przeciwnie: czułam się tym seansem znudzona.

Luna Nera, Black Moon, Czarny Księżyc, Netflix, sezon 1, recenzja, włoskie seriale

Na początku recenzji wspomniałam, że zdjęcia w serialu nie są najgorsze. Z bólem serca trzeba jednak zaznaczyć, że inne aspekty techniczne nie są na wysokim poziomie. Efekty specjalne wołają o pomstę do nieba, a już szczególnie nie potrafię wymyślić, jakie kryterium przypisywało wyborowi ścieżki dźwiękowej. Anglojęzyczne i często mocno współczesne utwory zupełnie burzyły klimat, wprowadzając wrażenie groteski. Nawet kiedy soundtrack zdawał się dopasowany do czasów, w jakich prowadzona jest akcja, to i tak nierzadko wykorzystywano go w kiepski sposób.

Powiem krótko: mogłabym stwierdzić, że „Luna Nera” to ogromne rozczarowanie, jednak wówczas uznałabym, że miałam wysokie oczekiwania. Tymczasem nie spodziewałam się niczego specjalnego – nie sądziłam jednak, że te sześć odcinków tak mnie umęczy.

Serial dostępny na platformie Netflix.

Gra aktorska
3
Zdjęcia
6
Muzyka
2
Scenariusz
2
„Luna Nera” absolutnie nie wykorzystuje dużego potencjału nieco zużytej już, ale wciąż ciekawej tematyki. Zamiast tego otrzymujemy sześć epizodów pozbawionych logiki, za to pełnych kiepskiej gry aktorskiej oraz wątkami, które nie mają żadnego fundamentu. Fabuła nie wciąga i mam wrażenie, że zapomnę o tym serialu znacznie szybciej, niż go obejrzałam.
Ocena czytelników
3

Plusy

  • ładne lokacje
  • zdjęcia są momentami naprawdę przyjemne dla oka

Minusy

  • fatalna obsada
  • efekty specjalne na niskim poziomie
  • scenariusz pełen dziur
  • niewciągająca fabuła
  • relacje między bohaterami są nienaturalne

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Luna Nera

Grupa kobiet podejrzana jest o uprawianie czarów w XVII-wiecznych Włoszech.