Recenzja do: Lucifer (2016 )
Recenzje

Od kilkunastu dni wiadomo o kasacji „Lucifera”, która wywołała wielkie poruszenie. Czy akcja #SaveLucifer, w jaką włączył się sam Tom Ellis, to rzeczywiście dobry pomysł? Czy serial zasługuje na kontynuację, czy jednak po trzecim sezonie nie ma już czego ratować?

Sezon drugi zakończył się niezłym cliffhangerem – Lucifer, zaraz po tym, gdy postanawia pokazać Chloe swoją prawdziwą twarz i zostaje nagle znokautowany, budzi się na pustkowiu i... znów ma skrzydła. W tamtym momencie w mojej głowie pojawiło się pełno teorii, jedna bardziej fantastyczna i zawiła od drugiej. Tak więc pierwszy odcinek trzeciej serii rozczarował mnie po całości, gdyż... nasz Lucy po prostu znalazł się na jakimś pustkowiu poza Los Angeles, i to by było na tyle.

Lucifer, Lucyfer, sezon 3, FOX, recenzja, kasacja, Dan, Tom Ellis, Save Lucifer, sezon 4

Gdzie się podziali tamci bohaterowie

Trzeci sezon okazał się totalną klapą. Nie ma co owijać w bawełnę – twórcom ewidentnie coś nie wyszło. Wszyscy bohaterowie, których tak kochałam przez dwa poprzednie sezony, nagle zaczęli zachowywać się jak nie oni – Chloe stała się rozchwiana emocjonalnie, zwłaszcza w ostatnich odcinkach, chociaż nie tak bardzo jak Maze, która zaczęła totalnie świrować, i wcale nie pomagała tu dobra gra aktorska Lesley Brandt. Linda miała swoje fenomenalne momenty, jednak w efekcie końcowym i tak wypadła słabo. Sam Luficer nagle stał się mniej zabawny, zwłaszcza gdy próbował dopaść Sinermana, na którego punkcie dostał fioła w pierwszej części sezonu, a w drugiej robił z siebie zbyt wielką ofiarę. Wisienką na torcie zła okazał się Tom Welling, który swoją rolę Marcusa Pierce'a odgrywał chyba z kijem w tyłku. Ogółem ta postać była zbędna i jedynie irytowała, wprowadzając niepotrzebne zamieszanie.

Postać Pierce'a w jakiś sposób popchnęła fabułę, ale czy w dobrą stronę? Zdecydowanie nie. Nowy porucznik zawsze ma taki sam wyraz twarzy, jest wiecznie niezadowolony i znudzony, a do akcji nie wnosi zupełnie nic, oprócz irytacji. Przez wszystkie odcinki z jego udziałem (a niestety było ich całkiem sporo) miałam nadzieję, że coś mu się stanie, żebym dłużej nie musiała go znosić. W ostatnich epizodach przeszedł samego siebie, jeśli chodzi o stopień irytacji widzów. Z każdym kolejnym odcinkiem pragnęłam, by Lucifer go zabił – a czy moje modlitwy zostały wysłuchane, to musicie sprawdzić sami. Tom Welling to jedyny aktor z obsady, którego gra aktorska zupełnie nie przypadła mi do gustu i zdecydowanie odstaje od reszty. Reszty, której aktorstwo jest wciąż na wysokim poziomie, mimo źle poprowadzonych postaci (Tom Ellis wciąż zachwyca, a Aimee Garcia tryska swoim optymizmem i energią tak samo jak jej bohaterka).

Nie myślcie jednak, że wszyscy nagle stali się beznadziejni. Cały trzeci sezon ratował dość mocno pewien duet, który już w poprzedniej serii pokazywał, że stać go na wiele – mowa oczywiście o Elli (Aimee Garcia) i Danie (Kevin Alejandro), którzy razem, jak i osobno, jako jedyni pozostali tacy, jakich już ich znaliśmy. A do tego odnoszę wrażenie, że w ten sezon włożyli w swoje role jeszcze więcej serca. Nie mogę pominąć też Amenadiela (D.B. Woodside), którego wiara w Ojca tworzy z tej postaci jeszcze mocniejszy kontrast do Lucifera niż dotychczas, oraz Charlotte (Tricia Helfer), której powrót i to, w którą stronę poszła jej postać, bardzo mnie ucieszyło – zwłaszcza, że dotąd nie darzyłam jej zbytnio sympatią. Niestety, te dwa duety nie są w stanie uratować wszystkiego.

Szczypta zaskoczeń, garść niepowodzeń

To, czym pozytywnie zaskoczył mnie trzeci sezon, to kilka odcinków w całości poświęconych konkretnym postaciom. I tak przykładowo – Maze dostała własny odcinek, w którym tropi mordercę, a do tego dostaje porządną lekcję od życia; Lindę poznaliśmy od zupełnie innej strony, a odcinek z jej mężem pozostaje moim ulubionym (pomijając dwa ostatnie, o których za chwilę), a epizod poświęcony Amenedielowi cofa nas w czasie do początków anioła na ziemi. To ciekawe rozwiązanie, szkoda jedynie, że pojawiło się dopiero w tej serii. Z drugiej strony, w perspektywie całości, zbytnio rozciągało i tak już rozwlekłą fabułę, która przez 3/4 odcinków zwyczajnie nie wywoływała większych emocji. Co prowadzi do kolejnego minusa, jakim jest zdecydowanie zbyt duża liczba odcinków. Akcja jest za bardzo rozłożona w czasie, w dodatku te osobne odcinki niektórych postaci potrafiły jeszcze bardziej przystopować główną oś fabularną, która sama w sobie również nie była zbyt efektowna. Z jednej strony postać Sinermana w jakiś sposób nas intrygowała, ale rozwiązanie tego wątku przeszło bez echa. Gdyby skrócić wszystko o choćby pięć odcinków, myślę, że z pewnością odczulibyśmy różnicę. Pozytywną różnicę.

„Lucifer”, jak na serial proceduralny przystało, w każdym odcinku przedstawia nam sprawę do rozwiązania. Uwielbiam kryminały, a pierwsze dwa sezony „Lucifera” lubię sobie odświeżać co jakiś czas, oglądając wyrywkowe odcinki. Do trzeciego sezonu specjalnie wracać nie będę. Patrzenie na postać Pierce'a zbytnio mnie drażni, poza tym same wątki kryminalne nie są tak ekscytujące i interesujące jak w pierwszych dwóch seriach. Nawet Lucifer nie odnosił ich aż tak bezpośrednio do własnej, aktualnej sytuacji, jak wcześniej miał w zwyczaju. Najpierw skupiał się na rozwiązaniu problemu Sinermana, potem biblijnego Kaina – i to do nich, i do swoich uczuć do Chloe, odnosił wszystko. Dawało to małą różnorodność, a samo rozwiązywanie spraw przez Lucifera nie było takie zabawne. Nawet jego wizyty u Lindy, które przecież zawsze dawały Luckowi taki impuls do zrobienia czegoś zupełnie przeciwnego, niż Linda mu zasugerowała, zostały ograniczone i sprowadzone do minimum. Odebrało to dużo uroku całości.

Zwykle też nie zwracam uwagi na muzykę, nie jest dla mnie istotna, natomiast w „Luciferze” zawsze wyłapywałam ciekawe kawałki. Pasowały do klimatu serialu, do samej postaci Lucyfera i jego upodobań. I w trzecim sezonie twórcy również zadbali o to, by podkład muzyczny był idealny. Tak samo zdjęcia – Los Angeles jest naprawdę urokliwym miastem, a „Lucifer” zdecydowanie nam to potwierdza. Tak więc pod względami technicznymi serial jak zwykle prezentuje się bardzo dobrze.

Największym błędem twórców, co strasznie mnie boli, było rozwinięcie akcji w ostatnich około siedmiu odcinkach, znów wracając do poziomu z pierwszego i drugiego sezonu. Ale dlaczego tak późno? Otrzymaliśmy słabe rozpoczęcie, mimo wielkiego pola do popisu, jaki zostawił twórcom finałowy odcinek drugiego sezonu, niezbyt dobre rozwinięcie, by nagle nadrobić zakończeniem. Pojawiło się mnóstwo wątków, a wiele z wcześniejszych zostało popchniętych mocno do przodu, nie mówiąc już o dwóch ostatnich odcinkach, które wywołały tyle mocnych i skrajnych emocji.

Co tu się stało?!

Ostatnie dwa epizody sprawiły, że frustracją dzieliłam się niemal z każdym. Losy niektórych bohaterów urywają się w takim momencie, że wręcz ma się ochotę pobiec do twórców, potrząsnąć nimi i wykrzyczeć im w twarz: „ale dlaczego?!”. Dlatego tym bardziej, mimo w efekcie dość słabego sezonu, decyzja o kasacji „Lucifera” tak bardzo mnie dotknęła. Może i gra tu sporą rolę sentyment, bo „Lucifer” to jeden z pierwszych seriali, jaki zaczęłam oglądać tak „na poważnie”, może i gra tu jeszcze większą rolę moja miłość do Toma Ellisa, a może najbardziej chodzi tu o połączenie dwóch moich ulubionych gatunków – kryminału i fantasy – tak czy inaczej, mimo tego, że trzeci sezon jest zwyczajnie słaby, jest mi przykro, że już prawdopodobnie nie spotkam tych bohaterów na ekranie. I może to wszystko ma wpływ na to, że w efekcie nie uważam ostatniego sezonu za totalną klapę – bo mimo zbyt wielu minusów, wciąż są tu mocne strony.

Co do samego zakończenia – uważam, że na swój sposób „Lucifer” dostał godne zakończenie. Trochę się go spodziewałam, dlatego nie wywołał we mnie aż takiej wściekłości. Zakończenie otwarte ma to do siebie, że pozostawia wiele do wyobraźni widzów, co ma swoje plusy i minusy. Pragnienie poznania dalszych losów Lucifera i Chloe jest wielkie, jeśli jednak rzeczywiście nie uda się uratować Lucka, to aż takiej tragedii nie będzie, bo jak już napisałam, zakończenie (wciąż jednak będące cliffhangerem) wydaje mi się akuratne.

Gra aktorska
8
Zdjęcia
7
Muzyka
10
Scenariusz
4
Trzeci sezon „Lucifera” zdecydowanie odstaje poziomem, chociaż pod koniec twórcy powrócili do formy z drugiego sezonu. Najbardziej boli spłycenie i rozwleczenie fabuły, a także dziwne zachowania bohaterów. Wciąż jednak to zabawny serial z dobrym aktorstwem.
Ocena czytelników
8

Plusy

  • gra aktorska (wszystkich oprócz Toma Wellinga)
  • świetnie dobrana muzyka
  • odcinki skupiające się na pojedynczych bohaterach to świetny pomysł
  • zakończenie (i kierunek, w którym serial mógłby pójść, gdyby miał szansę na kolejny sezon)

Minusy

  • gra aktorska Toma Wellinga
  • postać Marcusa Pierce'a
  • zbyt rozwleczona akcja
  • zbyt duża ilość odcinków
  • spłycenie wielu bohaterów i wykreowanie ich w sposób zupełnie inny, niż byli nam znani wcześniej
  • luki fabularne
  • prowadzenie spraw inaczej niż dotychczas w serialu i mniejsze zaciekawienie rozwojem śledztwa

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Lucifer

Znudzony władca piekieł Lucyfer postanawia przenieść się do Los Angeles i otworzyć klub nocny. Jednak i to nie daje mu pełnego zaspokojenia, więc używając swoich …


Aktualności