1
Recenzja do: Love, Death & Robots (2019 )
Recenzje

Netflix już od samego początku istnienia z uporem maniaka chciał pokazać wszystkim konkurentom na rynku oraz widzom, że nie ma zamiaru zajmować się zwykłymi serialami. Już pierwsze produkcje oryginalne pokazały, iż rzeczywiście wszystko wskazuje na to, że platforma ma zamiar pójść zupełnie nową drogą jakości. Tego typu strategia zaowocowała nie tylko wieloma świetnymi serialami, ale także zdobyciem pozycji lidera na rynku. Zachęcony swoimi sukcesami Netflix w ciągu ostatnich dwóch lat tak bardzo rozpędził się w wizji seriali przyszłości, że zaczyna tworzyć dzieła skrajne, które zdecydowanie nie są przeznaczone dla wszystkich. Dokładnie taki jest „Love, Death & Robots”.

Love, Death & Robots, Netflix, sezon 1, recenzja

Eksperymenty na żywych widzach

Netflix rozpoczął współpracę z wieloma znanymi nazwiskami, nie tylko ze świata aktorek i aktorów, ale także scenarzystów i reżyserów. Praca przy serialach, która kiedyś była postrzegana przez branżę jako zło konieczne, stała się nie tyle modna, co pożądana. Świat rozrywki wizualnej bardzo mocno skręcił w stronę krótkich form, ale będących w interakcji z odbiorcą przez dłuższy czas. „Love, Death & Robots” wydaje się na ich tle bardzo odważnym eksperymentem, bo pomimo wyjątkowo dużej liczby odcinków drastycznie skrócił czas ich trwania. Dla jednych widzów będzie to duży plus, dla innych zdecydowany minus, ale wszyscy zgodnie przyznają, że jeszcze nigdy nie widzieli czegoś takiego. Po seansie „Love, Death & Robots” można odnieść wrażenie, że Netflix prowadzi jakieś badania, które mają na celu sprawdzenie, jak poszczególni odbiorcy reagują na zupełnie różne bodźce. Trzeba przyznać, że nawet jeśli jest to w jakimś stopniu prawdą, to na pewno udział w nich był wielka frajdą i szaloną jazdą bez trzymanki.

Love, Death & Robots, Netflix, sezon 1, recenzja

Binge-watching

Już pierwsze trailery „Love, Death & Robots” wyglądały zupełnie inaczej niż większość podobnych zajawek wideo i dzięki temu kusiły odbiorcę. Obiecane liczne światy i wizje przeróżnych fantastycznych wydarzeń okazały się w stu procentach prawdziwe, ale właśnie przez ich mnogość serial powinien być oglądany w zupełnie inny sposób niż większość takich produkcji. W tym przypadku nie powinno być nawet mowy o binge-watchingu, z racji tego, że „Love, Death & Robots” jest antologią i każdy odcinek jest zbyt różny od pozostałych. Jeśli rzucimy się na całość w jeden wieczór, a da się tak, stracimy mnóstwo malutkich elementów poukrywanych na dalszych planach. Kilkanaście minut może wydawać się śmiesznie krótkim czasem na rozbudowanie opowieści; i tak też w sumie jest, ale nie powstrzymało to twórców od nawiązania relacji z widzem na drodze emocji.

Love, Death & Robots, Netflix, sezon 1, recenzja

Perwersyjne porno

Z początku serial robi na widzu bardzo pozytywne wrażenie, z czasem jednak zaczynamy zauważać liczne minusy całości. Tak jak wspomniałem wyżej, te kilkanaście minut to zdecydowanie za mało, aby w jakikolwiek sensowny sposób rozwinąć historię danego odcinka, a niektóre idą nawet dalej i stają się krótsze niż reklama w telewizji. Z drugiej zaś strony można zauważyć, że w „Love, Death & Robots” forma wizualna i powierzchowna fabuła nigdy nie miały być brane pod uwagę jako główny kanał do nawiązania łączności z widzem. Każdy odcinek ma w sobie tak dużo emocji zaszytych pod płaszczem prostej historyjki, że nawet te najkrótsze potrafią zostawić nas z mętlikiem w głowie i poczuciem podniecenia tym, co właśnie zobaczyliśmy. Nawet odcinki, w których jest sporo nagości i erotyzmu, niekiedy ocierającego się nawet o perwersyjne porno, nie mają za zadanie rozbudzić naszych popędów, ale mają zadziałać na nas w formie emocji, impulsu, który gwałtownie spływa po naszym kręgosłupie moralnym. Takie manipulacje mogą niejednego widza zaskoczyć, ale trzeba przyznać, że Netflix doskonale wiedział, co robi, powierzając produkcję serialu Davidowi Fincherowi.

Love, Death & Robots, Netflix, sezon 1, recenzja

Wariacja o animacji

Kolejnym największym atutem „Love, Death & Robots” jest niesamowita wręcz paleta różnych odcieni animacji. Niektóre są wyjątkowo proste, inne – widać, że zostały stworzone ręką prawdziwego artysty, a kolejne stają się popisem animacji komputerowej. Niezależnie od tego, które z nich najbardziej przypadną nam do gustu, nie ma chyba ani jednego odcinka, o którym powiedzielibyśmy, że wyglądał nieatrakcyjnie. „Love, Death & Robots” nie wykorzystuje żadnych nowych technik i trików, ale pokazuje, w jaki sposób zostały rozwinięte i zmienione te już istniejące. Taka zabawa formą wizualną bardzo mocno uderza w nasze poczucie estetyki i w pewien sposób działa także na odbiór poszczególnych odcinków. Mamy tutaj animacje przypominające krótkie filmiki z gier komputerowych, odcinki wyglądające jak namalowane obrazy, proste formy jak z bajek dla najmłodszych dzieci, a nawet dalekowschodnią kreskę przypominającą fantastyczne dzieła studia Ghibli z Japonii.

 

Nie da się „Love, Death & Robots” opisać w jakiś ogólny, zbiorczy sposób, ponieważ serial ten jest zbyt złożonym tworem, przez co niemal każda osoba odbierze go w zupełnie inny sposób. Trzeba przyznać, że Netflix wie doskonale, jak wzbudzić zainteresowanie swoim serialem.

Gra aktorska
8
Zdjęcia
9
Muzyka
9
Scenariusz
8
„Love, Death & Robots” jest zbieraniną tak różnych opowieści, tylu odmiennych stylów animacji i opowiadania samej historii, że trudno stwierdzić, komu przypadnie do gustu. Przypuszczalnie każdy znajdzie w tym serialu coś dla siebie.
Ocena czytelników
8

Plusy

  • fantastyczne animacje
  • ciekawe pomysły na historie
  • różnorodność

Minusy

  • epatowanie erotyzmem
  • niektóre odcinki są za krótkie

Komentarze

(1)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • Michał Ziaja
    Michał Ziaja
    @michax

    Równie ważnym nazwiskiem przy tworzeniu tego serialu jest też Tim Miller, twórca filmowego Deadpoola, nie tylko Fincher. Moim zdaniem z Twojej recenzji wynika i wg mnie trochę nadinterpretujesz całość, że serial Finchera i Millera to coś więcej jak rozrywka, bo w większości odcinków to jest tylko rozrywka, np. epizod o Draculi, bodaj piąty, gdzie mamy festiwal gore i sucharów i nic więcej, ale to nie znaczy, że to coś złego, jeśli jest dobrą rozrywką. Scenariuszowo wiele odcinków jest prostych jak budowa cepa, nie tylko ten o wampirze, ale za to wizualnie większość to arcydzieło. A tak na marginesie muszę pochwalić polski dubbing nie tylko w odcinku o wampirze, tłumacze i aktorzy głosowi mieli niezły ubaw pracując nad tym serialem:)

    I nie zgadzam się z tym że jest za dużo erotyki, bo to serial inspirowany komiksami, opowiadaniami i filmem "Heavy Metal" z lat 80-ych, a Millar i Fincher są fanami HM, które jest znane z dużej dawki przemocy, krwi i seksu, więc skoro to jest hołd dla HM to nie dziwne, że erotyka się pojawia. Dziwne byłoby jakby jej nie było a jak się porówna z HM to nie ma jej aż tak dużo jakby mogło być. Zresztą Fincher już bodaj z 10 lat temu chciał nakręcić kolejną wersję HM ze znanymi twórcami jak np. Cameronem, ale bodaj Paramount się nie zgodził i dopiero w Netflixie dali im kasę. Zmienili też tytuł żeby nie mieć problemów z prawami autorskimi, ale tak po prawdzie to kolejna antologia "Heavy Metal" tylko pod innym tytułem. Więc moim zdaniem nie tak trudno stwierdzić komu przypadnie do gustu, bo fanom "Heavy Metal" na 100% i miłośnikom odjechanego SF w każdej postaci. No i z pewnością spodoba się osobom co interesują się odmianami animacji, jakie mamy. Więc nie zgadzam się że ta antologia to coś czego nie widziałem wcześniej, bo widziałem podobne historie w filmie "Heavy Metal" i "Heavy Metal 2000".

Powiązane

Seriale

Love, Death & Robots

Zbiór animowanych opowieści dla dorosłych, z elementami science-fiction, fantasy, horroru oraz komedii.


Aktualności