Recenzja do: Lost in Space (2018 )
Recenzje

Protagoniści nowej produkcji platformy Netflix, czyli rodzinka Robinsonów, są obecni w naszej kulturze, w pewnym aspekcie, już od 1719 roku. To wtedy wyszła książka Daniela Defoe, opowiadająca o marynarzu Robinsonie Crusoe, który trafił na bezludną wyspę. W XX wieku stacja CBS rozbudowała ten koncept i wysłała w kosmos całą rodzinę, by ta błąkała się i szukała drogi do domu przez trzy sezony. Był jeszcze film z 1998 roku, ale jego słaby odbiór i krytyka pogrzebały szanse na sequel. Wydawałoby się, że nasi milusińscy zatracili się w odmętach popkultury. I tu pojawia się Netflix (cały na biało), który proponuje swoim widzom towarzyszenie Robinsonom w walce o przetrwanie na obcej planecie. Czy warto poświęcić im 10 godzin z naszego życia? No ba, oczywiście!

Ale najpierw kilka słów o historii i odbiorze pierwowzorów produkcji Netflixa. Dzieło New Line Cinema miało wydźwięk zdecydowanie mroczniejszy niż poprzedni „Zagubieni w kosmosie”. Wprowadzało także niepotrzebny chaos podróżami w czasie. Oryginalny serial zaś, mimo dzisiejszego statusu bycia kamieniem milowym seriali kosmicznych, po macoszemu traktował wątki i relacje między postaciami, trochę ich przez to spłycając. Odbiór obu powyższych produkcji był ledwie dostateczny – serial z lat 60. został skasowany po trzecim sezonie, a film z lat 90. początkowo miał rozpocząć trylogię. Uratować markę mógł tylko ktoś, kto wyciągnął wnioski z poprzednich tytułów, dodał świetne efekty i odpowiedni budżet na kampanię promocyjną. Tym kimś okazał się Netflix – i mam nadzieję, że ta decyzja mu się opłaci!

Co tam u was słychać, Robinsonowie?

Fabuła skupia się na podróży statku kosmicznego Śmiałek z Ziemi do ludzkiej kolonii na Alfa Centauri. Podczas lotu wahadłowiec zostaje zaatakowany przez tajemniczą istotę, a pasażerowie, chcący się ewakuować, koniec końców lądują na nienazwanej planecie. Głównymi bohaterami jest oczywiście rodzina Robinsonów: żołnierz John, supermądra naukowiec Maureen, początkująca lekarka Judy, łobuziara Penny i łebski, ale naiwny Will. Mamy też kilka postaci pobocznych: mechanika Dona Westa, samozwańczego przywódcę grupy ocalałych, Victora, czy manipulantkę, Dr Smith (o której za chwilę). Rozbitkowie muszą pokonywać coraz to nowe trudności, jeśli chcą wrócić na pokład Śmiałka i uciec z niegościnnej planety (która, nawiasem mówiąc, z każdym dniem jest coraz bardziej niestabilna). Pojawia się i znika również tajemniczy robot, wytwór innej cywilizacji, który zaprzyjaźnia się z Willem i robi za jego ochroniarza. Oczywiście, w miarę postępów w sezonie, historia robota staje się coraz bardziej zawiła, by dostarczyć nam emocjonującej kulminacji w ostatnim odcinku. A zakończenie pozostawia więcej pytań niż odpowiedzi i mam nadzieję, że drugi sezon powstanie i to dość szybko!
   Netflix, Lost in Space, recenzja, Will Robinson, sci fi

Pieśń pochwalna…

Co mi się podobało najbardziej w „Lost in Space”? Bohaterowie. Mimo iż akcja serialu toczy się w przyszłości, Robinsonowie mają także bardzo współczesne, rodzinne problemy. To w jakiś sposób sprawia, że bardzo szybko zaczynasz utożsamiać się z bohaterami i ich lubić. John i Maureen, mimo dzielących ich różnic i problemów małżeńskich, robią wszystko, żeby wyciągnąć swoje dzieci z koszmaru, do jakiego trafili. Dzieciaki nie są tylko płaczkami i zawalidrogami, każde z nich ma swój udział w fabule, każde w jakiś sposób pomaga w rozwiązaniu problemu ucieczki z umierającej planety.

Efekty wizualne robią niesamowite wrażenie. Planeta, na którą trafiają rozbitkowie, była bardzo różnorodna, co zaowocowało niezwykłymi zdjęciami krajobrazu: lodowce, górskie przełęcze, wulkany, pustynie, lasy i gazowe gejzery. Ujęć z kosmosu, obejmujących całą planetę, gwiazdy czy statek kosmiczny, nie powstydziłaby się największa produkcja z Fabryki Snów. Ogólnie widać, że Netflix nie żałował funduszy, jeśli chodzi o oprawę.

Netflix, lost in space, sci fi, recenzja, kosmos

Podoba mi się, że bohaterowie myślą i rozwiązują swoje problemy używając mózgu, nie mięśni (co w sumie nie dziwi – żeby zostać zakwalifikowanym do lotu, ochotnik musiał przejść wiele testów i być osobą, która wniesie coś do rozwijającej się kolonii). Ktoś utknął w lodzie? Zamiast tracić czas i energię na bezsensowne kopanie, użyjmy reakcji chemicznej, która szybciej spali lód. Wrak wahadłowca wisi nad przepaścią, a my potrzebujemy czegoś ze środka? Ktoś przytomnie zauważa, że możemy użyć lin i zapewnić mu, choć trochę, asekuracji. Rozwiązania palących problemów nigdy nie spadają z nieba, zawsze są konsekwencją jakichś działań bohaterów z poprzednich odcinków (dlatego warto serial śledzić uważnie). Naprawdę, w dobie dzisiejszej popkultury myślący główny bohater jest na wagę złota.

...i szept niezadowolenia

Oczywiście produkcja nie jest kryształowa i bez skazy. Pierwszy odcinek jest zdecydowanie za szybki; oglądając pierwsze minuty czujesz się, jakbyś ominął jeden epizod. Nie znamy jeszcze imion głównych bohaterów, a oni już są w jednym niebezpieczeństwie, wpadają w kolejne, przy okazji rozwiązując po drodze dwa mniejsze problemy. Trochę to może widza przytłoczyć.

Drugą sprawą jest ubogość gatunków zamieszkujących planetę, na której rozbija się nasza rodzinka. Przez cały serial widzimy tylko drapieżników: węże, wielkie jaszczury czy latające nietoperze. I choć są świetnie zrobione, oglądając serial gdzieś w głowie kołatała mi się myśl o tym, co te stwory jedzą, skoro planeta wygląda na tak wymarłą. Chciałbym zobaczyć inną stronę planety, nie tylko zabójczą i niegościnną, ale też troskliwą i ciepłą: jakąś rodzinę kosmicznych wiewiórek albo gatunek pięknie upierzonych ptaków. Stanowiłoby to fajny kontrast do wykreowanego obrazu tej planety – niestety, tego zabrakło i raczej już przyszłe wydarzenia tego nie zmienią.

Netflix, lost in space, sci fi, recenzja, Dr. Smith

Dr. Smith, jak ja cię nienawidzę

Zupełnie osobny akapit chciałbym poświęcić postaci doktor Smith – dawno żadna fikcyjna postać tak nie odpychała swoimi działaniami. Smith to kłamczucha i manipulatorka, która ukradła swojej siostrze miejsce na statku tylko dlatego, że jej zazdrościła. Jej kłamstwa mają drugie dno, a to dno ma kolejne warstwy nieprawdy. Normalny człowiek dawno by się pogubił w gąszczu tych oszustw, ale nie Smith, która całe życie nie robiła niczego innego poza udawaniem, że jest kimś innym. Innych manipulatorów, jak chociażby Littlefinger z „Game of Thrones”, można podziwiać za ostrożność i przebiegłość. Smith zaś nie zasługuje na żadne pozytywne emocje. Podziwiam Parker Posey, aktorkę, która wcieliła się w tę rolę – wykonała kawał dobrej roboty w przekonaniu mnie, że wciąż mogę czuć tak silną antypatię do fikcyjnej postaci.

Czy powinniście obejrzeć „Lost in Space”? Jak najbardziej! To kawał dobrego kina familijnego, z elementami nauki, thrillera i filmu akcji. Jestem przekonany, że puszczany co tydzień, po jednym odcinku, zdołałby zgromadzić pokaźną widownię. Ale na szczęście Netflix uraczył nas od razu całym sezonem. Otwarte zakończenie sugeruje kolejne historie, pełne kosmicznych przygód – nie wiem jak wy, ale ja będę czekał z niecierpliwością.

Gra aktorska
9
Zdjęcia
10
Muzyka
7
Scenariusz
8
10 godzin spędzone w kosmosie z Robinsonami na pewno nie pójdzie na marne: będziecie świetnie się bawić, kibicując rozbitkom i nienawidząc Dr. Smith. Polecam każdemu, nawet jeżeli nie lubicie science fiction.
Ocena czytelników
7.5

Plusy

  • świetne zdjęcia i animacja komputerowa, godna największych, filmowych blockbusterów
  • angażująca historia z bohaterami, których od razu można polubić
  • odcinki trzymają w napięciu i nie pozwalają się nudzić

Minusy

  • pierwszy odcinek pędzi trochę za szybko
  • uboga fauna planety, na którą trafiają bohaterowie
  • niektóre wątki kończą się w przewidywalny sposób

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Recenzje