Recenzja do: Light as a Feather (2018 )
Recenzje

Jeśli ktoś po obejrzeniu zwiastuna „Light as a Feather” poczuł silne skojarzenie z „Pretty Little Liars”, to miał dobre przeczucie. Jeżeli jednak pomyśleliście, że będzie to klimatyczny dreszczowiec, idealny na zbliżające się Halloween, to jesteście w dużym błędzie.

Słodkie (a w sumie gorzkie) kłamstewka

McKenna, Candace, Olivia i Alex przyjaźnią się od dzieciństwa. Mają wspólne tradycje, zainteresowania, są właściwie nierozłączne. Jednym z ich corocznych rytuałów jest spędzanie Halloween na cmentarzu, gdzie zwykle plotkują i straszą siebie nawzajem, choć zwykle pozostaje to w sferze niewinnych żartów. Tym razem dołącza do nich nowa w szkole dziewczyna – Violet. To ona proponuje, żeby zagrały w znaną wszystkim amerykańskim dzieciakom grę „light as a feather, stiff as a board”. Zabawa polega na tym, że jedna z osób kładzie się na plecach, podczas gdy pozostałe próbują podnieść ją za pomocą jednego lub dwóch palców (co jest, oczywiście, fizycznie niemożliwe). Powtarzane przez uczestników gry frazy mają sprawić, że leżący faktycznie stanie się „lekki jak piórko”. Violet, by dodać do infantylnej gry odrobinę pikanterii, snuje szczegółowe historie dotyczące śmierci każdej z dziewczyn. Nic nadzwyczajnego, prawda? Problem w tym, że niedługo po Halloween jedna z przyjaciółek ginie... dokładnie w taki sam sposób, jak zostało to opisane przez Violet.

Sezon składa się z 10 odcinków, trwających nie dłużej niż 25 minut – i rzeczywiście przez większość czasu miałam wrażenie, że oglądam „Pretty Little Liars”, tylko że z innymi aktorkami i z paranormalnym wątkiem. Uwierzcie, to nie jest komplement. „Light as a Feather” okazało się pospolitą teen dramą, którą posypano czymś, co w zamyśle scenarzystów miało być grozą i tajemniczością, a w praktyce okazało się kawałkami niezbyt smacznego, odgrzewanego kotleta. Niby cały czas śledzimy główny wątek, związany z „upiorną” grą i jej konsekwencjami, ale siłą rzeczy więcej uwagi widza pochłaniają szkolne dramaty i rozterki dorastających dziewczyn. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby bohaterki dały się lubić lub gdyby ich problemy rzeczywiście wymagały większych przemyśleń; z rozczarowaniem odkryłam, że dostałam kolejny trójkąt miłosny, romanse jednych za plecami drugich, konflikty rodzinne i spłycone do granic możliwości uzależnienie od narkotyków.

Light as a Feather, Lekkie jak piórko, serial, HBO GO, sezon 1, recenzja

Horror dla ubogich

Nadnaturalny wątek, który miał być przecież przerażający, okazał się niestety ogromnym rozczarowaniem. Przyznaję uczciwie, że w kwestii filmów i seriali grozy jestem tchórzem – wolę oglądać je w towarzystwie, a i wówczas zdarza się, że ledwo zerkam przez palce. W przypadku „Light as a Feather” najbardziej straszny jest... zwiastun. Po nim miałam pewne wątpliwości, czy to na pewno dobry pomysł, żeby włączyć pierwszy odcinek  o innej porze niż w biały dzień, a skończyło się na tym, że większość sezonu obejrzałam w środku nocy, bo wszystkie „creepy” momenty bardziej mnie żenowały, niż wywoływały gęsią skórkę. Robaki wyłażące z jedzenia, halucynacje w postaci nieboszczki ożywającej w trumnie... To wszystko już było, i to ile razy! Twórcy poprowadzili fabułę w taki sposób, jakby mieli listę najczęściej powtarzanych elementów w horrorach klasy B i wpakowali to do bardzo przeciętnego, wręcz kiepskiego młodzieżowego serialu. Stereotypy piętrzą się jeden na drugim, przez co zamiast produkcji wywołującej przyjemny dreszczyk otrzymujemy kalkę najbardziej oklepanych motywów.

A potencjał związany z grą był duży. Od samego początku najciekawszym elementem akcji było to, kim (lub czym) naprawdę jest Violet, jakie tajemnice skrywa i... co, do cholery, ona ma na plecach. Wyobrażałam sobie wiele rzeczy, wysunęłam mnóstwo teorii i prawdopodobnych wytłumaczeń, tymczasem twórcy poszli po linii najmniejszego oporu. Ostatnie dwa odcinki sezonu, wyjaśniające wreszcie, dlaczego Violet zaproponowała zagranie akurat w „light as a feather, stiff as a board”, zamiast przynieść satysfakcję, sprawiły mi tak duży zawód, że nie mogę uwierzyć, że serial zrobił ze mnie debila i przez chwilę pozwolił sądzić, że może tkwi w nim jakiś polot i kreatywność. Absurd to nie kreatywność, drodzy scenarzyści. Nie możecie wciskać widzom naciąganych bzdur i oczekiwać, że się tym zadowolą, a wręcz ucieszą.

Light as a Feather, Lekkie jak piórko, serial, HBO GO, sezon 1, recenzja

Ziew

Obsada nie spisała się najgorzej – Liana Liberato, Haley Ramm, Ajiona Alexus, Brianne Tju i Peyton List całkiem nieźle sobie poradziły. Miło było także ponownie zobaczyć Dylana Sprayberry’ego („Teen Wolf”) i Jordana Rodriguesa („The Fosters”), choć nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że nie zaprezentowali niczego więcej ponad to, co już widziałam. I nawet nie jestem w stanie ich za to winić. Powodem, dla którego młodzi aktorzy nie mogli w pełni wykazać się swoimi umiejętnościami, było kiepskie rozpisanie postaci. Każda zamykała się w kilku podstawowych cechach, przez co trudno nabrać do nich sympatii czy w większym stopniu zaangażować się w ich życie. Dla przykładu rola Rodriguesa została sprowadzona do typowego chłopaka z sąsiedztwa, a Brianne Tju, grająca Alex, dosłownie zaginęła pod warstwą pseudogrozy, chociaż jej bohaterka była naprawdę interesująca. Nawet Violet, w którą wcieliła się intrygująca Haley Ramm, utknęła w sztywnej, mało plastycznej ramie, wykreowana na serialową psychopatkę, na którą szczekają psy (serio). Tym samym po paru odcinkach serial stał się dość nudny i tylko czekałam, aż znowu kogoś zabiją, bo chociaż wtedy działo się coś ciekawego.

Pod względem technicznym produkcja nie zaskakuje. Banalne, sztampowe operowanie światłem, znamienne dla wielu thrillerów czy horrorów, na muzykę prawie nie zwracałam uwagi, montaż jest po prostu poprawny, z kolei efekty specjalne raczej mierne. Największą zaletą staje się długość odcinków, co początkowo niemile mnie zaskoczyło, by później zaplusować – mogę sobie wyobrazić, ile jeszcze absurdalnych rzeczy udałoby się wcisnąć, gdyby poszczególne epizody trwały standardowe 40 minut.

Light as a Feather, Lekkie jak piórko, serial, HBO GO, sezon 1, recenzja

Twórcom udało się jedno: zarzucenie przynęty na widzów. Finał nie rozwiązał wszystkich wątków, a wręcz pozostawił w zawieszeniu te, które w jakiś sposób intrygują i na pewno sprawią, że wiele osób, nawet tak zniechęconych jak ja, sięgnie po ewidentnie planowaną kontynuację. „Light as a Feather” sprawdzi się jako lekka rozrywka dla nastolatków w halloweenowy wieczór, ale wielbiciele mocniejszych emocji nie mają tu czego szukać – no chyba że zależy wam na poirytowaniu i przewracaniu oczami.

Serial będzie dostępny na platformie HBO GO od 30 października.

Gra aktorska
6
Zdjęcia
5
Muzyka
4
Scenariusz
3
„Light as a Feather” to teen drama, która usiłuje pozować na serial grozy – niestety z marnym skutkiem. Nie spodziewałam się cudów, ale nie sądziłam też, że efekt będzie tak przewidywalny i oklepany. Można obejrzeć dla prostej, mało angażującej rozrywki.
Ocena czytelników
4

Plusy

  • niezłe aktorstwo
  • szybko się ogląda

Minusy

  • ogromna wtórność
  • przewidywalność
  • technicznie nie robi żadnego wrażenia
  • groza nie jest grozą
  • bohaterowie nie budzą większych emocji

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Pretty Little Liars

Kiedy Alison, przywódczyni pięcioosobowej paczki przyjaciółek, znika w niewyjaśnionych okolicznościach, życie ludzi w Rosewood zupełnie się zmienia. Rok po tragedii …


Light as a Feather

Serial opowiada o wydawałoby się niewinnej zabawie w znaną grę „Light as a feather, stiff as a board” – polegającej na tym, że jedna osoba kładzie się i nie rusza, …