Recenzja do: Life Sentence (2018 )
Recenzje

Prawdę powiedziawszy, spodziewałam się, że „Life Sentence” osiągnie sukces. Zwiastun zapowiadał lekką, przyjemną produkcję, poza tym byłam przekonana, że widzów ściągnie Lucy Hale w obsadzie, znana głównie z roli Arii w „Pretty Little Liars”. Tymczasem po kilku odcinkach było wiadomo, że koszmarna oglądalność nie wróży niczego dobrego; właściwie już po pilocie przewidywano kasację. Tak też się stało. Oczywiście stacja The CW nie zaprezentowała pomysłu oryginalnego czy szczególnie interesującego, mimo to nie mogę zwalczyć uczucia rozczarowania na myśl, że nie będzie drugiego sezonu. Lubiłam świadomość, że mam w zanadrzu tak niezobowiązujące guilty pleasure.

Wyrok: życie

Stella Abbott (Hale) większość swojego dość krótkiego życia spędziła w szpitalu – kiedy była dzieckiem, zdiagnozowano u niej raka. Zaczęły się wycieczki po lekarzach, różne formy leczenia, kolejne badania. Kiedy nikt nie dawał jej już żadnych szans i zapowiadano, że nie przeżyje więcej niż zaledwie kilka miesięcy, postanowiła zrobić coś z czasem, który jej został. Wiedząc, że każdy dzień może być ostatnim, nie myślała o konsekwencjach swoich działań. Gdy zatem w Paryżu poznała Wesa (Elliot Knight), nie miała nic przeciwko, żeby przyjąć jego oświadczyny po zaledwie kilku dniach znajomości, a krótko po tym wziąć ślub.

Tyle że tuż przed podróżą do Francji Stella została poddana eksperymentalnej terapii, która, niespodziewanie, dała zadziwiający efekt. Po powrocie, podczas kontrolnej wizyty u lekarza, dziewczyna dowiaduje się, że... jest całkowicie zdrowa. Ale jak to? A co z tym tortem pogrzebowym? Co z faktem, że nie poszła na żadne studia, że nie wie, jak zdobyć pracę? I przede wszystkim: co z jej małżeństwem, co do którego spodziewała się, że potrwa zaledwie kilka miesięcy?

Spójrzmy prawdzie w oczy: motyw bohatera chorego na raka, który zakochuje się i stara się wykorzystać każdą z ostatnich chwil życia, był już wielokrotnie powielany. Plusem jest, rzecz jasna, to, że serial nie wykorzystuje typowego schematu „cancer movie”, bo chora osoba zdrowieje i skupiamy się na jej życiu po wyleczeniu. Mimo wszystko wydaje mi się, że największym problemem „Life Sentence” jest wtórność i przewidywalność – nie ma takiego wątku w tym serialu, który byłby oryginalny albo chociaż pokazany w inny niż dotychczas sposób (no, może z wyjątkiem tego, co się stało w finale, ale nie chcę spoilerować). Wszystkie poruszone w nim problemy są dość banalne, ponadto konwencja, w jakiej została utrzymana produkcja, wydaje mi się dość infantylna i naiwna. Komediowy wydźwięk wielu scen sprawiał, że gęba sama mi się cieszyła do ekranu, jednak nie wiem, czy twórcy nie rozminęli się z przesłaniem tego serialu.

Life Sentence, serial, The CW, Lucy Hale, Elliot Knight, sezon 1, recenzja, Stella Abbott, Wes

Rak, haha, ale śmieszne

Nie to, że nie doceniam akcentów humorystycznych w „Life Sentence”. Komizm sytuacyjny miejscami naprawdę pasował, no i sprawiał, że produkcja, ze względu na tematykę, nie była tak przytłaczająca. Mimo to odbiór jest dość zaburzony: z jednej strony scenarzyści chcieli nam pokazać prawdziwie ludzkie rozterki i problemy, a z drugiej – wciąż próbowali nas rozbawić. Zastanawiam się, czy The CW nie zyskałoby bardziej, gdyby nie położyło nacisku na bardziej poważną stronę serialu. Jeśli bliżej by mu było do dramatu, a nie do komedii, poszczególne wątki stałyby się bardziej autentyczne, widz mógłby łatwiej się z nimi utożsamić. Tymczasem już po pilocie, który pokazał historię Stelli w krzywym zwierciadle (co, w połączeniu z kiepskimi, oklepanymi zabiegami montażowymi, wypadło dość słabo), prawdopodobnie wielu oglądających stwierdziło „meh, głupie jakieś, to nie dla mnie”.

Faktem jest, że mimo tych wad nie nudziłam się w trakcie oglądania. Owszem, główna bohaterka bywa marudna i irytująca, ale i tak zasłużyła na moją sympatię. Poza tym naprawdę mi się podoba, jak fenomenalnie zostały pokazane relacje w rodzinie Stelli. Nikt z nich nie jest idealny, ba, chociażby jej starszy brat popełnia błąd za błędem, jednak więź między nimi jest tak silna i prawdziwa, że trudno nie pozazdrościć takiego wzajemnego wsparcia. Serial pokazuje też, że to w porządku mieć wątpliwości, że po najmniejszym kryzysie nie warto się załamywać, tylko trzeba walczyć i rozmawiać, a każde nasze działanie może przynieść przykre konsekwencje; warto zawsze pomyśleć dwa razy. Jeśli weźmie się tę całą otoczkę choroby Stelli (czy raczej jej braku), zostaje historia o skomplikowanej, ale kochającej się rodzinie, o niespełnionych ambicjach, o poczuciu zdrady i kwestionowaniu własnej tożsamości czy też ścieżki, jaką powinno obrać nasze życie. Dlatego właśnie na początku tej recenzji nazwałam „Life Sentence” moim guilty pleasure: bo choć jestem świadoma wielu słabości tych produkcji, nadal przyjemnie spędzałam czas z tym serialem i nawet totalnie już oklepany wątek trójkąta miłosnego sprawił mi frajdę – ale to zapewne za sprawą chemii między aktorami.

Life Sentence, sezon 1, recenzja, The CW, Lucy Hale, Stella Abbott, Riley Smith, dr Grant

Poprawność, ale bez fajerwerków

Kiedy włączałam pierwszy odcinek, bałam się jednego: że nadal będę widziała w Lucy Hale bohaterkę z „PLL”. Na całe szczęście myliłam się. Co prawda Aria Montgomery i Stella Abbott mają kilka cech wspólnych, jednak ani razu nie doświadczyłam uczucia déjà vu; może to dlatego, że „Pretty Little Liars” skończyło się już jakiś czas temu, a może po prostu Hale całkiem nieźle gra. W każdym razie była przeurocza z tymi swoimi kolorowymi sukienkami i sweterkami. Skoro już o uroku mowa, totalnie przepadłam przez Rileya Smitha, wcielającego się w doktora Granta. Wiem, że to płytkie i w pewnym wieku już nie wypada się ekscytować przystojnym aktorem, ale dla tego uśmiechu dałabym się pokroić. W obsadzie wyróżniali się Jayson Blair jako brat Stelli, Aiden oraz Brooke Lyons w roli siostry głównej bohaterki, Liz. Całkiem niezłe kreacje stworzyli także Dylan Walsh i Gillian Wigman, którzy zagrali rodziców całej trójki. Cieplejszych uczuć – chyba jako jedyny – nie wzbudził we mnie Elliot Knight. Jego postać ogólnie wydawała mi się jakaś taka płaska i bez wyrazu. Już zdecydowanie bardziej wolałam Carlosa PenaVegę (Diego, mąż Liz), bo jeśli już elementy komediowe mi się podobały, to głównie dzięki niemu.

Life Sentence, sezon 1, serial, The CW, recenzja, Lucy Hale, Stella Abbott

Technicznie serial wypada całkiem nieźle. Soundtrack jest niezwykle przyjemny i zawsze dostosowany do sytuacji, a i zdjęcia są całkiem ładne. Problemem często okazywał się montaż, który miejscami sprawiał, że dana scena wypadała karykaturalnie. No i tu chyba dochodzimy do ogólnego wniosku: „Life Sentence” jest zrobione po prostu... poprawnie. Serial nie wybił się niczym, nie zaskoczył mnie ani razu, a choć wywołał sporo emocji, nie były one na tyle gwałtowne, by sprawić, że wyczekiwałabym kolejnego odcinka z niecierpliwością. I to, niestety, był gwóźdź do trumny. Całość jest zbyt pospolita jak na mnogość produkcji, które obecnie pojawiają się na rynku serialowym. Znana buzia w obsadzie nie wystarczy, by zapewnić sobie oglądalność. Pomysł był, potencjał też, tylko wykonanie jakieś takie bez fajerwerków. Żałuję, że serial został anulowany, bo z chęcią dowiedziałabym się, jak potoczyłyby się losy Stelli w drugim sezonie, ale jednocześnie decyzja stacji ani trochę mnie nie dziwi – te 13 odcinków wypadło zbyt blado, by zapewnić produkcji sensowną przyszłość.

Gra aktorska
7
Zdjęcia
7
Muzyka
8
Scenariusz
5
„Life Sentence” to typowe guilty pleasure – nieco naiwne i głupiutkie, ale wciąż sympatyczne i wywołujące uśmiech na twarzy. Z przyjemnością obejrzałabym drugą serię, jednak kasacja jest całkowicie zrozumiała; serial po prostu ginie w natłoku innych tytułów.
Ocena czytelników
6.5

Plusy

  • nacisk na pokazanie relacji rodzinnych
  • nie najgorsze kreacje aktorskie
  • fajna, dopasowana muzyka

Minusy

  • fatalny montaż
  • wtórność i schematyczność
  • fabuła nie zaskakuje i jest dość oklepana
  • twórcom nie udało się osiągnąć balansu między komedią a dramatem

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Life Sentence

Stella pogodziła się z tym, że rak powoli zaczyna ją zabijać. Kiedy jednak okazuję się, że został on całkowicie wyleczony, musi stawić czoła wszystkim wcześniejszym …


Aktualności