Recenzja do: Money Heist (2017 )
Recenzje

Netflix ostatnio coraz chętniej sięga po seriale nieamerykańskie. Tym razem trafił w dziesiątkę, bo kupił hiszpańskojęzyczną perełkę, która czerpiąc co najlepsze z hollywoodzkich schematów, ale zachowując swój koloryt, dostarcza nam doskonałego połączenia akcji i romansu. I wszystko byłoby doskonale, gdyby nie to, że producent spartolił sprawę, dzieląc opowieść na dwie części.

Doskonałe tempo,

Grupa przestępców, którzy nie mają nic do stracenia, opanowuje mennicę państwową w Hiszpanii. Dostają się do środka w wyniku brawurowej akcji, jako żywo wyciętej i złożonej z najlepszych momentów filmów Guya Ritchiego z lekką domieszką Tarantino (a może Rodrigueza). Policja pojawia się momentalnie, ale kierujący akcją przestępczą z zewnątrz tajemniczy Profesor (perfekcyjnie zagrana od początku do końca rola Álvaro Morte) wydaje się mieć odpowiedź na każdy potencjalny ruch policjantów. Nie mogą wejść do środka, bo przestępcy mają wśród zakładników Kogoś Bardzo Ważnego, mają problemy ze zorientowaniem się, o co przestępcom chodzi, bo Profesor ciągle stawia zasłony dymne. A czas jest najważniejszy, o czym twórcy przypominają nam, ciągle uświadamiając, ile godzin od początku skoku minęło – kolejny świetny zabieg.

La casa de papel, Dom z papieru, Money Heist, Netflix, recenzja, 2 sezon

I fascynujące postacie,

Akcja toczy się w wyśmienitym tempie, ale fabuła jednocześnie nie zaniedbuje rozwoju bohaterów, dzięki powtarzającym się reminiscencjom z przeszłości, z domu, w którym profesor przez pół roku przygotowywał swoją 8-osobową załogę do skoku idealnego. Dostajemy tło i wytłumaczenie każdego ruchu. A te pojawiają się jak w dobrze rozegranej partii tenisa. A może szachów? Gdy policja robi ruch, Profesor odpowiada; gdy stróże prawa są blisko, by dowiedzieć się o jakimś szczególe z jego życia, ten zaciera ślady; gdy wydaje się, że wszystko już się sypie, okazuje się to jednak kolejnym elementem planu profesora.

La casa de papel, Dom z papieru, Money Heist, Netflix, recenzja, 2 sezon

A potem wszystko psuje cliffhanger

W jednym z takich momentów, gdy wydaje się, że wszystko już się skończyło, że policja odkryła najważniejszy sekret przestępców, że zaraz ich złapią, producenci kończą pierwszą część. I każą nam na tym cliffhangerze wisieć przez niemal pół roku. Ja rozumiem ten zabieg marketingowo – zamiast tworzyć dwa seriale, podzieliliśmy jeden na dwie części i wyciągnęliśmy z tego podwójne value. Ludzie przyjdą oglądać dwa razy.

Nie lubię takich zabiegów w ogóle – uważam, że cliffhangery w natłoku bodźców, które dostajemy w tej rzeczywistości medialnej, nie przyczyniają się do utrzymywania napięcia, a stają się bardziej irytującym elementem konstrukcyjnym seriali. W przypadku „La casa de papel” ten zabieg wyjątkowo szkodzi. Rozstajemy się z bohaterami w momencie, w którym wszystko wydaje się kończyć, gdy wszystko się, zdaje się, wydało, gdy genialny plan Profesora w końcu zawiódł. Po powrocie, po półrocznym oczekiwaniu, twórcy wyplątują się z tej sytuacji przez trzy odcinki, żeby postawić znowu akcję na właściwe tory. Robią odwrotność hitchcockowego trzęsienia ziemi, które powinno się wydarzyć na początku, a po nim napięcie tylko rosnąć. Tę zasadę zastosowali na początku serii, ale trzęsieniem ziemi zakończyli w połowie, a teraz, po powrocie, przez trzy odcinki oglądamy skutki tego trzęsienia. Ruiny i zniszczenia, które trzeba naprawić.

Naprawdę trudno wchodzi się z powrotem w tak spowolnioną akcję. Tak jak ciągiem i z wielką przyjemnością w dwa wieczory obejrzałem pierwszą serię (a prawie nigdy niczego nie binge-watchuję), tak tę recenzję zamiast we wtorek rano, piszę w piątek, bo nie umiałem bez oporu wejść w tempo tak uciętej opowieści i żeby serial mnie nie znużył, musiałem sobie robić przerwy. Gdyby nie było podziału na dwie części, spowolnienie w środku serii byłoby naturalne, i tak zapewne odczują je widzowie zaczynający oglądać hiszpański serial teraz. Oglądającym na raty, tak jak autorowi tej recenzji, odbiera wiele przyjemności.

La casa de papel, Dom z papieru, Money Heist, Netflix, recenzja, 2 sezon

Happy end?

Gdy akcja już wraca na właściwe tory, wszystko odbywa się w spodziewanie satysfakcjonujący sposób. Poplątane relacje bohaterów wreszcie dojrzewają do znaczących rozstrzygnięć i, jak to w opowieściach rodem z Hiszpanii, znajduje się miejsce zarówno na zdradę, jak i na gorący romans (ba, żeby to jeden). Wszystko nabiera delikatnego posmaku telenoweli, ale na szczęście w stopniu tak niewielkim, że wywołuje tylko lekki uśmiech, zamiast irytacji, bo akcja pędzi coraz bardziej do przodu, policja ma coraz więcej atutów, a profesorowi (który złamał jedną ze swoich głównych zasad) kończą się zasłony dymne. Przestępcy, ale nie tylko oni, będą musieli podjąć wiele wyborów tragicznych, a to przecież zawsze najciekawsze. Pora uciekać z domu z papieru. Tylko czy ta ucieczka się uda? Warto się samemu przekonać.

Gra aktorska
9
Zdjęcia
7
Muzyka
7
Scenariusz
8
Hiszpanie wiedzą, jak tworzyć wielkie opowieści. Doskonale poprowadzona historia o napadzie na hiszpańską mennicę ze świetnymi zwrotami akcji i postaciami z krwi i kości. Ogląda się sama.
Ocena czytelników
7.5

Plusy

  • gra aktorska
  • scenariusz – inspirowany Hollywoodem, ale jednak bardzo oryginalny
  • tempo akcji – serial ogląda się sam
  • hiszpańskie widoki

Minusy

  • przerwa w środku, która burzy zupełnie tempo

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Money Heist

Tajemniczy mężczyzna, znany jako El Profesor, planuję napaść o jakiej jeszcze nie słyszano. Aby zrealizować ambitny plan rekrutuje gang ośmiu osób o określonych …