Recenzja do: Watership Down (2018 )
Recenzje

Należę do grupy ludzi dotkniętych w dzieciństwie przez animowaną adaptację książki „Wodnikowe Wzgórze” („Watership Down”) Richarda Adamsa. Spodziewałem się po tym filmie wrażeń typowych dla fantasy skierowanego do dzieci: przygody, przyjaźni, przesłania. Dostałem to wszystko, a ponadto coś, na co nie byłem gotowy. Historia królików z Wodnikowego Wzgórza pełna jest również nieodwracalnych konsekwencji, egzystencjalnego strachu, a nawet przestrogi przed faszyzmem. Można powiedzieć, że ten film zrujnował moją dziecięcą niewinność, ale również przygotował mnie na nieuchronne zderzenie z rzeczywistością. Doświadczenie tego obrazu zostało ze mną na zawsze, ale nigdy nie miałem odwagi do niego powrócić, nie chcąc konfrontować wspomnień mojego młodego umysłu z dużo bardziej zmęczoną i cyniczną wersją obecną. Jednak tuż po świętach, dzięki koprodukcji Netflixa i BBC, mogłem zapoznać się z nową, miniserialową wersją tej opowieści.

Powrót do Wodnikowego Wzgórza

Na premierę tego projektu czekałem z mieszanką nadziei i obaw. Ciekawiła mnie nowa, współczesna interpretacja w dłuższym formacie, ale odstraszała mnie widoczna na zwiastunach tania animacja komputerowa. Niestety, to ona jest największą wadą nowej adaptacji powieści Adamsa. Niski telewizyjny budżet rozciągnięty na około 200-minutową fabułę trochę związał ręce twórcom. Pod względem technicznym cała produkcja wygląda jak kinowy film animowany z początku XXI wieku. Tekstury są mało szczegółowe, animacje trochę wybrakowane, a wszystkie króliki wydają się prawie jednakowe. Jednak reżyser, Noam Murro, radzi sobie z ograniczeniami za pomocą przejrzystego i spójnego języka filmowego. Kompozycja kadrów i ruchy kamery pomagają w skutecznym przekazaniu historii; Murro wie, kiedy zadziała skromne zbliżenie, a kiedy widowiskowe ujęcie z lotu ptaka (czasami nawet dosłownie). Pomaga również świetna gra głosowa niesamowitej obsady. James McAvoy świetnie spisuje się jako Hazel, niepozorny przywódca królików z silnym kodeksem moralnym. Kroku dotrzymuje mu Nicholas Hoult jako obdarzony niepokojącymi wizjami przyszłości młodszy brat Hazela, Fiver. Na drugim planie solidną robotę wykonują także Olivia Colman, Daniel Kaluuya czy Rosamund Pike jako mityczny Czarny Królilk z Inle. Jednak zdecydowanie najbardziej wyróżnia się John Boyega w roli narwanego osiłka Bigwiga. Jego łuk postaci jest jednym z najbardziej absorbujących w całej historii, a impet w głosie gwiazdy nowej serii „Gwiezdnych wojen” („Star Wars”) doskonale ilustruje jego temperament.

Króliczy Los

Jeśli chodzi o samą historię, to mimo uwspółcześnienia techniki animacji, gdzie nieco surrealistyczna i wyolbrzymiona kreska została zastąpiona bardziej neutralną i realistyczną komputerową, narracja pozostała przeważnie niezmieniona. Znowu śledzimy losy grupy królików, które w obawie przed ekspansją człowieka poszukują nowego domu, po drodze uciekając przed dzikimi zwierzętami i wpadając w konflikt ze stadem królików dowodzonych przez despotycznego generała Woundworta. To, co wyróżnia ten, w sumie, standardowo brzmiący zarys, to fakt, że zagrożenie w historii Adamsa jest dużo bardziej odczuwalne niż w standardowych opowieściach dla dzieci. Gdy sytuacja się pogarsza, to na całego, a bohaterów nie ratuje nic oprócz ich własnego sprytu i determinacji. Mimo wielu dramatycznych sytuacji i niepewności co do losu bohaterów da się odczuć zaskakująco dużą dawkę optymizmu, co według mnie czyni tę historię bardzo wartościową dla rozwijających się umysłów. Nowa szata graficzna jest również zdecydowanie mniej drastyczna, więc prawdopodobieństwo traumatyzacji również zostało zniwelowane. 

W przejmowaniu się losami naszych zwierzęcych bohaterów zdecydowanie pomaga również ciekawie zarysowana ich kultura. Opowieści o króliczym księciu El-ahrairah, które uczą młode króliki, jak przetrwać w świecie pełnym drapieżników, czy podziały na funkcje społeczne. Utrzymująca porządek Owsla czy desygnowany „anegdociarz”. Niestety właśnie na tym polu fabuła lekko traci. Całą osią konfliktu z Woundwortem jest próba odbicia trzymanych przez niego w niewoli samic. To najmroczniejszy aspekt całego dzieła, ponieważ są one de facto seksniewolnicami żołnierzy despoty. Oczywiście nasza królicza banda ma dobre intencje w próbie ich ratunku, ale celem całej akcji jest po prostu przedłużenie gatunku i pozyskanie samic, które będą dbały o norę. Są one szanowane przez protagonistów, ale całkowicie pozbawione samodzielności. Może ma to sens w królestwie zwierząt, ale gdy zbliżamy je charakterem do ludzi, wydaje się to lekko szowinistyczne. 

„Watership Down” całościowo jest ciekawostką na dwa wieczory, która może niekoniecznie nadaje się dla dzieci, ale przedstawia solidną, emocjonująca i czasami wzruszającą historię, która obarczona jest jedynie kilkoma archaicznymi rozwiązaniami i słabą prezentacją wizualną. Kto nie zna tej historii, na pewno na seansie zyska, a kto jest weteranem Wodnikowego Wzgórza, na pewno chętnie sprawdzi nową interpretację. 

 

Gra aktorska
9
Zdjęcia
7
Muzyka
7
Scenariusz
8
Noam Murro wyciska wszystko z małego budżetu w czteroczęściowej adaptacji klasycznej powieści Richarda Adamsa. Dzięki świetnemu dubbingowi i solidnej historii „Watership Down” to dobrze spędzony czas na Netflixie.
Ocena czytelników
7

Plusy

  • gra głosem
  • reżyseria
  • atmosfera

Minusy

  • przedpotopowa animacja
  • w większości bezradne kobiece postaci

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Watership Down

Akcja dzieje się na cichej wsi gdzieś w południowej Anglii. Bohaterami tej opowieści o przygodach, odwadze i przetrwaniu są króliki, których spokój zakłócił człowiek, …