Recenzja do: Taco Chronicles (2019 )
Recenzje

Taco – meksykańska potrawa o globalnym zasięgu, o czym chociażby przypomina mi, nomen omen żarłokowi, wizyta w jednej z restauracji KFC w trakcie porannego powrotu z pracy. Nic dziwnego więc, że ten rodzaj gastronomicznej legendy wkradł się w głowy jednej z ekip Netflixa i stał w końcu tematem produkcji, którą na ukochanej platformie zajadać możemy się od 12 lipca tego roku. Czy wyszło smacznie?

Meksykańska duma

Pierwszą, nadrzędną i niepomijalną kwestią jest, abyśmy wyjaśnili sobie, czym tak naprawdę jest to słynne, szeroko uwielbiane taco. Przez proces wchłonięcia i amerykanizacji, o czym, spoglądając szerzej, można by napisać pracę, znamy dzisiaj taco jako chrupiącą skorupkę z tortilli – wypełnioną z reguły mięsem wieprzowym czy też wołowym, sosami i dodatkami. O ile część druga jak najbardziej się zgadza, a do szerszej analizy nadzienia przejdziemy później, o tyle taco to rzeczywiście niewielka w średnicy tortilla, nawet pszenna, jednak w żadnym wypadku nie na wzór chrupiącej skorupy! Uznanie tego za słuszność i rozpowszechnianie tej teorii mogłoby zakończyć się bolesną śmiercią z rąk obywateli Meksyku w rytm przygrywających mariachi – tak poważną sprawą w tym kraju jest taco. I tu przechodzimy do pierwszego ważnego elementu całej serii, czyli jak wiele znaczy taco i jego historia dla samych Meksykanów.

Historia

Opowieść o sztandarowym daniu Meksyku opowiedziana jest przez jego obywateli; na poziomie produkcji spotykamy takie nazwiska jak: Pablo Cruz (twórca), Diego Suarez Chivalo (producent), Parisa Dunn (producent). Nazwiska te niczym specjalnie się nie zasłużyły w światowej kinematografii, jedynie Chivalo widnieje jako producent horroru pod tytułem „Veronica”, który możecie obejrzeć aktualnie na tej samej platformie. Prawdziwy smaczek zaczyna się dopiero na kolejnej warstwie, ponieważ do wystąpienia w produkcji zaprzęgnięto prawdopodobnie najlepsze i najważniejsze postaci: kucharzy, właścicieli restauracji, specjalistów i historyków od taco na terenie państwa poxem i mezcalem płynącego. To dzięki nim dowiadujemy się, że potrawa jest właściwie fuzją pomiędzy przywiezioną przez konkwistadorów wieprzowiną, a tradycyjnym dla ludów ówcześnie te tereny zamieszkujących kukurydzianym plackiem, którego wyrób w niektórych rejonach do dziś pozostaje wręcz niezmienny od dziesiątek, jeśli nie setek lat.

Formuła

Każdy odcinek jest około 30-minutową opowieścią o innym rodzaju taco. Najpierw poznajemy taco al'pastor – bliskowschodnią mieszankę, przypominającą tak bardzo rozpowszechniony w Polsce kebab, spełniający zresztą tę samą funkcję: nocnego posiłku zjadanego na chodniku w przerwie pomiędzy jedną imprezą a drugą. Na drugi ogień idą carnitas, również wszechobecny streetfood, charakterystyczny dla stanu Tlaxcala. Są wypełnione specjalnie wygotowywaną we własnym tłuszczu wieprzowiną i posiadają najdłuższą udokumentowaną historię spośród wszystkich rodzajów tej meksykańskiej dumy. W trzecim odcinku poznajemy „taco z koszyka” jako najtańszą alternatywę sprzedawaną przez handlarzy poruszających się po miastach za pomocą rowerów. W tym odcinku poznajemy też najbardziej znaną postać „tacos de canasta” – Lady Tacos de Canasta. Czwarty epizod nosi tytuł „Asada”, czyli grill. Ta odmiana charakteryzuje się pszenną tortillą, wyrabianą oczywiśce ręcznie, oraz grillowanym mięsem bydła hodowanego właściwie tylko w jednym regionie Meksyku – Sonorze. Jako kolejne poznajemy Barbacoa, również bardzo tradycyjny rodzaj, do którego mięso, owinięte w liście agawy, wędzone jest w dołach podgrzewanych żarzącym się drewnem. Ostatni, „Guisado”, to opowieść o taco z gulaszem.

Jak widać, taco przygotowywane są na niezliczoną ilość sposobów, a kultura jedzenia tej potrawy wrosła w kulturę Meksyku niczym korzenie roślin poszukujących wody na jednej z obecnych na tych terenach pustyń.

Smacznie

„Taco Chronicles” jest drugim dokumentem od Netflixa, który przyszło mi recenzować. I tak jak w „Dirty Money”, zdjęcia do produkcji zrobione są po prostu świetnie. W tym wypadku ten atut potęguje fakt, że mamy do czynienia z pysznym, apetycznie wyglądającym jedzeniem. Oprawa graficzna również nie odstaje od wizualnych smaczków serwowanych nam przez operatorów kamery. Warstwa dźwiękowa nie ziębi ani nie grzeje, choć fragmenty z ulicznymi muzykami na pewno przechylają szalę na plus.

Serio?!

Największą przywarą i nieprzyjemnym składnikiem jest narracja z perspektywy taco. Nie do końca umiałem się odnaleźć w mówiącym do mnie po hiszpańsku kawałku – choć owianego niewątpliwym kultem – placka z farszem. Mówiącym zresztą raz męskim, raz damskim, w obu przypadkach niekompatybilnie zafascynowanym głosem. W ostatnim odcinku twórcy pozwolili sobie nawet na małą taco konwersację, co przywołało raczej wspomnienia nie do końca radośnie odbieranych programów dla dzieci, co ciężko mi połączyć z poważnym dokumentem skierowanym do szerokiej widowni.

Szef kuchni poleca

Jak szerokiej? Z czystym sumieniem mogę polecić tę serię każdej osobie w mniej lub bardziej profesjonalny sposób związanej z kuchnią. Dla inspiracji czy po prostu poznania historii dania, które jest znane dziś praktycznie na całym świecie. Jeśli jednak historia gastronomii cię nie interesuje, nie jesteś z zamiłowania czy zawodu kucharzem, czy w ogóle nie ślinisz się na widok soczystego mięsa, to „Taco Chronicles” możesz ominąć bez większych wyrzutów – to żaden must watch.

PS. Nie polecam oglądać z pustym żołądkiem, chyba że pełną lodówkę macie niedaleko.

Gra aktorska
5
Zdjęcia
10
Muzyka
7
Scenariusz
7
Pysznie zrealizowany, od zdjęć potrafi naprawdę polecieć ślinka. Narracja z perspektywy taco to nieciekawe i nienaturalne, przynajmniej dla mnie, doświadczenie. Nie jest to pozycja obowiązkowa, jednak bez cienia wątpliwości zainteresuje osoby związane ze sztuką gotowania.
Ocena czytelników
7

Plusy

  • zdjęcia
  • autentyczność
  • pasja
  • dobrze opowiedziana historia

Minusy

  • NARRACJA Z PERSPEKTYWY TACO

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.