Recenzja do: The Letter for the King (2020 )
Recenzje

Był sobie kiedyś chłopiec, bo jeszcze nie mężczyzna, który, tak wyszło, w środku nocy dostał ważną misję do wykonania. W ręce wciśnięto mu tajemniczy pakunek z listem, podarowano czarnego, szybkiego konia i kazano jechać.  I pojechał... Tylko czy naprawdę warto było się fatygować?

Ekranizacyjny problem, odcinek 1532

Nowy serial Netflixa oparty jest o książkę pod tym samym tytułem autorstwa Tonke Dragt. Pisarka wykreowała w niej świat pełen magii, zagadek i charyzmatycznych bohaterów. A przynajmniej tak wyczytałam, bo o istnieniu tej powieści dowiedziałam się w momencie pojawienia się serialu. Konfrontując książkowe zapowiedzi z tym, co zobaczyłam na ekranie, mam poczucie, że przy tworzeniu scenariusza coś mocno poszło nie tak. Teoretycznie historia nadal opiera się na tym samym, ale przygoda, która podobno jest tak dopracowana w książce, w serialu jest tylko nędznym plątaniem się po lesie z naburmuszoną miną. 

th letter for the king

Strzał w kolano na castingu

Przez całą opowieść prowadzi nas Tiuri (Amir Wilson), który jest uchodźcą z krainy Eviellan. Mamy więc naszego złotego chłopca, który pomimo bycia mocno przeciętnym kandydatem na zostanie rycerzem, z drobną pomocą przybranego ojca, przechodzi do kolejnego etapu rycerskich testów. Po jako takim zaliczeniu egzaminu ze sprawności fizycznej, Tiuri wraz z czwórką innych udaje się na czuwanie. Tam, pomimo wyraźnego zakazu opuszczania pomieszczenia, chłopak, przekonany błagalnymi krzykami obcego, rusza mu na pomoc. I w tym momencie tak właściwie rozpoczyna się… przygoda? Właśnie problem jest taki, że jest to raczej beznadziejne błądzenie z miejsca na miejsce niż jakakolwiek akcja. 

Tiuri sam w sobie jest niesamowicie apatyczną wręcz postacią, która nie wzbudza żadnej szczególnej sympatii. Główna rola okazała się zbyt dużym wyzwaniem aktorskim dla niedoświadczonego jeszcze 16-letniego Amira. Nie inaczej jest niestety w przypadku jego kompanów. Foldo, Jussipo, Arman i Iona są tak samo przezroczyści co główna postać. Jedyne, co o nich wiemy, to że chcą zostać rycerzami i wkurza ich śpiew Jussipo. Koniec. Po obejrzeniu całego sezonu nasza wiedza ani trochę się nie rozszerza. Może z jednym miłosnym wyjątkiem, ale to by było na tyle. Widz nie ma jak utożsamić się z którąkolwiek z postaci, bo nic o nich nie wie. 

Na tym miernym tle społecznym na pierwszy plan wysuwa się – nieśmiało, ale jednak – Ruby Serkis, której w produkcji partneruje jej ojciec Andy. Odnoszę wrażenie, że tworząc jej postać, twórcy stracili poczucie czasu i niechcąco poświęcili jej za dużo uwagi. Wyszło im to na dobre, bo w końcu pojawił się ktoś, o kim wiemy trochę więcej niż nic. 

the letter for the king netflix

 

Kiedy świat przedstawiony się wali, na ratunek przychodzą operatorzy

Zostawiając już Bogu ducha winnych aktorów, którzy tak właściwie nie mieli kogo grać, przejdźmy do kwestii technicznej produkcji. Tym, co bez wątpienia zasługuje na pochwałę, są tutaj zdjęcia. Operatorzy naprawdę przyłożyli się do tego, aby lokacje prezentowały się widowiskowo. Szerokie ujęcia pełne zieleni i natury wyglądają dość efektownie. Podobnie jest w przypadku kostiumów, które choć trochę unowocześnione, starają się oddawać realie epoki z całkiem zadowalającym skutkiem. 

Tym, co jednak kłuje mnie w aspekcie technicznym, jest lekkie niedopracowanie. Z jednej strony staramy się zrobić piękne ujęcie, a z drugiej pozwalamy, aby w tle czekała na nas papierowa ściana z namalowanymi drzewami. Nie tego oczekuję serialu, który chce być nazywanym poważną produkcją. W temacie muzyki, a więc czegoś, co osobiście jest dla bardzo ważnym elementem każdego dzieła filmowego; nie powiem, że jestem wniebowzięta, ale usatysfakcjonowana – owszem. 

the letter for the king

Czary-mary, hokus pokus... a nie, jednak nie

Produkcja Williama Daviesa ma w sobie wiele błędów. Przede wszystkim poziom zaniża mocno nieprzemyślany scenariusz, który niby popycha historię do przodu, ale robi to w tak flegmatyczny sposób, że chyba wolałabym, żeby się cofała. Może wtedy byłoby ciekawiej? 

Druga sprawa: Netflix reklamuje swój wytwór pod szyldem fantasy. Super, bardzo lubię odrealnione światy! Szkoda tylko, że w serialu, który w teorii umieszczony jest w krainie pełnej magii, nie ma jej nawet iskierki. Ktoś teraz zarzuci mi, że przecież są sceny, w których jakaś postać używa czarów. Owszem, są. Po pierwsze możemy policzyć je na palcach jednej ręki, a przypominam, seria trwa sześć szkolnych godzin. A po drugie są one tak fatalnie zrealizowane, że wolę udać, że nic takiego nie miało miejsca. Nie powiecie mi, że finalna „walka” jest widowiskowa. Nie powiecie, bo całkiem możliwe, że ją prześpicie.  

th letter for the king, netflix

Nie tym razem, panie Netflix

Netflix zdaje się chciał zaoferować nam produkcję na miarę „Game of Thrones” dla młodszych. Wyszło mu jednak coś w rodzaju słabej wersji „Stranger Things” dla właściwie nikogo. Ani to dla dzieci, bo momentami może być zbyt agresywnie, ani dla starszych, bo uschną z nudów. Nawet pomimo mojego braku znajomości książkowego pierwowzoru, przykro mi, że został on potraktowany tak bardzo po macoszemu. 

Gra aktorska
3
Zdjęcia
7
Muzyka
6
Scenariusz
2
Skłamię jeśli powiem, że spodziewałam się wybitnego serialu. Przy lepszym scenariuszu mogłaby być to jednak ciekawa seria dla młodszych nastolatków, którzy nie mają jeszcze wysokich wymagań, co do oglądanych przez nich produkcji.
Ocena czytelników
4

Plusy

  • zdjęcia
  • muzyka
  • być może ktoś zainteresuje się książką

Minusy

  • bardzo mizerny scenariusz
  • płasko napisana historia i postacie
  • flegmatyczny główny bohater
  • przeźroczyści przyjaciele Tiuriego
  • efekty specjalne
  • brak akcji
  • nuda

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Aktualności