Recenzja do: Harley Quinn (2019 )
Recenzje

Serial o przygodach Harley Quinn bardzo pozytywnie zaskoczył mnie samym pilotem. Czy tak samo było z kolejnymi odcinkami? Czy DC dalej góruje nad Marvelem w temacie animacji?

Jedno słowo: Szaleństwo 

Kiedy przygotowywałem się do napisania recenzji odcinka pilotażowego „Harley Quinn”, nawet przez moment nie myślałem, że ten serial będzie „normalny”. Eks-psychiatra z Arkham Asylum, którą niejednokrotnie mogliśmy widzieć chociażby w grach o Mrocznym Rycerzu czy w fatalnie odebranym „Legionie Samobójców", dała się doskonale zapamiętać jako ta, przy której nie sposób się nudzić. Tak samo jest w przypadku tego serialu. W zasadzie wystarczy spędzić przed ekranem dwie minuty, by stwierdzić czy w nowej produkcji DC Universe znajdziecie coś dla siebie. Nie inaczej było w moim wypadku, gdy nie wiedziałem czy sceny zawierające otwarte złamania i odrąbane kończyny bardziej mnie niepokoją czy bawią. Przyznaję, spodziewałem się czegoś nieco bardziej wyważonego, ale absolutnie nie jest to wada! Serial doskonale wykorzystuje to, że nie jest nadawany w publicznej telewizji, więc twórcy nie muszą się bawić w niedopowiedzenia i półśrodki. No dobra, z jednym wyjątkiem - jedynymi zabronionymi przekleństwami są te bezpośrednio obrażające kobiety.

Dubbing i postaci

Harley Quinn 2019

Czyli coś, co teoretycznie mogło pójść lepiej, ale ostatecznie jestem zadowolony z efektu końcowego. Penny z „The Big Bang Theory” (czyli Kaley Cucuo) wydaje się być bardzo ciekawą alternatywą dla Margot Robbie i chociaż niezbyt wyobrażam sobie, by aktorka podołała roli Harley na wielkim ekranie (a przynajmniej na takim poziomie jak Robbie w „Birds of Prey"), tak jej modulacja głosu robi w serialu naprawdę dobrą robotę. Wciąż smuci mnie fakt, że do projektu nie zaangażowano Conroya czy Hamilla, ale przecież nie można mieć wszystkiego, a Alan Tudyk całkiem dobrze odnalazł się w roli jednego z największych adwersarzy naszej (wątpliwej) bohaterki (jednocześnie podkładając też głos postaci Clayface'a).

Uśmiech na usta przywołuje kreacja postaci. Są one nad wyraz sympatyczne, przy całym swym oderwaniu od rzeczywistości, a pozornie nawet najbardziej zbędny członek ekipy okazuje się z czasem kimś, którego nie może zabraknąć. Jest to głównie podyktowane różnorodnością charakterów i tym, że twórcy bardzo świadomie powtykali bohaterom w usta różne stwierdzenia. Dostrzegamy ich zalety, wady, a nawet grzeszki, gdy nie żyją zgodnie ze swoimi pierwotnymi założeniami, jak choćby Ivy, która pod wpływem magicznego lassa Wonder Woman opowiada o tym, jak nie znosi papierowych słomek (absolutnie to rozumiem). 

Relacje

Psycho Shark king Harley Ivy poison

Po obejrzeniu finałowego odcinka muszę przyznać, że cieszą mnie też drobne nieoczywistości, na jakie pozwolili sobie twórcy. Jedną z takich decyzji jest choćby wykorzystanie postaci Królowej Bajek, która przez sporą część sezonu czekała (jak klasyczna strzelba Czechowa), by zabłysnąć w końcowych odcinkach. Podobnie jest z niezbyt popularnym Kite Manem, któremu pomimo bycia wyśmiewanym przez większość bohaterów (i widzów), udaje się nawiązać miłosną relację z Poison Ivy, co jest dodatkową niespodzianką dla fanów komiksów, którzy czekają na jej związek z Harley.

Budowanie relacji z członkami drużyny nie jest takie natychmiastowe i przez to bardziej ludzkie – widzimy chociażby wzajemną niechęć Psycho i Ivy. I pomimo to, że z czasem polubiłem wszystkich członków zespołu, tak twórcy pamiętali o tym, że serial nazywa się „Harley Quinn”, a nie „Harley Quinn i ktoś jeszcze”, a sam fakt ostatecznego zmierzenia się samodzielnej Harley z jej nemesis był tym, czego ten serial (i ta postać) najbardziej potrzebował.

Druga strona medalu

Nie mogę niestety chwalić całego serialu. Przez wszystkie 13 odcinków nieustannie przeszkadzało mi kilka rzeczy, do których nie byłem w stanie się przekonać. Problematyczne dla mnie jest wciąż ukazanie Gordona jako... w zasadzie kogo? Alkoholika? Człowieka pogrążonego w głębokim wewnętrznym smutkiem, który stara się zakryć używkami? Czy po prostu jako karykaturę? Z pewnością ciężko mi go odbierać jako poważną wariację na temat tej postaci, szczególnie mając wciąż przed oczami wcześniejsze wcielenia komisarza, jakie znamy z filmów czy z serialu „Gotham". 

Ubolewam także nad tym, że w pewnych momentach twórcom animacji jak gdyby ewidentnie nie starczyło czasu, by lepiej przygotować projekt pobocznej postaci. Wspominałem już o tym w recenzji odcinka pilotażowego. Po prostu część postaci, które pojawiają się dosłownie na kilka sekund, a należą do komiksowego kanonu, nie zostały przedstawione na tyle wyraźnie, by widz pamiętał o nich w kolejnych odcinkach.

Joker Harley Quinn

Mimo tych wad, serial wypada moim zdaniem najlepiej na tle ostatnich produkcji superbohaterskich skupionych na postaciach kobiecych. Serialowa Harley ma szansę na lepszą emancypację (i bardziej złożoną) niż ta z niedawno wydanego filmu o tej samej postaci. Co nieco kuriozalne, pomaga w tym postać Jokera, od którego Harley stara się uwolnić, ale nie jest to łatwe i tak proste jak wymazanie tej postaci z „Ptaków nocy”.

„Harley Quinn” to rozrywka nieco specyficzna, ale zdecydowanie dająca się lubić. Dlatego pomimo faktu, że moment kulminacyjny odcinka finałowego był bardzo przewidywalny (w kontraście do reszty serialu), już teraz wyczekuję drugiego sezonu.
 

Gra aktorska
9
Zdjęcia
6
Muzyka
7
Scenariusz
9
Do oglądania przygód Harley bardzo łatwo jest przywyknąć. Miejmy nadzieję, że drugi sezon serialu zaskoczy nas jeszcze bardziej!
Ocena czytelników
6

Plusy

  • budowanie zespołu,
  • lekka konwencja,
  • przyzwoita i nieodpychająca ilość krwi i przemocy,
  • wyraziste postaci

Minusy

  • momentami kiepska kreska,
  • "Jim Gordon"

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.