Recenzja do: The Handmaid's Tale (2017 )
Recenzje

Jeśli jeszcze ktoś ma wątpliwości, czy twórcy serialu „The Handmaid’s Tale” poradzą sobie z realizacją bez materiału źródłowego i nie przekonały go do tego wcześniejsze, bardzo mocne odcinki, to po kolejnych trzech można być stuprocentowo pewnym, że książka pani Margaret Atwood może być jedynie bazą, a pomysłów na rozwinięcie świata przedstawionego można mieć mnóstwo.

Wola przetrwania

Akcja trzeciego odcinka toczy się mniej więcej dwa miesiące po wcześniejszych wydarzeniach. June wciąż ukrywa się przed ludźmi komendanta Freda Waterforda i cierpliwie czeka na możliwość dalszej ucieczki, by w końcu przedostać się do Kanady i zacząć żyć normalnie. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to całkowicie odmienny wygląd głównej bohaterki – do tej pory byliśmy przyzwyczajeni do czerwonego stroju Podręcznej. W tym odcinku widzimy tutaj June podobną do tej, jaką znamy z retrospekcji. W międzyczasie próbuje też odkryć, jak właściwie doszło do tego, że Stany Zjednoczone stały się teokratyczną Republiką Gileadu. Widzimy także dość sporą zmianę w samej postaci June – jeszcze we wcześniejszych odcinkach była niecierpliwa i zależało jej na jak najszybszej ucieczce, tak teraz sama mówi, że człowiek jest w stanie przystosować się do każdych warunków i może znieść bardzo dużo.

Po raz pierwszy w tym sezonie widzimy także Moirę, która jednak, w przeciwieństwie do June, pokazuje nam, że wcale nie jest tak łatwo powrócić do tych wszystkich rzeczy, do których człowiek był przyzwyczajony, a nam mogą się wydawać całkiem „normalne”. Przyjaciółka głównej bohaterki wiedzie teraz pozornie normalne życie w Małej Ameryce, dzielnicy uchodźców w Kanadzie. Sama zaczyna pomagać nowym uciekinierom, ale jednocześnie targają nią pewne rozterki dotyczące poprzedniego życia. W tym odcinku Moira jest przeciwieństwem tego, o czym mówi June – czasami trudno jest jednak dostosować się do nowych sytuacji, choć paradoksalnie warunki mogą być przecież lepsze od tych, które znało się wcześniej.

Oczywiście w odcinku trzecim chyba najbardziej godne uwagi są wspomnienia June. Poznajemy w nich bowiem tym razem matkę głównej bohaterki. I choć nie chcę zdradzać za wiele, to mogę powiedzieć, że raczej część faktów nie będzie zaskoczeniem dla tych, którzy czytali książkę pani Margaret Atwood. Relacje June z matką są jednak kluczowe (myślę, że twórcy jeszcze do nich powrócą) i przede wszystkim bardzo ciekawe, nie należały one też do najłatwiejszych. Matka June przed rewolucją była otwartą i wojującą feministką, która była inspiracją dla swojej córki. Jednocześnie dorosła June zauważyła, że nie może się z nią zgodzić w podejściu do mężczyzn, które uznawała za krzywdzące i zbyt radykalne. Mam nadzieję, że w kolejnych odcinkach dowiemy się jeszcze czegoś o tych skomplikowanych relacjach.

Trudne powroty

Czwarty odcinek był dla mnie wyjątkowo trudny, ponieważ jeśli ktoś kibicuje (tak jak ja) głównej bohaterce, to może się bardzo mocno zawieść, choć uważam, że fabularnie jest dobrze rozwiązany – pokazuje, że ucieczka wbrew pozorom nie jest czymś łatwym i można być też skazanym na porażkę. Myślę, że gdybyśmy zobaczyli od razu June w Kanadzie, być może walczącą z Gileadem wraz z innymi uchodźcami, to ten sezon nie byłby aż tak ciekawy. Dlatego też wracamy znowu do postaci, które są antagonistami – warto znać ich punkt widzenia.

Można też się zastanowić, czy w zachowaniu June faktycznie nie ma czegoś bardzo wyrachowanego – w końcu niczym nie ryzykowała, uciekając. Dla władców Gileadu ciąża jest stanem, który pozwala niemalże na wszystko. W normalnych okolicznościach główna bohaterka zostałaby skazana na śmierć. Ale June jest dosłownie „w stanie błogosławionym”, więc może wszystko. Jej pewność siebie i dumę widać zwłaszcza w mimice. I właśnie dzięki temu uwielbiam grę aktorską w „The Handmaid’s Tale” ” – często wcale nie trzeba wielu słów, a aktor bądź aktorka (a zwłaszcza Elisabeth Moss) samą mimiką pokazuje niejednoznaczność swoich uczuć – właśnie wtedy, gdy Freda musi być z uczuciami bardzo powściągliwa. 

Po raz kolejny organizowany jest „baby shower”, w którym dla mnie groteskowe jest to, że właściwymi uczestniczkami są tutaj bezpłodne żony komendantów, które już bardzo mocno wczuwają się w rolę matki. Pomimo wspaniałego przyjęcia, wszystko jest tylko grą pozorów, a napięcie między June a Sereną Joy ciągle rośnie. 

Osobiście ciągle nie wiem, co mam czuć do postaci granej przez Yvonne Strahovski – z jednej strony jest ona okrutna dla swojej Podręcznej, czuć tu zazdrość i niechęć, ale z drugiej strony można współczuć tej biednej kobiecie – nie raz i nie dwa było w końcu pokazane, że mąż się nią nie interesuje, a ich małżeństwo jest fikcją. 

Niepokój o przyszłość

Kolejny odcinek był również mocnym przeżyciem, a w dodatku był bardziej dramatyczny i przygnębiający od dwóch poprzednich. Widzimy, jak nagle w June zachodzi wielka zmiana. Główna bohaterka staje się nagle potulna i posłuszna, tak jakby całkowicie zapomniała o tym, że chciałaby wreszcie trafić do swojego męża oraz chciałaby odzyskać swoją córeczkę. Niepokojące dla June stają się plamienia, które stawiają pod wielkim znakiem zapytania jej ciążę. 

Tymczasem w odcinku widzimy również po raz kolejny Kolonię, do której trafiła także Janine. Byłą Podręczną wspiera Emily, czyli dawna Glena. Widzimy straszne warunki, w których ludzie są skazani na powolną śmierć, ale widzowie mogą także dostrzec, jak niektóre osoby próbują zachować resztki normalności, nawet jeśli mają one przetrwać bardzo krótko. Sceny w Kolonii należą jak na razie do najbardziej wzruszających w tym sezonie.

Widzowie mogą też zobaczyć kolejną szokującą rzecz w Gileadzie. Mamy bowiem pokazaną uroczystość zbiorowego ślubu zasłużonych mężczyzn (w tym Nicka) z dziewczynami, których właściwie nie znają, a twarz widzą po raz pierwszy dopiero w dniu ślubu. Osobiście przeżyłam niemały szok, widząc, kim jest „wybranka” Nicka i zastanawia mnie tym bardziej to, jak ten wątek będzie dalej poprowadzony, bowiem nie sądzę, by żona ogrodnika była tylko postacią epizodyczną. Osobiście był to dla mnie bardzo dramatyczny odcinek – a po całości musiałam chwilę odetchnąć, zanim przystąpiłam do pisania tego tekstu.

Podsumowanie

Odcinek trzeci sezonu drugiego „The Handmaid’s Tale” skupia się właściwie na motywie dostosowania się człowieka do nowych sytuacji. Nie daje jednoznacznej odpowiedzi na to, czy to, o czym mówi June na początku, jest prawdą. Ufając słowom swojej matki, mówi widzom o tym, że „kobieta jest w stanie znieść wiele, dostosować się do każdej sytuacji”. Jednocześnie widzimy Moirę, która jest antytezą tychże słów. Nie jest to proste, ani przyjemne. Kolejny odcinek z jednej strony chce nam pokazać, że główna bohaterka tak łatwo się nie poddaje, ale jednocześnie widzimy, jak system totalitarny potrafi złamać nawet najsilniejszego człowieka. Odcinek piąty zaś przynosi dramat i napięcie, które mam nadzieję, że będzie dalej rosło. Osobiście chciałabym, aby każdy epizod tego świetnego serialu przynosił takie refleksje. Moja ocena to 8/10 i czekam z niecierpliwością na kolejne odcinki „The Handmaid’s Tale”, a także na sezon trzeci, który już został zapowiedziany przez twórców. 

Gra aktorska
9
Zdjęcia
9
Muzyka
8
Scenariusz
8
Kolejne odcinki sezonu drugiego "The Handmaid's Tale" przynoszą jeszcze więcej napięcia i sprawiają, że widz naprawdę się wciąga w dalsze losy June. Skłaniają one również do refleksji i nie przynoszą jednoznacznych odpowiedzi na pytania zadawane przez narratora (a zarazem główną bohaterkę).
Ocena czytelników
9

Plusy

  • wspaniała gra aktorska,
  • rozwinięcie wątków, które zostały pominięte w sezonie pierwszym,
  • wspaniałe kostiumy oraz scenografia

Minusy

  • część zaczętych wątków zostaje na razie urwana,
  • nierówna długość odcinków (jeden z nich trwa godzinę, inny 45 minut).

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.