Recenzja do: Grace and Frankie (2015 )
Recenzje

Na czwarty sezon netflixowego„Grace and Frankie” czekałam niecierpliwie już od pierwszych minut po napisach kończących sezon 3. Radosne oczekiwanie mieszało się jednak z pewną dozą niepewności. Nie mogłam nie zadać sobie pytania, czy pomysłodawcom wystarczy nie tylko tematów, lecz także tego specyficznego rodzaju werwy do pociągnięcia tej historii przez kolejne trzynaście odcinków. Marta Kauffman jednak i tym razem mnie zaskoczyła – bez dwóch zdań pozytywnie. Uwaga, SPOILERY!

Mieć 70 lat to nie grzech 

Przez trzy sezony „Grace and Frankie” ugruntowało swoją pozycję jako serial inny, nowatorski, otwarcie i z humorem podchodzący do tematów spychanych do tej pory na dalszy plan. Serial, który dobitnie uświadomił najpierw widowni amerykańskiej, a później również i europejskiej, że ludzie starsi, panie i panowie po siedemdziesiątce, również mają swoje marzenia i cele do osiągnięcia. Życie na emeryturze nie musi oznaczać końca, może przecież równie dobrze – jak w przypadku tytułowych bohaterek – być początkiem pięknej przygody. Nawet jeśli ta przygoda zaczyna się dość niefortunnie – od wystawnej kolacji, podczas której mężowie oznajmiają swoim zszokowanym żonom, że po 20 latach ukrywania romansu wreszcie mogą, i mają zamiar, się pobrać. 

Pierwsze kilka minut pierwszego odcinka jest tym, co przewraca życie tych dwóch par, ich dzieci i znajomych do góry nogami i napędza serial przez kolejne sezony. Marta Kauffman, odpowiedzialna także między innymi za sukces „Friends”, odważnie ubiera w słowa i obrazy problemy, z którymi bohaterowie muszą zmierzyć się w tej nowej dla nich rzeczywistości. I tak, Grace Hanson (Jane Fonda) i Frankie Bergstein (Lily Tomlin) zamieszkują razem na stałe w domu nad morzem. Dopiero tam uczą się żyć na nowo, powoli odnajdują równowagę, walczą z nieznaną im do tej pory samotnością, rozkręcają własny biznes i przypominają sobie, co to motyle w brzuchu. Ich byli mężowie mogą natomiast wreszcie odetchnąć pełną piersią, wychodzą z ukrycia i cieszą się niczym nieskrępowanym szczęściem jako nowożeńcy. 

Nie omijają ich też jednak typowe dla małżeństw problemy od tego, co obejrzeć dziś wieczorem w telewizji, przez stres związany ze spotkaniem z dziećmi w innej niż do tej pory konfiguracji, po zazdrość o czas poświęcony byłym żonom (wciąż przecież obecnym w ich życiu). Zwracają także uwagę na fakt, że wyszli z szafy wyjątkowo późno i zupełnie nie odnajdują się w nowych rolach społecznych, które, chcąc nie chcąc, sami sobie narzucają. Zadają sobie zatem pytania o to, kim są i jak powinni się zachowywać.  

Cały ten emocjonalny rozgardiasz spinają w jedną całość dorosłe dzieci obu par. One także potrzebują czasu, by się zaaklimatyzować. Zwłaszcza, że tak diametralna zmiana w życiu ich rodziców jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, składającej się z problemów, jakim sami muszą stawić czoła. 

Nie może być zbyt różowo

Grace and Frankie, Grace i Frankie, season 4, sezon 4, recenzja, Jane Fonda, Lily Tomlin, Lisa Kudrow, Phoebe Buffay, Friends, Przyjaciele

Czas jednak mija i sezon czwarty zastaje zarówno Grace, jak i Frankie w zupełnie innym miejscu niż to, w którym znajdowały się, kiedy je poznaliśmy. Frankie, jak na prawdziwą hipiskę przystało, rzuciła w międzyczasie wszystko i przeprowadziła się do Santa Fe, by zamieszkać ze swoim nowym życiowym partnerem. Wraca do San Diego przy okazji przyjęcia, które jej syn Bud i jego partnerka Allison szykują na okoliczność poznania płci ich pierwszego dziecka. 

Grace natomiast, by na nowo poradzić sobie z samotnością, do której przecież otwarcie się nie przyzna, przyjęła pod swój dach współlokatorkę – Sheree. W rolę współlokatorki-manikiurzystki wcieliła się znana z „Friends” i lubiana Lisa Kudrow, czy jak kto woli – Phoebe Buffay. Jej udział w serialu został odpowiednio nagłośniony jeszcze przed premierą sezonu. Zdaje się, że Lisa Kudrow miała być powiewem świeżości, osobowością, której pojawienie się zaburzy i nada nowego wymiaru znajomości Grace i Frankie. Jednocześnie miała być też chyba tym, co przyciągnie przed telewizory widownię wspominającą ciepło złote lata „Friends”. Widząc Phoebe (tak, Phoebe!) w tym zupełnie innym – trochę zbyt różowym i uproszczonym jak na mój gust wcieleniu – nie mogłam wyjść z podziwu, że aktorka ma już 55 lat. Nie zmieniła się prawie wcale, jeśli nie liczyć kilku głębszych zmarszczek tu i ówdzie. 

Właśnie tutaj jednak coś zaczyna zgrzytać w do tej pory świetnym scenariuszu. Twórcy serialu postanowili zrobić z Sheree starą młódkę (albo młodą staruszkę), dorzucili do jej historii jeszcze niewielki twist fabularny i wszystko to upchnęli w trzech trzydziestominutowych odcinkach, odbierając jej tym samym możliwość nabrania rozpędu i pokazania pełni swoich możliwości. Zatem na tle Jane Fondy i Lily Tomlin, które miały trzy sezony, by przekonać nas do swoich kreacji młodych duchem siedemdziesięciolatek, Lisa Kudrow wypada nadzwyczaj słabo. Zdecydowanie brakuje także chemii pomiędzy Kudrow a pierwszoplanowymi aktorkami w serialu. Co nie zmienia faktu, że niejeden widz uśmiechnie się na pewno, widząc na ekranie znajomą twarz.

Śmiech do łez

Niewątpliwie także postać Sheree spełniła swoją rolę i popchnęła do przodu fabułę serialu. Niezadowolona z obrotu sytuacji Frankie, która teraz dodatkowo ma zostać babcią i bardzo chciałaby brać czynny udział w życiu swojej wnuczki bądź wnuczka, postanawia zostać i spróbować z Jacobem związku na odległość. Wraz z Grace rozwiązuje więc niemal kryminalną sprawę bezprawnego zajęcia domu Sheree przez jej pasierbicę i pasierba oraz odbiera poród wnuczki. Wszystko to, rzecz jasna, z klasą i humorem, jakich widz oczekuje od dwóch zwariowanych siedemdziesięcioparolatek po trzech sezonach znajomości.

Ten sam poziom gry aktorskiej i humoru prezentują aktorzy wcielający się w rolę Roberta Hansona i Sola Bergsteina. Martin Sheen i Sam Waterston to para tryskająca energią i widocznie świetnie bawiąca się na planie. Dzięki temu świetnie ich się razem ogląda i tym łatwiej uwierzyć jest w prawdziwość uczucia łączącego Sola i Roberta. Tylko prawdziwy mężczyzna i tylko z miłości jest przecież w stanie zdecydować się na terapię dla par, prawda? Męska para serialu ma dynamikę podobną do dynamiki pary żeńskiej, co nadaje serialowi odpowiedniego dla komedii tego typu tempa. 

Grace and Frankie, Grace i Frankie, season 4, sezon 4, recenzja, Jane Fonda, Lily Tomlin

 

Kiedy kostucha puka, a ty nie pamiętasz, gdzie są drzwi

Jednak twórcy serialu nie byliby sobą, gdyby po mistrzowsku nie wpletli w tę momentami slapstickową komedię cięższego tematu. Otóż okazuje się, że na skutek nadgorliwości urzędniczej, Frankie Bergstein została uznana za zmarłą. Co za tym idzie, nie może korzystać z karty kredytowej, przedłużyć umowy z operatorem telefonii komórkowej ani zrobić wielu innych, zwyczajnych, codziennych rzeczy. Ta nietypowa sytuacja, która oczywiście owocuje kilkoma dość zabawnymi wydarzeniami, skłania jednak Frankie do głębszego zastanowienia się nad swoim życiem i przekonuje ją do odnowienia relacji z siostrą Teddy (Talia Shire). 

Kiedy bohaterka dodatkowo traci orientację w terenie podczas przejażdżki z nowonarodzoną wnuczką, miarka się przebiera. Jakby tego było mało, Grace również boryka się z problemami, dotykającymi ludzi w jej wieku. Po kolei odmawiają jej posłuszeństwa kolana, przez co zmuszona jest do częstszego proszenia o pomoc. Nie ułatwia jej to również schadzek ze sporo młodszym od siebie i zabójczo przystojnym Nickiem, przed którym próbuje ukryć swój wiek pod warstwą makijażu i uśmiechem przyklejonym do twarzy mimo bólu. Dzieci obu par stają zatem przed kolejnym dylematem związanym ze starzeniem się i zaczynają poważnie zastanawiać się nad wysłaniem obu kobiet do domu opieki.

Przekaz, jaki niesie ze sobą ten sezon serialu, został mistrzowsko przemycony za zasłoną humoru sytuacyjnego i okraszony malowniczymi, niemal pastelowymi, nadmorskimi krajobrazami. Mimo to jest niewątpliwie mocny, jasny i klarowny: po siedemdziesiątce nie ma ucieczki przed tematem pogarszającego się stanu zdrowia, zmniejszającej się kondycji psychofizycznej, czy niechybnie zbliżającej się śmierci. Wszystko jednak zależy od podejścia. 

Wszystko dobre, co się… jeszcze nie kończy

Grace and Frankie, Grace i Frankie, season 4, sezon 4, recenzja, Jane Fonda, Lily Tomlin

 

Po czwartym sezonie, który zresztą zakończenie miał jak najbardziej otwarte, już nie martwię się o przyszłość Grace, Frankie oraz ich rodzin. Całym sercem pokochałam te zaskakująco wielowymiarowe, jak na gatunek filmowy, w jakim występują, postaci. Kibicuję im i gwarantuję, że wy także będziecie. Całkiem świadomie zatem polecam przymknąć oko na niedociągnięcia i dać się wciągnąć w wir wydarzeń. 

Gra aktorska
8
Zdjęcia
9
Muzyka
7
Scenariusz
9
„Grace and Frankie” to wciąż ten sam ciepły, niewymuszenie zabawny serial z mocnym przekazem, który zdążyliśmy pokochać przez 3 sezony. Mimo że niektóre nowości mogły się scenarzystom nie udać, gwarantuję, że wrócicie do niego z ochotą i zostaniecie na dłużej.
Ocena czytelników
9

Plusy

  • Grace i Frankie – panująca między nimi chemia i energia, jaką emanują obie postaci/aktorki
  • humor (ten sam, za który zdążyliśmy już serial pokochać)
  • mocny, wyraźny przekaz

Minusy

  • zbyt mało czasu antenowego dla Lisy Kudrow
  • sposób napisania postaci Sheree (płytki, niezbyt ciekawy, jakby była tylko zabiegiem, mającym na celu pchnięcie fabuły do przodu)
  • muzyka nie zapada w pamięć, jakby nie była częścią świata przedstawionego)

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Friends

Akcja skupia się na losach szóstki przyjaciół wiodących życie w Nowym Jorku.