Recenzja do: Good Girls (2018 )
Recenzje

Pierwszy sezon tego serialu był idealnym balansem pomiędzy dobrą historią a guilty pleasure. „Good Girls” dawało tyle radości z oglądania, że w sumie wady produkcji nie były zupełnie istotne; wciągało, a bohaterki po prostu podbijały serca. Pojedyncza opowieść byłaby najbezpieczniejszym rozwiązaniem przy serialu tego typu, kręcenie drugiego sezonu jest zawsze ryzykiem. O ile przez jeden sezon sama zabawa powinna nam wystarczyć, to na dłuższą metę jest to za mało. Po stronie twórców leży, czy podniosą sobie poprzeczkę i serial na tym zyska, czy będą utrzymywać się na tym samym poziomie, który nie jest wystarczający.

„Good Girls” to historia trzech kobiet, matek i żon, które w kryzysowej sytuacji postanawiają napaść na supermarket, żeby pomóc swoim rodzinom przetrwać najgorsze. Pech chciał, że owy supermarket służył okolicznemu gangowi za pralnię pieniędzy i łup naszych bohaterek sprowadził im więcej kłopotów niż tylko możliwe złapanie przez policję. Szef gangu – Rio – osobiście pilnuje, żeby kobiety odpłaciły każdego wydanego centa, plus prowizję.

Mamy ten nasz ship i co potem?

Wiecie co, ja się czuję trochę oszukana. Myślałam, że już skończyliśmy z czasami, kiedy twórcy żerują na jednym popularnym w produkcji shipie i wysysają z niego absolutnie wszystko podczas kampanii promocyjnej, żeby potem w jakiś leniwy sposób go zakończyć. Chemia między Beth i Rio była absolutnie niezaprzeczalna. Chociaż związek należałby na pewno do tych bardziej problematycznych, to jednak z tycim-tycim wstydem większość widzów mogła przyznać: „I ship it”. Wiadomo, że wiązanie się z szefem gangu to nigdy nie jest dobry pomysł i w którymś momencie musi się to skończyć, ale tam się nawet nie zaczęło. Prowadzenie tego wątku wygląda trochę tak, jakby twórcy chcieli się pobawić, a potem jakoś w połowie się znudzili i rzucili to w kąt. Jeśli taki był plan od początku, to wolałabym, żeby zostało to ucięte na katuszach oglądania tylko tego oczywistego napięcia seksualnego, bez rozwiązania.

good girls, sezon 2, recenzja,

Nie chciałam mieć racji, ale miałam rację. To, co totalnie działało w zeszłym sezonie i co przykrywało wszystkie niedociągnięcia, wciąż funkcjonowało... dla zaledwie kilku pierwszych odcinków. Ten serial podtrzymują kobiety, co jest oczywiste. Mamy trzy nieziemskie babki, odegrane przez świetne aktorki i dające nam antybohaterki, których potrzebowaliśmy. Dlatego tak boli, że w tym sezonie te postacie biegały ciągle bez celu. Miały przebłyski, kiedy stawiały jakiś porządny krok w ewolucji swojego charakteru, zwłaszcza Beth, a potem to szło gdzieś w las. Z wątpliwej moralności bohaterek wyszło mierne i zupełnie przewidywalne skakanie od bramki numer jeden: „Być dobrym człowiekiem, ale mieć ciężkie życie”, do bramki numer dwa: „Być złym człowiekiem, ale z pieniędzmi”. Generalnie każdy odcinek wyglądał identycznie, nie jestem w stanie powiedzieć, czym się różniły poszczególne epizody poza jakimiś drobnymi elementami. Wszystko zlało się w jedno i chociaż oglądanie tego sezonu nadal było dobrą rozrywką, to liczyłam na coś więcej. Zwłaszcza że poruszyli poprzednio kilka tematów, które rozwinięte w dobry sposób dobrze by się wkomponowały w całość serialu.

Spokojnie można przespać ten sezon

Szczerze mówiąc mam dylemat, bo całkiem przyjemnie oglądało się ten sezon, nawet jeśli głównie dla scen Beth i Rio, a jednocześnie mam teraz jakąś niechęć do tej produkcji. Tak właściwie to nic ważnego się tam nie wydarzyło, spokojnie można przeczytać jakieś podsumowanie sezonu i żyć dalej. Jednak każde wystąpienie Christiny Hendricks, Retty i Mae Whitman to czysta radość, a zwłaszcza ich wspólne sceny. Zaplusował nawet Matthew Lillard, którego postaci (Dean Boland) nadal nie mogę zdzierżyć, ale możliwe, że był jedną z lepiej poprowadzonych ewolucji charakteru w tym sezonie. Manny Montana, chociaż w poprzedniej odsłonie przy każdej scenie sprawiał, że miałam niekontrolowaną ochotę obejrzeć wszystkie produkcje, w jakich wcześniej grał, stracił swój czar gdzieś w połowie serii. Sam Huntington miał jakiś potencjał na pociągnięcie czasami upadającego wątku Annie, ale czego Sadie nie naprawi, to tym bardziej nie zrobi tego jakiś randomowy facet.

good girls, sezon 2, recenzja

Na plus na pewno wychodzi wykreowanie najbardziej irytującej postaci na świecie (z aktorki, którą uwielbiam). Mary Pat może być najbardziej wkurzającą, ale jednocześnie niejednoznaczną bohaterką, jaką widziałam od dawna i nie mogę do końca zdecydować, czy ona jest w pełni zdrowa psychicznie. Soundtrack w tym sezonie jest przecudowny, trochę w stylu „Big Little Lies”, ale jednocześnie w zupełnie indywidualnym klimacie.

Muszę też na sekundę powrócić do minusów, bo jest to paląca kwestia. Ilość zmarnowanego i wyrzucanego przez bohaterów jedzenia to skandal. Czasami aż źle się patrzy, jak oni wyrzucają całe tace świeżego żarcia, bo ktoś uraził ich dumę.

Drugi sezon „Good Girls” jest zdecydowanie słabszy niż pierwszy. Da się go oglądać z przyjemnością, ale na pewno trochę mniejszą. Wątki, które do tej pory napędzały serial, stają się nudne i mizerne. Bohaterki, które wcześniej podtrzymywały całość same, kręcą się bez celu.

Serial dostępny na platformie Netflix.

Gra aktorska
7
Zdjęcia
7
Muzyka
9
Scenariusz
5
Drugi sezon "Good Girls" powrócił po cichu i tak już pewnie zostanie. Moim zdaniem słusznie, bo jest nieporównywalnie gorszy niż pierwszy.
Ocena czytelników
7.5

Plusy

  • nadal przyjemnie się ogląda
  • soundtrack
  • postać Mary Pat

Minusy

  • bohaterki krążą bez celu
  • szybkie porzucanie dobrych wątków
  • nic się w sumie nie dzieje
  • każdy odcinek jest taki sam

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Good Girls

Trzy mamuśki mieszkające na przedmieściach mają kłopotów z pieniędzmi. Aby temu zaradzić postanawiają okraść pobliski supermarket. To dopiero początek ich problemów.


Aktualności