Recenzja do: Hassel (2017 )
Recenzje

Wydawałoby się, że jeśli Szwedzi biorą się za ekranizację znanej i popularnej serii kryminalnej, to efekt końcowy powinien być co najmniej zadowalający. Jeśli dodać do tego odpowiedni budżet, interesującą obsadę i scenariusz napisany przez osoby, które wcześniej pracowały przy takich serialach jak „Midnattssol” czy „Tjockare än vatten”, to powinniśmy uzyskać prawdziwy hit. W przypadku „Hassel” zamiast hitu wyszedł kit – mimo tego, że wszystkie powyższe warunki zostały spełnione.

Charyzmatyczny detektyw, ciekawy klimat – co poszło nie tak?

Odkąd przed rokiem skandynawska platforma streamingowa Viaplay ogłosiła, że rozpoczyna pracę nad serialem opartym na serii książek o Rolandzie Hasselu, wszyscy miłośnicy szwedzkich seriali kryminalnych wyczekiwali w napięciu dnia premiery. Oczekiwania były ogromne, ale nie ma czemu się dziwić, skoro Hassel to postać wręcz ikoniczna dla wielbicieli gatunku. I raczej nikt nie spodziewał się, że efekt finalny będzie aż tak słaby. Serial spotkał się z ogromną falą krytyki – zarówno ze strony widzów, jak i recenzentów. Niestety, ja również podzielam ich zdanie.

Roland Hassel to postać wykreowana w serii książek, których autorem jest Olov Svedelid. Od roku 1972, kiedy to opublikowana została pierwsza powieść, powstało blisko trzydzieści książek, z których część już wcześniej została sfilmowana. Na przełomie lat 80. i 90. zrealizowano 11 filmów, które cieszyły się w Szwecji ogromną popularnością. Serial natomiast nie jest ekranizacją jednej, konkretnej powieści, tylko w luźny sposób nawiązuje do całego cyklu.

Tytułowy bohater to kontrowersyjny detektyw policji o niezbyt przyjemnej osobowości i ze skłonnościami do przemocy. Hassel żyje na co dzień ze swoją dziewczyną, Danielą i jej 14-letnią córką o imieniu Vida, a jednym z jego najbliższych przyjaciół jest jego szef i mentor – Ruda. Gdy pewnego dnia Ruda zostaje brutalnie zamordowany, a okoliczności całego wydarzenia są co najmniej dziwne, Hassel rozpoczyna swoje prywatne śledztwo, w którym pomaga mu grupa jego najbliższych współpracowników. Wraz z rozwojem śledztwa sprawa zaczyna zataczać coraz szersze kręgi, co powoduje, że najbliższe Hasselowi osoby również zostają narażone na niebezpieczeństwo. 

Obsada bez wyrazu

Historie opowiadane w tego typu serialach najczęściej są dość stereotypowe i rzadko wyróżniają się czymś szczególnym. Po prostu, typowy kryminał. Cała sztuka polega na tym, by opowiedzieć je w jak najciekawszy i jak najbardziej intrygujący sposób, by postacie potrafiły zainteresować, a widz mógł się z nimi utożsamiać lub im kibicować, by pomiędzy aktorami była jakaś chemia. I właśnie na tych płaszczyznach „Hassel” zawodzi najbardziej. Mimo tego, że główna obsada to czołowi szwedzcy aktorzy, wspomnianej chemii brak. Ola Rapace, który wcielił się w tytułową rolę oraz partnerująca mu Shanti Roney przed laty stworzyli niesamowity duet – w kultowym już w Szwecji serialu „Tusenbröder”. Niestety, w „Hasselu” nie widać nawet śladu po tamtej zgranej parze, a dialogi pomiędzy dwiema głównymi postaciami to jedna z najbardziej irytujących rzeczy w tej produkcji. Aliette Opheim, którą wręcz uwielbiam za role w „Tjockare än vatten” i „Ettor & Nollor”, tutaj nie miała możliwości się wykazać. Rola Danieli polegała głównie na wrzeszczeniu na wszystkich dookoła i robieniu tytułowemu bohaterowi awantur. Na dłuższą metę staje się to dla widza po prostu nie do zniesienia.

Pod względem aktorskim najjaśniejszym punktem całego serialu wydaje się być 15-letnia Wilma Lidén, która wcieliła się w Vidę, córkę Danieli. Pomiędzy wrzeszczącą ciągle Danielą i miotającym się Hasselem, Vida jest niczym oaza spokoju. Jest również jedyną osobą, która okazuje emocje inne niż złość i agresja – te są wyłączną domeną pozostałych bohaterów.

Przerost formy nad treścią

Nieciekawe postacie to ogromny minus serialu, ale nie jedyny. Wspomniałem wyżej o dialogach, które w wielu momentach są po prostu o niczym, a ich jedynym zadaniem jest chyba wypełnienie czasu trwania odcinka. Również od strony realizacyjnej wiele można serialowi zarzucić. Bardzo dziwny, miejscami wręcz chaotyczny montaż sprawia wrażenie, jakby „Hassel” był amatorską produkcją. Najbardziej jest to widoczne podczas scen pełnych akcji. Być może ten zabieg jest celowy i miał dodać pewnego rodzaju surowości, ale ostatecznie wyszło dość dziwnie.

Za największą wadę produkcji uważam brak jakiejkolwiek wiarygodności i realizmu. Oglądając „Hassela” ciężko jest uwierzyć, że akcja toczy się na ulicach Sztokholmu, a główni bohaterowie to szwedzcy policjanci. Bardziej niż z serialami skandynawskimi, kojarzy się to z amerykańskimi produkcjami klasy B, pełnymi pościgów samochodowych, strzelanin w samym środku miasta i używania pięści jako jedynego, słusznego argumentu. Ekipa głównego bohatera prowadzi swoje „dochodzenie” głównie przy pomocy kijów baseballowych, co niekiedy sprawia nieco komiczne wrażenie. Roland Hassel A.D. 2017 to buzujący testosteronem brutal, który w niczym nie przypomina postaci znanej z kart książek i wcześniejszych filmów. I właśnie tego faktu wielu fanów nie mogło zaakceptować. Już od pierwszego odcinka twórcy serialu jasno dali do zrozumienia, że w nowej produkcji Viaplay nie będzie miejsca na powoli rozwijającą się fabułę i budowanie klimatu. Nawet relacje pomiędzy poszczególnymi postaciami są zarysowane tylko powierzchownie. Serial nastawiony jest raczej na gęstą akcję, przerywaną niekiedy kłótniami pomiędzy Rolandem i Danielą oraz dialogami, które nic nie wnoszą do całości.

Więcej wad niż zalet

Serial oczywiście ma też pewne plusy. Wspomniałem wyżej o Wilmie Lidén. Nastoletnia aktorka miała już wcześniej na swoim koncie różne mniejsze role, ale to właśnie występ w tym serialu może otworzyć jej drogę do większej kariery. Ogromną zaletą „Hassela” jest też muzyka. Gitarowy rock w stylu retro autorstwa Nicke Anderssona pasuje do tej produkcji jak ulał, a wykorzystanie w czołówce starego przeboju Roky Ericsona zatytułowanego „Cold Night for Alligators”, uważam za strzał w dziesiątkę. Nie zmienia to jednak faktu, że serialowy debiut reżyserski Amira Chamdina, który wcześniej zajmował się tylko filmami, nie należy do udanych.

Mimo tego, że do zakończenia roku pozostało jeszcze trochę czasu, to i tak raczej nic już się nie zmieni i „Hassel” pozostanie dla mnie największym rozczarowaniem w kategorii szwedzkich seriali. Z ciężkim sercem przyznaję mu taką ocenę, ale w moim mniemaniu na więcej nie zasługuje.

W Polsce serial jest dostępny na platformie nc+ GO.

Gra aktorska
4
Zdjęcia
3
Muzyka
6
Scenariusz
3
„Hassel” to thriller sensacyjny o niezbyt skomplikowanej fabule, który niekoniecznie przypadnie do gustu miłośnikom skandynawskich produkcji. To po prostu nieciekawy serial z nieprzekonującymi postaciami i często nudnymi dialogami.
Ocena czytelników
4

Plusy

  • pasująca do całości, fajna muzyka

Minusy

  • niezbyt interesujący bohaterowie
  • nadmiar pustych, bezsensownych dialogów
  • wyraźny brak chemii pomiędzy poszczególnymi postaciami

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Artykuły

Kącik skandynawski #1: Premiery w 2018 roku

„Den Döende Detektiven” Na początek szwedzki miniserial „Den Döende Detektiven” („The Dying Detective”), którego premiera zapowiedziana jest na 3 stycznia. Trzyodcinkowa produkcja SVT jest ekranizacją powieści Leifa G. W. Perssona pod tym samy...