Recenzja do: Frontera verde (2019 )
Recenzje

Hiszpańskojęzyczne seriale na Netflixie z każdą premierą cieszą się sporym zainteresowaniem. Wszelki szum ominął jednak najnowszą produkcję – „Frontera Verde”, czy lepiej znane pod angielską nazwą „Green Frontier”. Chociaż brak rozgłosu nie równa się złej jakości serialu, to w tym wypadku zupełnie nie żałuję, że ta produkcja miała swoją premierę po cichu.

Fabuła serialu rozgrywa się w lesie amazońskim, gdzie znaleziono  ciała czterech kobiet.  Zagadkę morderstwa rozwiązać ma agentka Helena Poveda, a w roli przewodnika po obcych dla niej terenach posłuży jej wojskowy Reynaldo Bueno. Pierwsze podejrzenia padają na jedno z natywnych plemion, których miejscowi nazywają Odizolowanymi. Problem pojawia się, kiedy para próbuje ich znaleźć, co, jak się okazuje, jest praktycznie niemożliwe, dopóki plemię samo nie zdecyduje się pokazać. Pojawiają się kolejni potencjalni mordercy, chociaż rozwiązanie zagadki jest o wiele bardziej skomplikowane niż mogłoby się wydawać. W którymś momencie morderstwo przestaje być głównym wątkiem, a staje się nim… dżungla.

Rozrywka dla wytrwałych

Na wstępie muszę zaznaczyć, że ten serial spodoba się tylko osobom niezwykle cierpliwym i wytrwałym. Chociaż lubię produkcje z powolną akcją, to jednak mam swoje limity, które ten serial przekroczył kilkukrotnie, jeśli chodzi o tempo rozwoju fabuły. Dlatego nawet jeśli jestem zachwycona wizualnymi efektami i podejściem do przedstawienia natury, to nie mogę dać „Frontera verde” zbyt pozytywnej opinii, bo nie obejrzałam tej produkcji, tylko ją wymęczyłam jakoś do końca.

frontera verde, green frontier, netflix, recenzja

Jest to całkiem przykre, bo pomysł na fabułę wydawał się świetny. Cała ta sekretna aura dżungli i dylemat, których zasad powinniśmy się trzymać, czy tych narzuconych przez prawo czy tych ustalonych w naturze, tworzyły idealny układ do rozważań nad sensem życia w pięknym otoczeniu. Jednak tak jak spokojna wydaje się dzicz, kiedy nikt nie zakłóca jej spokoju, tak właśnie powoli rozwijała się akcja w tej produkcji. Nawet jeśli coś dynamicznego się tam działo, to w momencie, kiedy widz od 20 minut smacznie przysypia, nawet ta dynamika nie jest w stanie go obudzić. Powolna akcja działa tej produkcji na niekorzyść, bo chociaż warto jest ją zobaczyć, to większość śmiałków raczej podda się z wyczerpania, zanim zdąży się naprawdę w fabułę wkręcić.

Tak naprawdę trudno też się w fabułę wkręcić, nawet jeśli obejrzy się serial do końca. Wina pada chyba na postacie, które za wiele nam od siebie nie dają, poza oczywiście doskonałą w swojej roli Ushe (Angela Cano). Protagonistka Helen (Juana del Rio), która mogłaby się wydawać bohaterką jaką właśnie większość widzów uwielbia, czyli twardą babką z ciętym językiem, to jakoś przez zupełny brak dynamiki nawet w zachowaniu postaci średnio widza obchodzi to, co ma do przekazania. To samo tyczy się Reynaldo, który w sumie przez cały serial snuje się za protagonistką, a dla urozmaicenia czasami tupnie nogą jak mu się coś nie podoba. Chciałabym lubić Yuę bardziej, ale nawet jeśli historia jego postaci jest szalenie ciekawa, to stając po stronie Ushe nie mogę zgadzać się z jego działaniami.

Naziści w dżungli

W którymś momencie też między jedną a drugą drzemką przegapiłam moment, w którym w produkcji pojawili się naziści. Chociaż cofnęłam się, by zobaczyć co przespałam, to nadal nie wyjaśniło się, skąd wzięli się ci naziści. To jest też kolejny problem tej produkcji, że brak akcji próbowali sobie chyba wynagrodzić ilością różnych i czasami niekoniecznie sensownych wątków.

frontera verde, green frontier, netflix, recenzja

Jednak zdecydowanie w tej produkcji wyszło wszystko, co wizualne. Jest to uczta dla każdego fana pięknych ujęć i zabaw kadrami, a także połączeniem świata rzeczywistego z tym nadprzyrodzonym. Zarówno dżungla i tętniące w niej życie, jak i meta świat pomiędzy życiem i śmiercią, zostały tak pięknie nakręcone, że momentami można się zupełnie wyłączyć od fabuły i po prostu patrzeć. Spokojnie można by uznać to za produkcję przyrodniczą, a nie serial dramatyczny. Kolejnym zachwycającym aspektem jest to, jak niejasną historię dostajemy i tak naprawdę sami musimy ustalić kim są bohaterowie i kiedy żyli, bo rzeczywistości czasowe nie są tam ani trochę wyraźnie zaznaczone, co nadal jest plusem produkcji. Do tego jak zwieńczenie wizualnej uczty mamy idealnie dopasowany soundtrack, który momentami oddaje nawet zbyt realnie emocje na ekranie.

Cieszę się jednak, że produkcja jest jedynie miniserialem, bo chociaż zakończenie jest dosyć otwarte, to mam wrażenie, że to co serial chciał w sobie zawrzeć i przekazać dalej, to to zrobił i reszta pozostaje w naszych rękach.

Serial dostępny jest na platformie Netflix.

Gra aktorska
4
Zdjęcia
9
Muzyka
8
Scenariusz
3
"Frontera verde" to bardzo monotonny i powolny serial, którego piękne kadry po części wynagradzają nudną fabułę. Trudno jest się zaangażować w losy postaci przez to, że większość z nich jest zupełnie bez wyrazu.
Ocena czytelników
5

Plusy

  • piękne widoki na lasy amazońskie
  • soundtrack
  • postać Ushe

Minusy

  • reszta postaci
  • nudna fabuła
  • powolna akcja
  • niektóre bezsensowne wątki

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.