2
Recenzja do: She's Gotta Have It (2017 )
Recenzje

Kiedy zabierałem się za „She's Gotta Have It”, spodziewałem się lekkiej komedii ze sporą ilością seksu i muzyki. Dostałem seks i muzykę, ale serial bynajmniej nie jest lekki w swojej formie ani wymowie.

10 odcinków serialu „She's Gotta Have it”, który od czwartku możemy oglądać na Netflixie opowiada o życiu Noli Darling, dziewczyny mieszkającej w Brooklynie w Nowym Jorku. Nola, grana przez DeWandę Wise, jest 27-letnią artystką, krótko po studiach. Próbuje związać koniec z końcem: maluje, uczy, wyprowadza psy sąsiadów, żeby zarobić na utrzymanie. Spotyka się z przyjaciółkami, z których jedna profesjonalnie zajmuje się promowaniem sztuki, druga jest samotną matką, a trzecia jest biała i właściwie niczego więcej się o niej nie dowiadujemy. Przede wszystkim jednak – Nola ma trzech kochanków.

Feminizm, feminizmowi, feminizmu, o feminizmie

Jeśli w tym momencie spodziewaliście się, że zacznę opisywać odpowiednik „Sex and the City” o czarnych, to nie mogliście się bardziej pomylić. Serial Spike'a Lee jest głęboko zaangażowany i z pewnością nie ma lekkości opowieści, w której główną bohaterkę zagrała Sarah Jessica Parker. Zajmuje się on poważnymi obszarami życia, na poważnie. Najważniejszym z tych obszarów jest feminizm – Nola jest piękną kobietą, która doskonale wie, czego chce i próbuje wszystkie swoje potrzeby realizować – sypiać z mężczyznami, którzy jej się podobają, realizować swoją sztukę i uniknąć przedmiotowego i brutalnego traktowania ze strony mężczyzn. Wszystkie te rzeczy okazują się trudne. Każdy z jej kochanków ciągnie ją w innym kierunku i próbuje zdobyć na wyłączność. Na domiar złego, życie młodej, obsesyjnie wręcz niezależnej kobiety, która lubi się bawić i chce być artystką jest w Nowym Jorku bardzo trudne do sfinansowania. Ponadto mężczyźni na ulicy często zaczepiają Nolę, czyniąc jej nieprzyzwoite, czasem agresywne propozycje.

I tu pojawia się mój pierwszy problem z serialem. Uważam, że każdy przyzwoity człowiek w dzisiejszym świecie powinien być feministą. Ale dzieło Spike'a Lee każe mi wzbudzić w sobie sympatię dla kobiety, która chce naraz spotykać się z trzema różnymi mężczyznami, dawać im od siebie dokładnie tyle, ile zachce i ani krztyny więcej, wymagać, żeby oni dostosowywali się do jej reguł, ale w żaden sposób nie dostosowywać się do nich. Mam tu ochotę postawić #egoizm, a nie #feminizm.

Podobnie jest z aspiracjami artystycznymi głównej bohaterki – jeżeli mam współczuć młodej kobiecie tylko i wyłącznie dlatego, że nie stać jej na utrzymanie sporego mieszkania w Brooklynie, bo nie chce iść na żadne kompromisy z życiem i nie zamierza wracać do rodziców – to ja nie potrafię się do tego odnieść z sympatią. Znowu widzę Nolę jako egoistkę, do tego rozkapryszoną.

Serial pod tym względem ratuje powracający wątek naprzykrzających się Noli obcych mężczyzn. Po jednej z takich sytuacji, w której namolny napastnik próbuje ją zatrzymać siłą, tworzy ona bardzo emocjonalną streetartową kampanię artystyczną #MyNameIsn't, w której sprzeciwia się językowi przemocy wobec kobiet. I tu rozpoczyna się faktycznie ciekawa i uniwersalna część serialu, w której szczególnie interesujące jest obserwowanie, jak artystyczna akcja Noli się rozwija i jak reagują na nią zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy. Jak brutalnie i obsesyjnie mogą zareagować sprowokowani mężczyźni. Wydaje mi się, że problem przemocy wobec kobiet jest w tej chwili powszechny, ale na szczęście dużo się o nim, także dzięki akcji #metoo, mówi. #MyNameIsn't Noli świetnie wpisuje się w ten dyskurs.

#BlackLivesMatter

Bardzo istotnym tematem, na którym skupia się akcja „She's Gotta Have It”, jest też odbywająca się pod hasłem „black lives matter”, czyli „życie czarnych ma (takie samo) znaczenie” w mediach, w Internecie i na ulicy dyskusja o przemocy i ciągłej dyskryminacji czarnych w USA. Zwraca ona uwagę na brutalność policji wobec czarnych, ale także na ciągle istniejące obszary dyskryminacji i utrudnień dla tej mniejszości.

Problemów jest wiele. Na przykład jeden z kochanków Noli – Jamie (Lyriq Bent) – spędził trudne dzieciństwo w jednym z bloków zamieszkanych tylko przez czarną mniejszość, gdzie królowały narkotyki, przemoc i seks nieletnich. Teraz, kiedy Nola zaczyna uczyć w szkole, jej uczniowie wciąż mają podobne problemy. Inny kłopot jest taki, że czarna, samotna matka może najłatwiej na siebie zarobić, występując w klubie ze striptizem i nie ma zbyt wielu innych opcji. W jeszcze innej sprawie, gdy biała kobieta oskarża czarnego, bezdomnego artystę Popo (dobra, ale trochę oderwana od rzeczywistości rola Elvisa Nolasco) o niszczenie jej domu graffiti, to policja aresztuje go bez żadnego dowodu (jeden z funkcjonariuszy rzuca zbulwersowanej Noli i jej przyjaciołom, że czasy się zmieniły – akcja rozgrywa się krótko po wyborze Trumpa na prezydenta).

Poza bolączkami czarnych Spike Lee nie wspomina jednak o żadnych innych problemach społecznych. Chociażby, mając w serialu osobę bezdomnego czarnego artysty Popo, można było napomknąć o trudnościach bezdomności: alkoholizmie, chorobach, beznadziei. Spike Lee wybiera tylko te aspekty życia Popo, które dotyczą konfrontacji z białymi mieszkańcami Fort Greene, a nie opowiada nic o innych niedogodnościach jego życia. W innym momencie jeśli pojawiają się problemy trudnej, zaniedbanej młodzieży – to jest to tylko trudna, CZARNA, zaniedbana młodzież. Z kolei kiedy syn jednego z zamożnych bohaterów próbuje za bardzo dopasować się do swoich kolegów w elitarnej szkole, to rodzice przypominają mu o jego czarnym pochodzeniu.

I jeszcze trochę artyzmu

W związku z powyższym uważam, że „She's Gotta Have It” jest serialem dla konkretnych grup ludzi. Na początek dla wszystkich czarnych mieszkańców USA. Dlaczego tylko dla czarnych, a nie białych? Bo jest tak bardzo skupiony na ich problemach, że – nieważne, jak empatycznemu czy wrażliwemu – białemu człowiekowi trudno jest się do tak pociętego obrazu świata odnieść. Następnie, być może, dla (nie tylko czarnych) kobiet. Dlaczego mam wątpliwości, czy dla wszystkich? Trudno jest mi ocenić, jak bardzo problemy Noli, obsesyjnie niezależnej, pięknej, poliamorycznej artystki z Nowego Jorku mogą być realne dla innych kobiet, jak łatwo mogą się one do nich odnieść. Mnie bohaterka w tych wątkach, które dotyczyły jej kobiecości i ogromnej potrzeby niezależności, głównie irytowała swoim egoizmem i egocentryzmem, ocierającym się o rozkapryszenie. Wyjątkiem jest opowieść o rozwoju akcji #MyNameIsn't. Drogie czytelniczki – obejrzyjcie, dajcie mi znać, może Nola okaże się dla was naprawdę inspirującą postacią. Może, jako facet, marudzę.

Serial może się także okazać ciekawy dla ludzi zainteresowanych koncepcją sztuki. Spike Lee pokazuje na przykładzie Noli, jak trudno jest być artystą (nie celebrytą), który chce stworzyć coś autentycznego. Wymaga to wzbudzenia w sobie paru nieładnych cech – bycia egoistką (tylko przez skupienie się na sobie mogę wyrazić świat tak, jak go widzę), bycia emocjonalną do granic absurdu, konieczności wyobcowania się od społeczeństwa. W tym aspekcie to, co w Noli-kobiecie mnie irytuje, w Noli-artystce fascynuje: bez tych paskudnych cech nie da się stworzyć dobrej sztuki, co Spike Lee bardzo sprytnie ukazuje, uzmysławiając nam, że najlepsze dzieła sztuki Nola tworzy pod wpływem impulsu i kiedy skupia się na sobie, a nie kiedy próbuje intelektualnie konceptualizować lub skupiać się na innych.

Na koniec należy wspomnieć o jeszcze jednej specyficznej cesze kompozycyjnej „She's Gotta Have It”. Bardzo ważną rolę pełni w tym serialu muzyka. Niektóre sceny są dostosowane do utworów muzycznych, które im towarzyszą – długością, tempem, wydarzeniami. Pod koniec takiej sceny na chwilę też pojawia się okładka utworu, którego słuchaliśmy. Bardzo trudno jest mi powiedzieć, jak dużą wartość mają takie sceny dla melomanów. Mnie drażniły, bo poprzez nie serial, jak musical, traci na tempie. Historia przez to opowiadana jest uboższa i mniej ciekawa.

Trochę smutna komedia dla wybranych

Jestem pewien, że dzieło Spike'a Lee nie jest dla wszystkich. W zapowiedziach udaje, że jest lekką komedią z pewną dozą seksu, a jest zupełnie czymś innym. Ani to serial, ani komedia, ani musical. To trochę każda z tych rzeczy, a po trochu jeszcze stand-up (bohaterowie często łamią „czwartą ścianę” kamery, zwracając się bezpośrednio do widza). Jest ona ciekawą propozycją dla pewnych grup: dla czarnych, być może dla kobiet, dla miłośników sztuki. Spodoba się zapewne tym, którzy lubią dzieła nietypowe, wykraczające poza kanon. Ale na pewno nie wszystkim. Stąd ten znak zapytania na początku przy ocenie. Bardzo trudno było mi temu serialowi wystawić notę, bo z jednej strony obejrzałem bez bólu, aktorstwo jest na dobrym poziomie, obrazki Brooklynu ładne, parę scen zabawnych. Z drugiej strony obejrzałem też bez fascynacji czy wrażenia, że Spike Lee mówi mi cokolwiek o otaczającym mnie świecie. Ja daję 6 serialowi, który jest okej, ale bez szału, ale nie zdziwię się, jeśli po obejrzeniu ktoś mi powie: o czym ten facet gada, przecież Nola to ja.

Gra aktorska
7
Zdjęcia
8
Muzyka
7
Scenariusz
5
„She's Gotta Have it” to serial bardzo zaangażowany w problemy czarnej społeczności w USA, a przede wszystkim kobiet się z niej wywodzących. Widzowi, któremu te problemy są odległe, może być trudno się przejąć losami głównej bohaterki, a nawet zrozumieć większość jej problemów. Piękne zdjęcia oraz interesująca muzyka mogą tu niewiele pomóc.
Ocena czytelników
6

Plusy

  • Gra aktorska
  • Piękny Fort Greene, piękne zdjęcia i dużo ciekawej muzyki
  • Problemy bohaterki, z którymi być może ty będziesz się identyfikować w 100%
  • Feminizm przeciw brutalności i seksizmowi

Minusy

  • Scenariusz
  • Rwane tempo opowieści i eklektyzm gatunkowy
  • Problemy bohaterki, do których trudno mi się odnieść
  • Feminizm jako skrajny egoizm

Komentarze

(2)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • Kira Leśków
    Kira Leśków
    @kira_leskow

    Czytam „Spike Lee”, myślę „Woody Allen”. Zawsze specyficznie i zawsze nie dla wszystkich. Ale ocenę bym mimo wszystko wystawiła (szczególnie że i tak pojawia się w stopce). „Future Man” dostał od @odrovons 3/10, chociaż w opinii widzów i recenzentów to jeden z najlepszych seriali tej jesieni. Dlaczego 3/10? Między innymi dlatego, że humor fekalny i całość dość głupkowata. Dla mnie to plus, idealny weekendowy odstresowywacz.

    Jeśli „She's Gotta Have It” rzeczywiście jest „serialem dla czarnych kobiet”, to w porządku. U nich dostanie 10/10, tutaj 6/10 i na Metacriticu będzie średnia 80/100. Recenzje z definicji są subiektywne, nawet jeśli mają przez to być krzywdzące dla serialu.

    • Mateusz Myślicki
      Mateusz Myślicki
      @MateuszMyslicki

      @ShyMouse: Ocena jest, ale na dole. System z oceną na głównej prowadzi do tego że ktoś wchodząc, ma od razu okulary nr 7 albo nr 3 na nosie. I w większości przypadków to jest okej, czułem jednak, że nie w tym.

      Ps. Z Allena lubię chyba tylko "Match Point". Ta jego wieczna neuroza.

Powiązane

Seriale

She's Gotta Have It

Nola nieubłaganie zbliża się do swoich trzydziestych urodzin. Za wszelką cenę stara się pogodzić pracę, karierę i kontakty z przyjaciółmi, wszystko komplikują jednak …