1
Recenzja do: Family Guy (1999 )
Recenzje

Możliwe, że myśleliście, że nikt już nie ogląda „Family Guya” na bieżąco, a tym bardziej nie na tyle, żeby napisać o całym sezonie recenzję. Muszę was wyprowadzić z błędu, bo rozmawiacie z osobą, która bardzo poważnie podchodzi do seriali animowanych. Nasuwa się więc pytanie, czy warto jeszcze czasami włączyć jakiś losowy odcinek tej produkcji. Normalnie powiedziałabym, że tak, jednak po tym sezonie mam trochę inne zdanie.

Poprzedni sezon otwierał odcinek „Emmy-Winning Episode”, który nawet jeśli był zabawny, to oglądało się go jak cyniczne narzekania zgorzkniałego twórcy, który jest zły na to, że nigdy nie dostał żadnej nagrody. Wyobraźcie sobie, że 17. sezon „Family Guya” to w 80% sam cynizm i wysoko podniesiony środkowy palec od Setha do całego świata. Nie oglądałam chyba serialu, po którym można tak dokładnie rozczytać podejście i emocje twórcy, co niestety udziela się na wydźwięk produkcji. O ile zabawnie jest czasami posłuchać czyichś narzekań, to 20 odcinków zgryźliwego humoru przy tego typu serialu jest nie do zniesienia. Oglądanie tego jednego epizodu „Family Guya” tygodniowo było zawsze świetnym oderwaniem od codzienności, gdy Seth oferował absurdalne żarty z sytuacji, z których teoretycznie nie powinno się śmiać. Teraz po odcinku widza może dopaść nawet przygnębienie.

Seth i jego kryzys twórczy

Po kilku epizodach tej animowanej produkcji zaczęłam nadrabiać inny serial Setha McFarlena – mowa o  „The Orville”. Pierwsze odcinki drugiego sezonu były równie tragiczne, co „Family Guy”. Na tym etapie byłam gotowa pożegnać się z Sethem i jego produkcjami, bo coś bardzo nie grało w jego procesie twórczym. Jednak przebolałam te trzy okropne odcinki „The Orville”; i całe szczęście, bo każdy kolejny był bardziej doskonały niż poprzedni. Wyjaśniło się po części, dlaczego jego animowana produkcja tak spadła z poziomem, po prostu całą swoją twórczą uwagę Seth przeniósł na „The Orville”. Z jednej strony uważam, że nie powinien tyle brać na siebie, skoro nie daje rady poświęcić obu produkcjom takiej samej uwagi, ale z drugiej jak dla mnie może porzucić „Family Guya” i zostać tylko przy „The Orville”, bo ten drugi serial wychodzi mu doskonale.

Family Guy, sezon 17, recenzja

Jednak powróćmy do Quahog i skupmy się na tym, co tam nie grało. Przez większość sezonów mamy dobry balans pomiędzy głupkowatością Petera, cynizmem Briana i absurdalnością Stewiego. Dostajemy trochę głupiego humoru, kilka politycznych żartów i coś zupełnie nie z tej ziemi, jak podróże w czasie. W tym sezonie jednak narracyjne stery przejął zupełnie Brian i to była chyba najgorsza decyzja, jaką można było podjąć. Brian to egocentryczny dupek, którego można znieść głównie w scenach, kiedy ludzie wytykają mu jego głupotę albo kiedy robi z siebie pośmiewisko. Nikt jednak nie chce wchodzić w środek głowy Briana albo oglądać odcinków, które wyglądają, jakby on je pisał. Tematy, które twórcy mogliby rozwijać w zabawny sposób, tak jak robili to do tej pory, zostały zupełnie zmiażdżone przez smutny cynizm.

Poza tym mam wrażenie, że ten sezon był po prostu wredny, nie taki w stylu „Family Guya” wredny, tak zwyczajnie okropny dla prawdziwych ludzi. W finałowym odcinku jest kilkuminutowa scena, gdzie Peter, Quagmire, Cleveland i Joe obrażają wygląd komentatora politycznego Seana Hannity’ego i aktora znanego z roli Chandlera w „Friends” – Matthew Perry’ego. Rozumiem wrogość do Hannity’ego przez jego konserwatywne poglądy i wsparcie dla Trumpa, ale błagam, w której klasie podstawówki jesteśmy, żeby zabawne było porównanie gościa do twarzy narysowanej na kciuku. Humor całego sezonu właśnie tak wygląda albo ewentualnie dostajemy coś, co najlepiej określić słowem cringe, albo z drugiej strony powracamy do obrzydliwego humoru w stylu: „zmuśmy bohaterów, żeby w swojej głupocie zjedli miskę spermy”. Każdy odcinek kończyłam z mniejszym lub większym poirytowaniem, za to z tak samo wysokim poziomem zażenowania.

Był śmieszny żart o FOX-ie

Spekulacje fanów krążyły też wokół tego, że w tym sezonie zobaczymy rozpad małżeństwa Lois i Petera i może wreszcie jakiś ciągły wątek. W zamian dostaliśmy Lois kilkukrotnie w roli złoczyńcy w rodzinie. W tym raz, kiedy zbyt zaangażowana w metody sprzątania Marie Kondo wyrzuciła z domu wszystko, włącznie z całą rodziną i ścianami. Historia, która mogłaby jakoś sensownie rozwinąć się w Lois zmęczoną swoim dotychczasowym życiem i pogrążoną w depresji, zamieniła się w opowieść o matce psychopatce. Aż chce się pomyśleć, że Seth naprawdę ma jakiś problem z Alex Bornstein, która podkłada głos pod Lois i próbuje się wyżyć na jej bohaterce.

Family Guy, recenzja, Fox,

Jednak jeden aspekt wyszedł bezbłędnie w tym sezonie, czyli nawiązania do popkultury. Niby zawsze w „Family Guyu” to wychodzi, ale tym razem było to naprawdę doskonale dobrane. Od odniesień do filmów jak „Rocky” czy „Isle of Dogs” po seriale typu „Game of Thrones” albo „Rick and Morty”. Co najważniejsze, pojawił się też statek z „The Orville”. Trybut dla Adama Westa w ostatnim odcinku też był całkiem dobrze zrobiony. Tyle mam pozytywnego do powiedzenia o tym sezonie.

Całkiem to przykre, że po tylu sezonach względnie dobrych odcinków może się trafić w całości taki nieudany sezon. Rozumiem kilka słabych odcinków, ale żeby każdy jeden odcinek?

Sezon 17. „Family Guy” nie jest jeszcze dostępny w Polsce. Sezony 10-14 można oglądać na Netflixie.

Gra aktorska
6
Zdjęcia
6
Muzyka
6
Scenariusz
2
„Family Guy” ma już 17 sezonów, ale przez cały ten czas Sethowi McFarlenowi udawało się w miarę utrzymywać poziom albo chociaż ratować się pojedynczymi odcinkami. W tym sezonie nawet jeden odcinek nie ratuje zupełnej katastrofy.
Ocena czytelników
7.5

Plusy

  • odniesienia do popkultury

Minusy

  • cyniczny i zgryźliwy humor
  • narracja zrzędliwego marudy
  • wredne przytyki
  • bezsensowne odcinki
  • najgorszy sezon

Komentarze

(1)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • kold
    kold

    Jestem zakochany w tym serialu, a że miłość bywa ślepa, ja nie widzę żadnych mankamentów. [pozdrowienia dla stinky]