2
Recenzja do: Fahrenheit 451 (2018 )
Recenzje

Kiedy w 1953 roku Ray Bradbury wytoczył ciężkie działa przeciwko raczkującej dopiero telewizji, publikując swoją powieść „451° Fahrenheita”, nawet w swych najczarniejszych scenariuszach nie mógł przewidzieć tego, jak bardzo zmieni się to medium w przeciągu nadchodzących dekad. Jednak wydźwięk jego opowieści o świecie, w którym telewizja kompletnie wyparła literaturę, spychając ją najpierw na margines, by później tłumy – otumanione rozrywką serwowaną przez łatwiej przyswajalne i niewymagające głębszej myśli źródło – bez cienia żalu pozwoliły, by ostatecznie rozwiązać kwestię książek, nie brzmiał tak donośnie i nie był równie aktualny, jak w czasach obecnych. Telewizja i internet dostarczają przecież rozrywki prostej i przyjemnej, z lekkością przekłamując fakty i korygując historię w taki sposób, by pasowała ona do obrazu malowanego przez tę czy inną frakcję. Bradbury nie był czarnowidzem, bynajmniej, a powstały właśnie na podstawie jego powieści film w reżyserii i według scenariusza Ramina Bahraniego z pewnością nie poprawiłyby mu nastroju.

Wybaczcie, jeśli w dalszej części recenzji najnowszej ekranizacji „451° Fahrenheita” często będę się odwoływał do samej powieści, którą sobie – zupełnie przypadkiem, nie zdając sobie sprawy z nadchodzącego filmu – odświeżyłem. To nie będzie jednak kolejny tekst próbujący udowodnić tezę o wyższości książkowego oryginału nad adaptacją – choć akurat w tym przypadku korelacja taka zachodzi. I pozwolę sobie również uprzedzić was również o tym, że uwielbiam, kiedy twórcy filmów na podstawie literatury postępują kreatywnie w stosunku do oryginału. Oczywiście z zastrzeżeniem, że robią to w sposób uzasadniony i wzbogacający pierwowzór. Niestety, w tym przypadku nie znajduję ani jednej zmiany, która w jakikolwiek sposób – poza zaktualizowaniem jej o wątek, którego Bradbury nie przewidział, mianowicie o fakt, że literaturę można dygitalizować – umotywowała jej wprowadzenie.

Spalmy wszystkie książki

Mamy oto świat niedalekiej przyszłości. Świat, który kilka pokoleń wcześniej wyparł się literatury, a nowej generacji młodych ludzi wpaja się nienawiść do słowa pisanego, innego niż w postaci prymitywnych ideogramów, niosących sobą równie poślednie treści. W świecie tym władzę dzierży „kasta” strażaków – formacja paramilitarna bezlitośnie ścigająca ludzi przechowujących i kopiujących literaturę. Strażacy – jak mówi o nich ich fanatyczny przywódca, kapitan Beatty – są „sądem i katami” i nie omieszkają się użyć brutalnej siły, a nawet spopielić szczególnie upartego miłośnika książek wraz z jego skarbami. Działają ze skutecznością brygady antyterrorystycznej i bezwzględnością esesmanów. Jednak tłuszcza, która z zapartym tchem śledzi ich wyczyny na ogromnych ekranach, traktuje ich niczym bohaterów, rozprawiających się z „robactwem” herosów. Tłumy oddają cześć swoim bogom, a dowodem ich miłości są zalewające ekrany emotikony i abrewiacyjne slogany.

Jednym z tych idoli jest Guy Montag (Michael B. Jordan), w którego niezłomnej postawie jednego z najbardziej zagorzałych niszczycieli literatury pojawia się wyłom. Do Guya powracają mgliste wspomnienia z dzieciństwa, które zaburzają wersję wydarzeń z przeszłości, jaką wpoił mu, zastępujący ojca, który zginął „na placu boju” ze zwolennikami literatury, kapitan Beatty (Michael Shannon). Dodatkowo uwagę Montaga przyciąga Clarissa (Sofia Boutella), która sprzedaje strażakom informacje o miejscach, w których kopiuje się lub przechowuje książki. Clarissa wprowadza Montaga do „półświatka” ludzi wypchniętych poza margines, pokazując, że rzeczywistość znacząco różni się od tego, czym karmi go Beatty i media. Coraz więcej faktów i wątpliwych moralnie czynów, których dopuszczają się strażacy, powoduje, że Guy zaczyna szukać odpowiedzi na dręczące go pytania, co oczywiście stoi w sprzeczności z wymagającym bezwzględnego i ślepego posłuszeństwa zawodem strażaka.

451 Fahrenheit, 451 stopni Fahrenheita, film, 2018, książka, HBO, Ray Bradbury, Michael B. Jordan

Książka a film

Pierwsza zmiana, jaką widać w stosunku do oryginału, rzuca się w oczy już od pierwszych scen filmu. Guy Montag jest tu postacią zdecydowanie młodszą i poszukującą zupełnie innych odpowiedzi niż jego książkowy pierwowzór. Bahrani dwoma motywami (ciążące i wpływające na jego decyzje wydarzenie z przeszłości oraz fakt, iż po wyeliminowaniu postaci książkowej żony Montaga, Clarissę i Guya połączyło dużo głębsze uczucie niż w książce) zredukował tą wielowymiarową w powieści postać do pozycji klasycznego zbawcy ludzkości, podążającego za głosem serca i szukającym sprawiedliwości. I tym samym pokazana w filmie historia nie różni się od dziesiątek innych, w których jednostka w dystopicznym świecie zmuszona jest wziąć się za bary i przeciwstawić ograniczającej swobodę i narzucającej konformizm władzy. Z tym, że znamy już dużo lepiej opowiedziane i lepiej nakręcone historie tego typu.

Ktoś może wyrazić zdziwienie, stwierdzając, że książkowy oryginał przecież też dotykał tych problemów. Otóż śpieszę z wyjaśnieniem, że motorem działania książkowego Montaga było poszukiwanie osobistego szczęścia – Guy po prostu czuł, że czegoś w życiu mu brakuje, a rozmowa z Clarissą otworzyła mu oczy na całe spektrum doznań, których nie doświadczy, spędzając czas przed trzema wielkimi ekranami ścianowizorów i zarabiając na czwarty paleniem literatury. To nie była też historia o rebelii wymierzonej w opresyjny rząd, którego ramieniem są bezwzględni strażacy, ale w głównej mierze opowieść o tym, jak na własne życzenie ludzie pozwolili odebrać sobie prawo do wolnomyślicielstwa i dostępu do wiedzy, sprzedając je za „papkę” i serwowaną dniem (ze ścianowizorów) i nocą (za pośrednictwem umieszczonych w uszach transmiterów) lekko przyswajalną rozrywkę. W książce w zasadzie nikomu zwyczajnie nie chce się buntować – profesor Faber, który przez pewien czas daje namówić się Guyowi do współpracy, ze smutkiem przypomina o czasach, kiedy wolno było czytać, ale nikomu się po prostu nie chciało. Sam Bradbury wypowiedział się kiedyś, że „451° Fahrenheita” to nie powieść o cenzurze ani w żadnym wypadku przypowieść piętnująca te czy inne systemów totalitarne, ale po prostu – opowieść o „telewizji robiącej z ludzi idiotów”. Dziś autor dodałby do tego pewnie – a może nawet zastąpił nim TV – internet. 

Bahrani inaczej rozkłada akcenty. Owszem, wkłada w usta – trzeba to oddać – znakomitego w roli Beatty’ego Shannona świetnie brzmiące cytaty, ale i one zdają się być dobrane tak, by dopełnić go jako zelotę, jakim jest w tej ekranizacji kapitan straży. Jakkolwiek, ze wszystkich postaci tego filmu, to właśnie on jest bohaterem najbardziej wyrazistym i wielowymiarowym. Literatura go fascynuje, ale nie do końca ją rozumie. Być może dlatego właśnie tak gardzi i z takim okrucieństwem traktuje tych, którzy ją zgłębili, nie wypaczając przy tym sensu. Shannon stworzył tu kreację, która jest chyba jedyną rzeczą, która zapadnie w pamięci na dłużej po seansie „Fahrenheit 451” od HBO.

451 Fahrenheit, 451 stopni Fahrenheita, film, 2018, książka, HBO, Ray Bradbury, ekranizacja

Iskra zamiast płomienia

Niestety film nie zachwyca również od strony wizualnej. Trudno powiedzieć tu cokolwiek o estetyce czy stylu. To raczej zlepek pomysłów zaczerpniętych z innych filmów i seriali science-fiction i naprawdę nie dostajemy nic, czego byśmy dotąd nie widzieli ani czegokolwiek, co mogłoby zachwycić. „Fahrenheit 451” wygląda na strasznie niskobudżetową produkcję – wiele scen rozgrywa się w opuszczonych lokacjach, w okolicach jakichś kontenerów, slumsów czy nieopodal stacji transformatorowej – kręconej głównie, cóż... po ciemku. Więc po pierwsze: niewiele widać, po drugie zaś nie ma się czym zachwycać. 

Podsumowując, „Fahrenheit 451” od HBO to ekranizacja raczej zbędna. Ba, nawet sprowadzająca oryginalną historię do poziomu niewiele wnoszącej, powtarzanej po raz enty opowieści o państwie totalitarnym, trzymającym w ryzach społeczeństwo, zapewniając im chleb i igrzyska, których główną atrakcją są ci, którzy wymagają więcej i śmią się buntować. Zdecydowanie nie polecam, odsyłając tym samym do książkowego oryginału.

Gra aktorska
7
Zdjęcia
5
Muzyka
3
Scenariusz
5
„Fahrenheit 451” od HBO to raczej nieudana ekranizacja i spłycająca postaci oraz wymowę oryginalnej historii interpretacja książki Bradbury’ego. Zmiany, które wprowadzono, nieudolnie dotykają problematyki współczesnych mediów, które lepiej przedstawiono i poddano krytyce, na przykład w serialu „Black Mirror”.
Ocena czytelników
4

Plusy

  • rola Michaela Shannona
  • ogólnie całkiem przyzwoite aktorstwo

Minusy

  • spłycenie oryginalnej historii
  • film bez własnej tożsamości estetycznej...
  • ...przez co wizualnie bardzo nijaki...
  • ...i tyleż samo wzbudza emocji
  • kilka dodatkowych rozwiązań
  • Omnius

Komentarze

(2)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • Patrycja Lechnowska
    Patrycja Lechnowska
    @Patrycja

    O nie. Nawet nie będę próbowała tego oglądać. Ostatnio książka została wydana w nowym wydaniu i jestem w trakcie czytania jej po raz kolejny (i na pewno nie ostatni), więc widząc opis tego, co się dzieje w filmie, załamywałam się z każdym kolejnym zdaniem. Poniekąd rozumiem chęć wyjścia poza ramy oryginału, okay, ale w przypadku wszystkim dobrze znanych i kultowych historii to prawie nigdy nie sprawdza się dobrze. Szkoda, że to zepsuli, bo jakąś dobrą ekranizację tego dzieła to bym z chęcią obejrzała.

  • Zuzanna Włodarkiewicz
    Zuzanna Włodarkiewicz
    @Suzie95

    Kurczę, a chciałam obejrzeć.. :/