1
Recenzja do: Diablero (2018 )
Recenzje

Netflix nadciąga z kolejnym nieanglojęzycznym serialem. Po niemieckim „Dark” oraz polskim „1983”, czas na meksykańskich egzorcystów! Platforma pozazdrościła popularności „Constantine'owi” i postanowiła pozwolić przeprowadzić rytuały tajemniczym diablero. Czy ich efekt jest zadowalający? Otóż, jeśli chodzi o poziom żenady, to trzeba przyznać, że poradzili sobie fenomenalnie.

Zło w meksykańskim stylu

Nie wiem, co mnie podkusiło, aby zacząć oglądać ten serial. Mamy tyle dobrej telewizji na rynku, produkcji świetnych czy przynajmniej pozytywnie rokujących. Nie zdziwiłem się nawet faktem braku ocen na zagranicznych portalach. Moja czujność została uśpiona. Zobligowałem się do obejrzenia, uczyniłem to i chociaż były momenty kryzysowe, dotrwałem do końca. Jeśli miałbym mówić o plusach tejże produkcji, to niewątpliwie moja wiedza filmowo-serialowa została powiększona i z pewnością bardziej będę doceniał inne tytuły w tym gatunku. Zresztą czyż nie trzeba obejrzeć parę złych obrazów, aby stwierdzić, co jest tak naprawdę kiepskie, a co warte uwagi?

Wspominałem, że „Diablero” jest złe? Tak mogło się stać i pewnie stanie się to jeszcze parę razy. Niektórzy mogli co nieco słyszeć o tej produkcji, gdyż serial powstał na motywach powieści F.G. Haghenbecka. Poznajemy tytułowego diablero, który jest specem od zamykania demonów w butelkach, sprzedawania ich na czarnym rynku i lubiącym pakować się w problemy. Tu komuś wisi kasę, tu mu dziecko ktoś ukradnie sprzed nosa w ułamku sekundy, tu musi uratować świat przed apokalipsą. Rodzina go nie lubi, ciągle ktoś chce mu obić mordę lub zabić. Generalnie, chłop do rany przyłóż. Nie można złego zdania powiedzieć jedynie na temat tego, czym się trudni. W swoim fachu to wykwalifikowany specjalista, żadnej demon mu niestraszny i szybko zamyka niegodziwców w szczelnie zabezpieczonych przedmiotach. Na swojej drodze spotyka księdza – a ten to już w ogóle w czepku urodzony! Okazuje się, że ma córkę, i nic o tym nie wiedział! I została akurat porwana! I ojczulek zmartwił się, bo okazało się, że świat może mieć poważne problemy z dalszą egzystencją. Wraz z diablero i dwoma pomocnikami ruszają w podróż pełną przygód, egzorcyzmów i… totalnych głupot scenariuszowych. 

Diablero, Netflix, serial, sezon 1, recenzja

Jeszcze więcej zła!

Na ekranie dzieje się naprawdę dużo. Walka dobra ze złem, odprawianie rytuałów, gonitwy, strzelaniny, a nawet tajna, kościelna organizacja o jakże tajemniczej nazwie: Konklawe. Niektórzy katolicy nie będą zachwyceni, tym bardziej, że jednym z głównych motywów są porwane dzieci księży. Ci natomiast nawet nie są świadomi tego faktu, gdyż został on zamieciony pod dywan. Dodatkowo jeden z biskupów ma nawet całą, bardzo dłuuuuuuugą listę w Excelu z konkretnymi datami i jest kreowany na zły charakter. Tego, ile razy łapałem się za głowę z zażenowania, nie da się policzyć. Takich bzdur, uproszczeń scenariuszowych i nielogiczności jest cała masa. To totalny misz-masz wszystkiego. Twórcy postanowili wrzucić ten cały harmider do jednego wora i wymieszać, nie dbając o to, czy zawartość znajduje się na swoim miejscu. Gryzie się to niemożliwie z całym tonem opowiadanej historii.

Hurr-duur, jakie to zło jest poważne!

To największy zarzut – „Diablero” traktuje się śmiertelnie poważnie. Owszem, przy finałowych odcinkach pojawiają się humorystyczne wstawki, jednak są one użyte w nieodpowiednim momencie i sprawiają, że serial staje się jeszcze bardziej zły i sparodiowany. A nie taki był zamysł. Zmiana tonu nie wpływa pozytywnie, wręcz odwrotnie: sprawia, iż myślimy, że twórcy nie wiedzą, co robią. A wystarczyło od początku poprowadzić historię w komediowym albo chociaż lżejszym stylu. „Ash vs Evil Dead” zrobił to dobrze, mądrze korzysta z konwencji, bawi się nią. Bezpośrednie nawiązuje do klasyki Sama Raimiego, wprowadzając przy tym wiele nowych elementów, które bawią i czynią tę produkcję lekkostrawną. I wcale nie potrzeba dobrych efektów specjalnych, aby czerpać przyjemność z seansu. W „Diablero” tego nie uświadczycie. Ich poziom, efekt prac kamerzystów czy montażystów nie trzyma żadnych parametrów. W połączeniu z resztą zarzutów, o których wyżej wspomniałem, czyni to iście źle dopasowaną mieszanką wybuchową.

Diablero, Netflix, serial, sezon 1, recenzja

„Diablero” męczyłem strasznie, te osiem odcinków było dla mnie drogą krzyżową. Trochę szkoda, bo sam pomysł takiej wizji świata jest dosyć ciekawy, tak samo jak postać diablero. I za to należy się malutki plusik. Jednak co znaczy ziarno piasku na wielkiej plaży? Niewiele, aby nie powiedzieć brutalnie, że nic. Na ten nowy twór Netflixa nie warto tracić czasu, omijajcie szerokim łukiem jak diabeł święconej wody.

Gra aktorska
4
Zdjęcia
1
Muzyka
2
Scenariusz
2
Netflix nadciąga z kolejną nieanglojęzyczną produkcją! Jest źle, paskudnie, bezsensownie i zbyt poważnie. „Diablero” to serialowy rak, którego trzeba unikać.
Ocena czytelników
2

Plusy

  • mogło być gorzej, np. większa liczba odcinków
  • „Constantine” to naprawdę dobry film

Minusy

  • efekty specjalne
  • głupoty scenariuszowe
  • zbyt poważne traktowanie serialu

Komentarze

(1)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • Sebastian Ulman
    Sebastian Ulman
    @waskiwaski

    A to bardzo ciekawe. Nie wiedziałem że Meksyk leży w Europie. Bo piszecie że kolejna Europejska produkcja?

Powiązane

Seriale

Diablero

Głównym bohaterem serialu jest meksykański ksiądz, który dowiaduje się o porwaniu dziewczyny, będącej rzekomo jego córką. Aby ją odnaleźć, zwraca się o pomoc do …