1
Recenzja do: Designated Survivor (2016 )
Recenzje

Prezydent Stanów Zjednoczonych to chyba wymarzony zawód wszystkich ludzi na świecie. A przynajmniej Amerykanów, bo taki można wysnuć wniosek, patrząc na ilość seriali poświęconych Białemu Domowi. Choć wszystkie niby opowiadają o tym samym, każdy tak naprawdę opowiada inną historię.

Trzeci sezon „Designated Survivor” skupia się tym razem na kampanii prezydenckiej aktualnego prezydenta oraz jego kontrkandydatów. Chociaż mogłoby się zdawać, że te szlaki przetarł już „House of Cards”, tak w zasadzie okazuje się, że i w tym wypadku czeka nas jazda bez trzymanki.

Oto bowiem okazuje się, że Tom Kirkman nie tylko kandyduje, ale również robi wszystko, by wygrać fotel głowy państwa kraju, którym rządzi już od kilku lat. To o tyle dziwne, że przez poprzednie dwa sezony byliśmy utrzymywani w przekonaniu – a może tylko ja odniosłam takie wrażenie, że on jako prezydent, który nie został wybrany przez swoich obywateli, nie będzie ich do niczego namawiał. To jego rządy, decyzje i kolejne sukcesywnie podpisywane ustawy miały stanowić o tym, czy Amerykanie wybraliby go na ten urząd. Tymczasem sztab Kirkmana zaciska pięści, prostuje piersi i zabiera się za działanie.

Kampania, trzy, dwa, jeden…. START

Kiedy do sztabu Kirkmana dołącza Lorraine Zimmer (w tej roli Julie White), weteranka kampanii wszelakich, sprawy nabierają szalonej prędkości. Nie dość, że wszyscy (nawet Emily, która wraca do Białego Domu) muszą zmagać się z zagrywkami kontrkandydatów, to do ich obowiązków dochodzi radzenie sobie z problemami… które wyrastają przed obecnym prezydentem i Amerykanami jak przysłowiowe grzyby po deszczu.

Katastrofa biologiczna, małżeństwa Arabów z młodymi dziewczynkami, problemy transgenderowe, morze fake newsów a także… kandydatura na wice prezydenta. To wszystko skumulowane w zaledwie dziesięciu odcinkach (gdzie w poprzednich sezonach odcinków było drugie tyle) to najrzeczywistsza jazda bez trzymanki. Nie tylko dla bohaterów, którzy wsiedli do kolejki szybującej raz w górę raz w dół chyba nie do końca świadomie. Także i dla widzów.

Bo tak naprawdę, oprócz ulubionych bohaterów, do których bardzo chętnie wróciłam, dostajemy w „Designated Survivor” pokaz, na pewno nie subiektywny, tego, jak wygląda taka prawdziwa kampania. Mimo wszelkich chęci, jakie próbowałam z siebie wykrzesać, nie jestem takiej wiarygodności w stanie przypisać choćby „House of Cards”, gdzie w pewnym momencie wiele rzeczy wydało mi się zbyt oderwanych od tej szarej, nudnej rzeczywistości.

Z prezydenta w polityka 

Kirkman od początku serialu nie przypadł mi do gustu. O ile byłam skłonna uwierzyć w wolnego od ugrupowań polityka zasiadającego na fotelu prezydenta, tak po kilku(nastu) odcinkach uwierzenie w to, że jest on do szpiku kości dobry, sprawiedliwy… było niemożliwe. Inaczej: zupełnie nieracjonalne. Bo tacy ludzie niezależnie od tego jakbyśmy chcieli, po prostu nie istnieją. I tak, wiem, to jest tylko serial, wykreowana przez kogoś rzeczywistość. Może się ona jednak choć w małym stopniu pokrywać z naszą.

Tymczasem Thomas Kirkman w końcu odzyskuje głos. Staje się politykiem, który chce wygrać wybory, robi rzeczy, o które by się nie posądził i nader wszystko wierzy w celność swoich czynów i decyzji.  W międzyczasie radzi sobie z dojrzewającą córką, szwagierką, która trochę odstaje od wizji najbliższej rodziny prezydenta Stanów Zjednoczonych, a także i współpracownikami, którzy trochę ze sobą walczą, o pozycję, jego uwagę i siebie nawzajem.

Prezydentem zostaje… 

Tego wam nie zdradzę, bo serial trzyma nas w napięciu aż do ostatniego odcinka. Jestem na zupełnym rozstaju, jeśli chodzi o moje ogólne wrażenie. Bo choć jestem usatysfakcjonowana tym, co zobaczyłam i chociaż  cieszy mnie postawa Kirkmana-wiecznego-lalusia, tak mam wrażenie, że niektóre wątki zostały wciśnięte zupełnie na siłę (bo do niczego nie doprowadzają, nie zmieniają biegu zdarzeń). Mam na myśli na przykład postać nowego szefa sztabu prezydenta (w tej roli aktor, którego znam, kojarzę i kocham za rolę doktora Greena w ER), który może coś tam wniósł, ale jakby nie za dużo, albo nawet samą Emily i jej problemy rodzinne, które niczego w jej zachowaniu nie zmieniły, niestety. Trochę przestałam ją lubić.

Tak naprawdę jednak trzeci sezon „Designated Survivor” był… fajny. Akcja nie była ani za szybka, ani też nie przynudzała. Niektóre wątki były bez sensu, niektóre śmieszyły a nawet wzruszały. Po zakończeniu, tych wszystkich rozgrywkach, walkach i kłótniach chętnie zobaczyłabym, jak układa się życie bohaterów w tej zgoła innej rzeczywistości. 

Wszystkie trzy sezony serialu dostępne są na platformie Netflix.

Gra aktorska
8
Zdjęcia
9
Muzyka
8
Scenariusz
8
Jazda bez trzymanki, szalona kampania i nagła zmiana prezydenta sprawiły, że sezon oglądało się z niesłabnącą przyjemnością. Mimo kilku elementów które wydają mi się niepotrzebne, sezon zaprezentował się na pewno lepiej od poprzedniego.
Ocena czytelników
7.5

Plusy

  • przemiana prezydenta
  • relacje rodzinne w rodzinie Kirkmanów
  • zacięta akcja
  • pokazywanie kampanii

Minusy

  • wątek nowego pracownika Białego Domu
  • Emily i jej dziwne zachowania
  • przeciąganie niektórych wątków

Komentarze

(1)

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

  • Krzysztof Bzowski
    Krzysztof Bzowski
    @kszyh

    Mnie boli wątek pewnej agentki CIA. Serio? W taki sposób to zakończyć? Czyżby Maggie Q była za droga dla Netlixa. A może to tylko celowy zabieg i jeszcze wróci. Bez niej mi się kontynuacja nie widzi.

Powiązane

Seriale

House of Cards

Zostać politykiem może każdy, ale osiągnąć w tej dziedzinie rzeczy wielkie mogą jedynie ludzie silni i bezwzględni. Posiadanie takiej etykietki jest największym …


Designated Survivor

Kiedy ginie prezydent USA, niższy rangą urzędnik, Tom Kirkman, staje przed koniecznością objęcia najwyższego urzędu w państwie. Zagubiony w politycznym świecie, …