Recenzja do: Designated Survivor: 60 Days (2019 )
Recenzje

Seriale, które okazały się na tyle dużym sukcesem, że licencja na ich adaptacje zostaje sprzedana za granicę, rzadko kiedy kończą dobrze. Pomysł przeniesienia danej produkcji z rynku amerykańskiego na europejski jest jeszcze zrozumiały i często nawet znośny, ale w przypadku kompletnej zmiany kręgu kulturowego – już niekoniecznie. Taka sytuacja spotkała amerykański serial „Designated Survivor”, który doczekał się swojego koreańskiego odpowiednika. Jaki jest tego efekt?

Designated Survivor: 60 Days, Netflix, pilot, sezon 1, recenzja

Od zera do... prezydenta?

Politycy mają manię na punkcie władzy oraz przepisów. Biurokratyczna machina wciąż mieli kolejnych śmiałków, ale wbrew pozorom stała się całkiem skutecznym filarem dla poprawnego działania rządu, przynajmniej tego w Stanach Zjednoczonych. Amerykanie z namaszczeniem stosują wszelakiego rodzaju klauzule, przepisy, regulacje i tajne instrukcje, które okazują się podstawą dla niejednego filmu czy – w tym przypadku – serialu. „Designated Survivor” jest opowieścią o „szarym” polityku, który przez przypadek zostaje prezydentem USA. Plan awaryjny zakłada bowiem, że podczas orędzia do narodu, wygłaszanego raz w roku w obecności wszystkich kluczowych polityków amerykańskich, jednego z nich wysyła się w bezpieczne miejsce, aby w razie zamachu ktoś mógł rządzić krajem. Niestety, pycha i zbytnie poczucie bezpieczeństwa doprowadziły do tego, że wyznacza się do tego kogoś kompletnie nieistotnego, bo przecież nikt nie wierzy w realną groźbę ataku. Los spłatał wszystkim psikusa i główny bohater widzi na własne oczy, jak jego kraj wali się w ciągu kilku sekund. Tak pokazali to Amerykanie. Koreańczycy podeszli do tematu praktycznie w ten sam sposób, z tą różnicą, że jedyny ocalały przy życiu polityk zdołał to zrobić przez zupełny przypadek, a nie w związku z wcześniej ustalonym planem awaryjnym. W tym miejscu zaczynają się ogromne problemy z odbiorem „Designated Survivor: 60 Days”. Produkcja okazała się tak nieznośną w odbiorze kalką oryginału, że z trudem można przebrnąć przez jej pierwszy odcinek.

Designated Survivor: 60 Days, Netflix, pilot, sezon 1, recenzja

Telenowela w owczej skórze

Wiele negatywnych opinii o „Designated Survivor: 60 Days” wynika z faktu istnienia sporych różnic kulturowych dzielących Stany Zjednoczone i Koreę. Problem tego serialu leży jednak o wiele głębiej, chociaż istotnie ma swoje korzenie w innym spojrzeniu na produkcje telewizyjne Koreańczyków. Nie da się nie zauważyć, że pierwszy odcinek „Designated Survivor: 60 Days” zdecydowanie bardziej przypomina zwykłą telenowelę, która w jakiś dziwny sposób próbuje transformować się w pierwszoligowy dramat. Skutkiem tego jest nudna fabuła niepotrafiąca w żaden sposób uwolnić się od stereotypów oper mydlanych, a jednocześnie, średnio raz na 15 minut, przypomina sobie o swoim prawdziwym celu i rzuca widza w sam środek żywiołowej sceny akcji. Problem w tym, że twórcy chyba nie do końca wiedzą jeszcze, w jaki sposób odnaleźć się w nowym schemacie, dlatego tworzą sztuczne oraz mało przekonujące scenerie i bohaterów, którzy po nich się przemieszczają. Sama scena ataku na Zgromadzenie, czyli koreański odpowiednik naszego rodzimego sejmu, bije po oczach kiczem i zwykłym nieprzygotowaniem do nakręcenia produkcji. Pomysłodawcy amerykańskiej wersji serialu przynajmniej doskonale wiedzieli, jak trudno będzie pokazać tragedię o tak wielkiej skali, dlatego zastosowali kilka oszustw wizualnych. „Designated Survivor: 60 Days” nie bawi się w takie coś, dlatego widz może obserwować piękne i lśniące wozy strażackie w liczbie nie większej niż pięć, stojące na lekko zakurzonym chodniku. Nikt nie pomyślał o tym, że będzie to wyglądać dziwnie, skoro jednostka przyjechała właśnie do zawalonego, potężnego budynku, który nadal się pali. Czystość i jasne światło dnia sprawiły, że tenfragment wygląda niezwykle groteskowo.

Designated Survivor: 60 Days, Netflix, pilot, sezon 1, recenzja

Robi się niezręcznie

Zanim główny bohater zostanie wrzucony w wir akcji, widzowie muszą przebrnąć przez strasznie nudną i nieciekawą sekwencję jego chyba przypadkowych konwersacji „o niczym” z kolegami z pracy, rodziną oraz przełożonymi. Próba zbudowania więzi emocjonalnej z pierwszoplanową postacią wychodzi mizernie, przez co irytuje nas ona chyba jeszcze bardziej niż urzędnicy, którzy starają się oszukać w serialu opinię publiczną. Wkomponowanie do tego schematu humoru wywołuje u odbiorcy niezręczne poczucie kiczu, a tego w „Designated Survivor: 60 Days” jest całe mnóstwo. Serial w żaden sposób nie próbuje pokazać, że w Korei kręci się dobre seriale political fiction z dawką akcji, za to wyraźnie daje do zrozumienia, że schemat telenoweli staje się zbyt silnie zakorzeniony w tamtejszym przemyśle telewizyjnym.

„Designated Survivor: 60 Days” zdecydowanie nie przypadnie do gustu fanom oryginalnej produkcji ze Stanów Zjednoczonych. Po pilotażowym odcinku jedyne, co może uratować poczucie dobrego smaku, to na nowo obejrzenie pilota właśnie amerykańskiej wersji, toteż uczyniłem z nieukrywaną ulgą.

Gra aktorska
4
Zdjęcia
5
Muzyka
6
Scenariusz
3
Nudne i przegadane podejście do amerykańskiego pierwowzoru. Więcej w tym serialu telenoweli niż dramatu, przez co staje się bardzo nieprzyjemny w odbiorze.
Ocena czytelników
4

Plusy

  • scena komediowa podczas rozmów z amerykanami

Minusy

  • telenowela
  • przegadany
  • nie wciąga
  • fabułą wlecze się niemiłosiernie
  • fatalne aktorstwo
  • główny bohater irytuje

Komentarze

Zaloguj się, aby dodać komentarz.

Powiązane

Seriale

Designated Survivor: 60 Days

Koreańska wersja popularnego serialu. Kraj ogarnia chaos po ataku terrorystycznym. Wychodzi na to, że jedyną osobą, która może to naprawić, jest minister środowiska, …